Przejdź do zawartości

Wykolejeniec/Część III/Rozdział czwarty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Wykolejeniec
Pochodzenie Pisma zbiorowe Josepha Conrada (Józefa Konrada Korzeniowskiego) z przedmową Stefana Żeromskiego
Wydawca Dom Książki Polskiej Spółka Akcyjna
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Aniela Zagórska
Tytuł orygin. An Outcast of the Islands
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała część III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

ROZDZIAŁ CZWARTY

Świadomie lub też nieświadomie, ludzie są dumni ze swej siły woli, ze swej stanowczości, z bezpośredniości w dążeniu do celu. Idą wprost po linji swych pragnień, doskonalą się w cnocie — czasem w występku — w podniosłem przekonaniu że są niezłomni. Wędrują drogą życia wytkniętą przez swe upodobania, przesądy, wzgardę lub zapał — naogół uczciwi, zawsze ograniczeni i pysznią się tem że nie zbaczają z raz obranego kierunku. Jeśli się zatrzymują, to tylko po to by z nad przydrożnych płotów, zapewniających im bezpieczeństwo, rzucić okiem na przesłonięte oparami doliny, na odległe szczyty, na skały i trzęsawiska, na ciemne lasy i zamglone płaszczyzny, gdzie inne ludzkie istoty poomacku szukają z trudem swej drogi, potykając się o kości mędrców, o niepogrzebane szczątki swych poprzedników, którzy umarli samotnie — w mroku lub w blasku słońca — dążąc gdziebądź — w niewiadomym kierunku. Człowiek świadomy swych celów nie rozumie ich porażki i idzie dalej ze wzgardą. On się nigdy nie błąka. Wie dokąd zmierza i czego chce. Dąży naprzód, przebywa wielkie odległości, zapatrzony w swój ciasny horyzont, dobija wreszcie do mety, zdrożony, zbrukany, strudzony i osiąga nagrodę swej wytrwałości, swej cnoty, swego zdrowego optymizmu: kłamliwy pomnik na grobie ponurym i prędko zapomnianym.
Lingard nie wahał się nigdy. I czemu miałby się wahać? Szczęście sprzyjało mu wiernie w handlu, w walkach; żeglował sprawnie i był bez kwestji najtęższym marynarzem tych mórz. Wiedział o tem. Czyż nie słyszał głosu ogólnego uznania? Głosu świata, który cenił go tak wysoko, głosu całego swego świata; albowiem nasz wszechświat nie sięga poza grono znanych nam ludzi. Nic dla nas nie istnieje prócz paplaniny pochwalnej lub potępiającej na ustach znajomych, a poza ich kręgiem jest tylko rozległy chaos śmiechu i łez, które nas nic nie obchodzą; śmiechu i łez przykrych, złych, chorobliwych, godnych pogardy — ponieważ słyszymy je niedokładnie uszami opornemi na obce dźwięki.
Lingardowi, który był pełen prostoty, wszystko wydawało się proste. Czytał bardzo mało. Nie leżało to w jego upodobaniach, a przy tem musiał ciężko pracować, prowadząc statek i handlując. Posłuszny wrodzonej swej uczynności, wpływał nieraz decydująco na losy wykolejonych ludzi, z którymi stykał się tu i ówdzie w swem czynnem życiu. Pamiętał z dzieciństwa lekcje w niedzielnej szkółce wsi rodzinnej i przemowy jegomościa w czarnym tużurku, działacza pracującego w misji rybackiej i marynarskiej. Wspomnienie o tym człowieku — pędzącym przez deszcz i szkwał na łodzi z osprzętem jawlowym między przybrzegowcami zatoki Falmouth — należało do owych cennych wizerunków z młodości, które przechowały się w pamięci Lingarda.
— Taki to jak nic wholuje cię do nieba — mawiał z przeświadczeniem — a nie spotkałem nikogo, ktoby z równem mistrzostwem władał łodzią w każdą pogodę!
