Wycieczka do kletki Czernego Boga

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Teofil Lenartowicz
Tytuł Wycieczka do kletki Czernego Boga
Pochodzenie Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891)
Data wydania 1893
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka, Br. Rymowicz
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków – Petersburg
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część II jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część II jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
WYCIECZKA DO KLETKI CZERNEGO BOGA.

Teofil Lenartowicz.jpg


Było to w roku 1849, w czerwcu, o świcie dnia najpiękniej się zapowiadającego, kiedy powodowany okolicznościami, o których na innem miejscu będzie mowa, lekko, bez mantelzaka, z kijem tylko w ręku i dwoma, wyraźnie dwoma, talarami w kieszeni, wsiadłem na łódkę, niosącą podróżujących z Pirna do Königstein, Bastei, Kuhstall, lubowników pięknej przyrody, żołnierzy oraz księdza spowiednika królewskiego, pobożny albowiem król saski spowiadać się miał tego poranku za grzechy dni, które tylko co przeleciały, a w których dużo było hałasu.
Byli tam i przekupnie i babina, uwożąca przed bacznością pruską myśliwskie statki, starannie jak drzewo w grubym upowite worku, były i dzieci i ojciec, opłakujący nagłą śmierć ośmnastoletniego syna i różni, różni ludzie, nad którym i jeśli się zbyt nie zastanawiałem, przyczyna do zrozumienia łatwa, bo myślałem o sobie: gdzie to ja moje kroki obrócę i ile pięknych widoków podziwiać będę, zwłaszcza tak suto opatrzony w niezbędne do wszelkich dalszych wycieczek pobrzękacze? Przy pierwszym tedy brzegn, do którego po błękitnej Elbie przybiła łódka, pożegnałem miłych towarzyszy i pobrzeżem rzeki słowiańskiej puściłem