Tego rodzaju czynniki ukształtowały w ogólnych zarysach młodą duszę Lingarda, zanim wyruszył na poznanie świata jako marynarz statku dążącego na południe; zanim wyruszył — naiwny, szczęśliwy młodzik o ciężkiej ręce, czystem sercu i rubasznej mowie — aby się oddać wielkiemu morzu, które zagarnęło jego życie i dało mu majątek. Gdy Lingard rozmyślał o swej świetnej karjerze — z dowódcy statków stał się ich właścicielem, a potem szanowanym ogólnie wielkim kapitalistą, jednem słowem Lingardem, Królem Morza — własny los zdumiewał go, przejmował podziwem i lękiem, wydawał się nieoświeconej jego duszy najniezwyklejszem ze zdarzeń w dziejach ludzkości. Swoje doświadczenie uważał za olbrzymie i ostateczne, nauczyło go bowiem jakie życie jest proste. I w życiu, i w marynarskiem rzemiośle są tylko dwa sposoby postępowania: dobry i zły. Rozsądek i doświadczenie uczą nas jak postępować należy. Zły sposób postępowania właściwy jest niedojdom i durniom; w sztuce żeglarskiej prowadzi do utraty masztów i żagli lub zatonięcia, w życiu zaś do utraty pieniędzy i szacunku lub do porządnego guza. Lingard nie uważał aby łajdacy zasługiwali na gniew. Irytowały go tylko rzeczy, których nie mógł zrozumieć, a wobec ludzkich słabości umiał zawsze zdobyć się na wzgardliwą wyrozumiałość. Ponieważ było jasne że jest mądry i że ma szczęście, bo inaczej skądżeby mu się tak w życiu powiodło? — miał więc skłonność do prostowania dróg innych ludzi; z tej samej przyczyny trudno mu się było powstrzymać od wtrącania się do czynności głównego swego oficera — co w morskiej etykiecie jest niedopuszczalne — kiedy załoga podnosiła nową stengę, lub wogóle kiedy była zajęta czemś co Lingard nazywał „ciężką harówką“. Wtrącał się do wszystkiego bez cienia zarozumiałości; nie poczytywał sobie za zasługę że się zna na niektórych rzeczach. „Nauczyłem się rozumu w ciężkich opałach, mój chłopcze“, mawiał: „dobrze na tem wyjdziesz jeśli posłuchasz rady człowieka, który swojego czasu był głupi. No, jeszcze jedną kolejkę“. A „chłopiec“ przyjmował zwykle chłodny napój, radę i pomoc; udzielenie jej Lingard uważał za swój punkt honoru jako człowiek uczciwy, odpowiedzialny za swoje zdanie. Kapitan Tom żeglował od wyspy do wyspy, pojawiając się niespodzianie w różnych miejscowościach; rozpromieniony, hałaśliwy, sypiący anegdotami, chwalił lub krytykował, lecz zawsze był pożądany.
Dopiero po ostatnim powrocie do Sambiru stary marynarz poznał co to zwątpienie i niedola. Wstrząsnęła nim utrata Błyskawicy, która w niepewnem świetle chmurnego ranka nadziała się solidnie i już nazawsze na występ skalny u północnego końca cieśniny Gaspar; po przybyciu zaś do Sambiru odebrał zdumiewające wiadomości, które nie mogły kojąco na niego podziałać. Gnany żądzą przygód, wynalazł był przed laty śród niezmiernych trudów przesmyki prowadzące na rzekę Pantai i zachował je na własny użytek, słyszał bowiem od krajowców że powstaje tam nowa osada malajska. Nie ulega wątpliwości że myślał wówczas głównie o własnych zyskach, lecz przyjęty serdecznie i życzliwie przez Patalola, polubił wkrótce tego władcę i jego lud, wystąpił z radami, z pomocą i — nie wiedząc nic o Arkadji — zamarzył o arkadyjskiej szczęśliwości dla tego zakątka świata, który z lubością uważał za swą własność osobistą. Typowem dla Lingarda było głębokie i niewzruszone przekonanie że tylko on, on jedyny wie co dla mieszkańców Sambiru jest dobre; i właściwie nie mylił się tak dalece. Twierdził że da im szczęście w taki lub inny sposób i zawziął się iż to zrobi. Jego handel przyniósł dobrobyt młodemu państwu, a strach przed ciężką ręką Lingarda zapewnił Sambirowi spokój na wiele lat.
Lingard spoglądał z dumą na swoje dzieło. Z każdym rokiem kochał coraz bardziej kraj, ludzi, błotnistą rzekę i postanowił uczynić wszystko aby żaden statek poza Błyskawicą nie wpłynął nigdy na muliste, przyjazne fale Pantai. Prowadząc zwolna bryg w górę rzeki, ogarniał doświadczonym wzrokiem nadrzeczne polanki i wypowiadał uroczyście swoje zdanie o przyszłych zbiorach ryżu. Znał wszystkich osadników na wybrzeżach między morzem a Sambirem; znał ich żony, ich dzieci; znał każdego poszczególnego człowieka z barwnych grup, które stały na kruchych tarasach małych trzcinowych chat zbudowanych nad wodą, machając do niego rękami i krzycząc przenikliwie: „O! Kapal layer! Hai!“ A Błyskawica sunęła zwolna między zaludnionemi brzegami, potem zaś wpływała na puste przestrzenie połyskliwej brunatnej wody obramionej zwartym i milczącym lasem, którego wielkie drzewa chwiały łagodnie rozpostartemi konarami w nikłym, ciepłym powiewie — niby na znak powitania pełnego czułości i melancholji.
Lingard kochał to wszystko: krajobraz — brunatne złoto i wspaniałe szmaragdy pod sklepieniem z rozpalonego szafiru, szemrzące, wielkie drzewa i rozmowne palmy nipa, które łopotały gadatliwie liśćmi w nocnym powiewie, jakby im było śpieszno zwierzyć się Lingardowi ze wszystkich tajemnic wielkiego lasu. Kochał ciężki aromat kwiatów i czarnej ziemi, owo tchnienie życia i śmierci, które unosiło się nad brygiem w wilgotnem powietrzu ciepłych, spokojnych nocy. Kochał wąskie i ciemne zatoki co nigdy słońca nie widywały, czarne, gładkie, kręte — jak mroczne ścieżki rozpaczy. Lubił nawet gromady małp o żałośliwych twarzach, małp bezczeszczących te ciche miejsca kapryśnemi skokami i warjackiemi gestami pełnemi nieludzkiego szaleństwa. Kochał tu wszystko, i to co żywe, i to co martwe; nawet błoto na wybrzeżu, nawet aligatory, olbrzymie i niewzruszone, wygrzewające się w mule z wyzywającą obojętnością. Ich rozmiary były źródłem dumy dla Lingarda.
— Kolosalne draby! Dwa razy takie jak w Palembangu! Słowo daję! — wykrzykiwał, szturchając żartobliwie w żebra któregoś ze swoich kompanów. — Mówię ci: choć nie jesteś ułomkiem, połknęłyby cię jak nic razem z kapeluszem, butami i tak dalej! Wspaniałe szelmy! Chciałbyś je pewno zobaczyć, co? Ha, ha, ha!
Grzmiący śmiech napełniał werandę, rozlegał się po hotelowym ogrodzie, spływał na ulicę, zatrzymując na chwilę sunące bezszelestnie bose brunatne nogi; głośne jego echa płoszyły nawet oswojonego ptaka gospodarza — bezczelnego mynah, który przez krótki czas zachowywał się przyzwoicie, ukryty pod najbliższem krzesłem. W wielkim bilardowym pokoju spoceni mężczyźni w cienkich perkalowych koszulach przestawali grać i z kijem w ręku nasłuchiwali chwilę u otwartych okien, kiwając do siebie znacząco wilgotnemi twarzami i szepcząc:
— Stary mówi o swojej rzece.
O swojej rzece! Szepty zaciekawionych ludzi, tajemnica otaczająca całą tę sprawę, wszystko to było dla Lingarda źródłem niewyczerpanej rozkoszy. Ludzie plotkowali, nic właściwie nie wiedząc i wyolbrzymiając dochody Lingarda z osobliwego monopolu. A on, naogół bardzo prawdomówny, chętnie w tym wypadku zbijał ludzi z tropu przechwałkami pełnemi chłodnego szyderstwa. Jego rzeka! Przez nią był nietylko bogaty, był zajmujący. Sekret, który wyróżniał go z pomiędzy wszystkich kupców na tych morzach, nasycał ukrytą chęć wyodrębnienia się, wspólną mu z ogółem ludzi, choć Lingard nie zdawał sobie sprawy że ta chęć w nim istnieje. Tajemnica Lingarda stanowiła główne źródło jego szczęścia, ale przekonał się o tem dopiero gdy to szczęście utracił w sposób tak nieprzewidywany, nagły i okrutny.
Po rozmowie z Almayerem udał się na pokład szkunera, wysłał Joannę na brzeg i zamknął się w swojej kabinie, czując się bardzo niedobrze. Rozwodził się o swojem zdrowiu jaknajszerzej przed Almayerem, który odwiedzał go dwa razy na dzień. Tego niedomagania użył Lingard za pretekst aby nic jeszcze nie robić. Chciał przemyśleć wszystko do gruntu. Nurtował go gniew. Na siebie, na Willemsa. Gniew wywołany tem co Willems zrobił, a także tem czego Willems nie zrobił. Ten człowiek nie był doskonały w swojem łotrostwie. Pomysł miał świetny, lecz wykonanie w niepojęty sposób zawiodło. I dlaczego? Powinien był poderżnąć gardło Almayerowi, spalić całą posiadłość, a potem uciec. Usunąć się z drogi jemu, Lingardowi! Ale tego nie zrobił. Co to oznaczało? zuchwałość, pogardę, czy co innego? Lingard czuł się dotknięty lekceważeniem swej potęgi tkwiącem w postępowaniu Willemsa i niedociągnięte łotrostwo tej całej historji bardzo go niepokoiło. Brakowało tam czegoś, co dałoby mu wolną rękę w odwecie. Postępkiem właściwym i narzucającym się było zabicie Willemsa. Ale czyż Lingard mógł go zabić? Gdyby ten człowiek stawiał opór, gdyby walczył lub uciekł, gdyby zdradził w jakikolwiek sposób że jest świadom wyrządzonego zła, zabicie go byłoby bardziej możliwe i naturalne. Tymczasem Willems nietylko nie uczynił żadnej z tych rzeczy, ale ośmielił się przesłać list do Lingarda. Chciał się z nim zobaczyć. Poco? Tamta historja była nie do wytłumaczenia. Zdrada bezprzykładna, popełniona z zimną krwią, okropna, niezrozumiała. Dlaczego on to zrobił? Dlaczego? Dlaczego? W dusznej samotności małej kajuty stary żeglarz wyjęczał nie raz i nie dwa to pytanie, uderzając się dłonią po skłopotanem czole.
W ciągu czterech dni swego odosobnienia Lingard odebrał dwa listy z Sambiru, z tego świata, który tak nagle i tak ostatecznie wysunął się z jego uchwytu. Jeden list, było to kilka słów od Willemsa napisanych na kartce wyrwanej z małego notesu; drugi — wręczony w zielonej jedwabnej kopercie — pochodził od Abdulli i był wykaligrafowany starannie na dużym arkuszu papieru sztywnym niemal jak tektura. Pierwszego listu Lingard nie mógł zrozumieć. Brzmiał on: „Niech Pan do mnie przyjedzie. Ja się nie boję. A Pan? W.“ Lingard podarł list w gniewie, ale zanim drobne kawałeczki brudnego papieru zdążyły opaść na ziemię, gniew minął i ustąpił uczuciu, pod którego wpływem Lingard ukląkł, zebrał części podartej kartki, złożył je na pokrywie chronometru i przypatrywał im się długo w zadumie, jakby miał nadzieję że wyczyta rozwiązanie ohydnej zagadki z samego kształtu liter, składających się na tę nową obelgę.
List Abdulli przeczytał starannie i wsunął go do kieszeni również z gniewem, ale ten gniew rozpłynął się w uśmiechu nawpół zrezygnowanym, nawpół ubawionym. Postanowił nie ustępować póki jest jeszcze nadzieja. „W zasadzie najbezpieczniej statku nie opuszczać, dopóki się trzyma na wodzie“ należało do ulubionych jego powiedzeń. „Najbezpieczniej i najwłaściwiej. Łatwo porzucić przeciekający statek, ale to partactwo. Partactwo!“ Lingard był jednak dość inteligentny aby zdać sobie sprawę z klęski i pogodzić się z położeniem po męsku, bez skargi. Gdy Almayer przybył na statek, Lingard podał mu list bez słowa.
Almayer przeczytał list, zwrócił go, milcząc i oparł się o tylną barjerę (stali obaj na pokładzie), zapatrzony w pląsanie wirów naokoło steru szkunera. Wreszcie rzekł, nie podnosząc oczu:
— To list dość przyzwoity. Abdulla wydaje go w pana ręce. Mówiłem panu że oni mają go już dość. Co pan teraz zrobi?
Lingard odchrząknął, szurgnął nogami, otworzył usta stanowczym ruchem, ale nic przez chwilę nie mówił. W końcu mruknął:
— Niech mnie piorun trzaśnie, jeśli wiem co teraz robić.
— Chciałbym żeby pan prędko coś postanowił...
— Poco ten gwałt? — przerwał Lingard. — On uciec nie może. Rzeczy tak stoją, że zdany jest na moją łaskę, jak mi się zdaje.
— Aha — rzekł Almayer z namysłem — i wcale na łaskę nie zasługuje. O ile można coś wyczytać między temi wszystkiemi komplementami, Abdulla daje do zrozumienia: „Uwolnij mię od tego białego, a wówczas będziemy żyli w spokoju i podzielimy się handlem“.
— Ty w to wierzysz? — zapytał Lingard z pogardą.
— Niezupełnie — odrzekł Almayer. — Naturalnie że przez jakiś czas będzie się dzielił handlem, póki nie zdoła wszystkiego zagarnąć. No więc co pan zrobi?
Mówiąc to, podniósł oczy i zdziwił się, zobaczywszy zmienioną twarz Lingarda.
— Pan jest niezdrów. Czy pana co boli? — zapytał z prawdziwą troskliwością.
— Było mi tak jakoś niewyraźnie przez tych parę ostatnich dni, ale nic mnie nie boli — odrzekł Lingard. Uderzył się kilkakrotnie w szeroką pierś, odchrząknął potężnie i powtórzył: — Nie. Nic mnie nie boli. Wytrzymam jeszcze dobrych kilka lat. Ale gryzie mię to wszystko bo gryzie!
— Musi pan dbać o siebie — rzekł Almayer. Po chwili dodał: — Pan się chyba zobaczy z Abdullą, co?
— Nie wiem. Jeszcze nie teraz. Mam czas — rzekł Lingard niecierpliwie.
— Niechże pan już teraz coś zrobi — nalegał markotnie Almayer. — Widzi pan, ta kobieta zanudza mię niemożliwie. Ona i jej szczeniak. Baba ujada przez cały dzień. A dzieci ani rusz nie mogą się z sobą pogodzić. Wczoraj ten wstrętny bęben rzucił się na moją Ninę. Podrapał jej twarz. Dzikus skończony! Wykapany papa, słowo daję. Ona martwi się mężem i skomli od rana do nocy. Jeśli nie płacze, wścieka się na mnie. Wczoraj dręczyła mię żebym powiedział kiedy on wróci, i płakała że dostał taką niebezpieczną robotę. Powiedziałem coś w tym rodzaju, że to nic strasznego i że nie potrzebuje się wygłupiać, a ta jak się na mnie nie rzuci, jak dziki kot. Nazwała mię brutalem, egoistą, człowiekiem bez serca, bredziła że jej ukochany Piotr naraża dla mnie życie, a ja sobie nic z tego nie robię. Wygadywała że wyzyskuję jego szlachetny charakter, że go zaprzęgam do niebezpiecznej roboty — mojej własnej roboty. Że on jest wart dwudziestu takich jak ja. Że ona panu powie, że otworzy panu oczy na to jaki ze mnie człowiek i tak dalej! Widzi pan co ja muszę znosić przez pana. Mógłby pan naprawdę mieć dla mnie jakieś względy. Wprawdzie nie obdarłem nikogo — ciągnął Almayer, imając się gorzkiej ironji — ani nie sprzedałem najlepszego przyjaciela, ale powinien pan mieć nade mną trochę litości. Żyję jak w gorączce. Ona jest niespełna rozumu. Pan zamienił mój dom w przytułek dla łotrów i warjatów. Tak się nie godzi. Słowo daję że tak się nie godzi! Kiedy przyjdą na nią te jej fochy, robi się okropnie brzydka i wrzeszczy aż się flaki przewracają w człowieku. Bogu dzięki moja żona dostała napadu dąsów i wyniosła się z domu. Mieszka w szałasie nad rzeką od czasu tamtej historji — pamięta pan. Ale i sama Willemsowa, to już więcej niż można wytrzymać. Pytam się siebie, dlaczego ja mam to znosić? Pan jest wymagający, niema co mówić. Dziś rano myślałem że ona mi oczy wydrapie. Niech pan sobie wyobrazi, miała ochotę przelecieć się po osadzie. Mogłaby tam przecież coś posłyszeć, więc powiedziałem żeby tego nie robiła, że poza naszem ogrodzeniem nie jest bezpiecznie. A ta jak się nie rzuci z dziesięciu pazurami do moich oczu! „Ty nędzniku“ — wrzeszczała — „nawet tu nie jest bezpiecznie, a ty go wysłałeś w podróż po tej okropnej rzece, on tam może stracić życie! Jeśli on umrze i nie przebaczy mi, Bóg cię skarze za twoją zbrodnię...“ Za moją zbrodnię! Zapytuję siebie chwilami czy ja śnię? Rozchoruję się od tego wszystkiego! Straciłem już apetyt.
Rzucił kapelusz na pokład i chwycił się w rozpaczy za włosy. Lingard patrzył na niego z troską i współczuciem.
— Cóż ona chciała przez to powiedzieć? — mruknął w zamyśleniu.
— Co chciała powiedzieć! Przecież mówię panu że to warjatka, a i ja wkrótce zwarjuję jeśli to potrwa.
— Trochę cierpliwości, Kacprze — prosił Lingard. — Jeszcze z parę dni.
Almayerowi ulżyło po tym gwałtownym wybuchu, a może się poczuł zmęczony; uspokoił się, podniósł kapelusz i jął się nim wachlować, wsparty o nadburcie.
— Lata idą — rzekł z rezygnacją — a takie rzeczy postarzają człowieka przedwcześnie. Nad czem się tu zastanawiać? nie rozumiem! Abdulla mówi wyraźnie, że jeśli pan się podejmie wyprowadzić jego statek i jeśli pan pouczy metysa, to on, Abdulla, rzuci Willemsa bez ceremonji i będzie nazawsze pana przyjacielem. Wierzę święcie temu co mówi o Willemsie. To takie naturalne. A co do jego przyjaźni dla pana, łże oczywiście, ale tymczasem nie potrzebujemy sobie tem zawracać głowy. Pan poprostu zgodzi się na propozycję Abdulli i nikomu nic do tego co się potem stanie z Willemsem.
Urwał i milczał przez chwilę; potoczył dokoła wzrokiem, zacisnąwszy zęby i rozdąwszy nozdrza.
— Niech mi pan to powierzy. Już ja w tem że mu się coś stanie — rzekł w końcu ze spokojnem okrucieństwem. Lingard uśmiechnął się blado.
— Szkoda strzału na tego człowieka. Poco się fatygować — szepnął jakby do siebie. Almayer nagle wybuchnął:
— Tak pan myśli! — zawołał. — Pana nie zaszyli w hamak na pośmiewisko zgrai dzikusów. Przecież ja tu nikomu w twarz nie śmiem spojrzeć, póki ten łotr chodzi po świecie... Ja... ja się z nim porachuję.
— Nie zdaje mi się — burknął Lingard.
— Pan myśli że się go boję?
— Cóż znowu! — rzekł Lingard z pośpiechem. — Bać się nie boisz. Ja cię znam. Nie wątpię o twojej odwadze. Ale co do twego rozumu, mój chłopcze — co do twego rozumu...
— Masz tobie — rzekł stroskany Almayer. — Proszę, niech pan mówi dalej. Dlaczego pan odrazu nie nazwie mnie durniem?
— Bo mi się nie chce — wybuchnął Lingard w nerwowem podrażnieniu. — Gdybym chciał nazwać cię durniem, nie pytałbym o pozwolenie. — Zaczął chodzić wpoprzek wąskiej rufówki, odsuwając kopnięciem końce lin i mrucząc pod nosem: — Jaki mi delikacik... I co jeszcze powiesz?... Napracowałem się zdrowo nimeś jeszcze zaczął raczkować. Rozumiesz? Będę gadał co mi się spodoba.
— No dobrze już, dobrze — rzekł Almayer, udając rezygnację. — W tych ostatnich dniach nie można się do pana odezwać.
Włożył kapelusz i podszedł leniwym krokiem do trapu; przystanął z nogą na wewnętrznej drabince jakby się namyślał, poczem wrócił i zagrodził drogę Lingardowi, zmuszając go aby się zatrzymał i słuchał.
— Zrobi pan naturalnie co pan będzie chciał. Nigdy pan żadnej rady nie przyjmie, wiem o tem; ale niech pan pozwoli sobie powiedzieć, że to nie byłoby uczciwe, gdyby wypuścić stąd tego człowieka. Łajdak odjedzie z pewnością na statku Abdulli, jeśli pan temu nie zaradzi. Abdulla użyje go za narzędzie aby dokuczać panu i innym ludziom gdzie indziej. Willems za dużo wie o naszych sprawach. Ściągnie to na pana mnóstwo kłopotów. Niech pan zapamięta moje słowa. Mnóstwo kłopotów. Na pana — a może i na innych. Niech pan to rozważy, kapitanie Lingard. To już wszystko co mam do powiedzenia. Teraz muszę wracać na brzeg. Mam całą furę roboty. Jutro rano na pierwszy ogień pójdzie ładowanie tego szkunera. Wszystkie paki są już gotowe. Gdybym był panu na co potrzebny, niech pan wywiesi jakąś flagę na głównym maszcie. W nocy sprowadzą mię dwa strzały. — Potem dodał przyjaźnie: — Czyby pan nie przyszedł dziś na obiad? To nie jest zdrowo dla pana tak się smażyć dzień po dniu w kajucie.
Lingard nic nie odpowiedział. Zamilkł pod wpływem obrazu wywołanego przez Almayera; urzekła go złowroga wizja Willemsa grasującego po wyspach i psującego harmonję wszechświata rozbojami, gwałtami, oszustwem. Almayer, poczekawszy chwilę ruszył niechętnie ku trapowi, ociągał się w jego pobliżu, wreszcie westchnął i przelazł przez burtę, schodząc powoli szczebel za szczeblem. Głowa jego znikła za barjerą. Lingard, który patrzył na niego z roztargnieniem, porwał się nagle, podbiegł do burty i wychylił się, wołając:
— Hej tam! Kacprze! poczekaj no trochę!
Almayer dał znak wioślarzom aby przestali wiosłować i odwrócił głowę w stronę Lingarda. Łódź dryfowała zwolna wstecz ku szkunerowi, zatrzymując się prawie burta w burtę.
— Słuchajno — rzekł Lingard, patrząc w dół na Almayera — potrzebuję na dziś porządnego czółna z czterema ludźmi.
— Zaraz? — spytał Almayer.
— Nie! Chwyć tę linę. Cóż z ciebie za niezgraba!... Nie, Kacprze — ciągnął Lingard, gdy dziobowy chwycił koniec wodzy rei rzuconej do łodzi — nie zaraz. Nie mogę znieść tego słońca. I lepiej załatwić swoje sprawy pocichu. Przyślij czółno — i czterech porządnych wioślarzy, uważasz — i swoje płócienne krzesło, żebym miał na czem siedzieć. Przyślij to mniej więcej o zachodzie. Słyszysz?
— Dobrze, ojcze — rzekł raźno Almayer — poślę Alego na sternika i najlepszych ludzi jakich mam. I co jeszcze?
— Nic więcej, mój chłopcze. Tylko dopilnuj żeby się nie spóźnili.
— Pewnie nie warto pytać dokąd pan jedzie — rzekł Almayer, ciągnąc za język Lingarda. — Bo jeśli na spotkanie z Abdullą, to ja...
— Nie będę się widział z Abdullą. Nie dziś. No, jazda.
Patrzył jak czółno rzuciło się ku brzegowi, skinął ręką w odpowiedzi na ukłon Almayera i podszedł do tylnej barjery, wygładzając list Abdulli dobyty z kieszeni. Przeczytał go starannie, zmiął powoli z uśmiechem i ścisnął mocno w palcach trzeszczący papier, jakby trzymał Abdullę za gardło. Kładł już z powrotem list do kieszeni, ale rozmyślił się, rzucił zmiętą kulę za burtę i patrzył w zadumie jak przez chwilę kręciła się w wirach, póki prąd jej nie poniósł w dół rzeki, ku morzu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Aniela Zagórska.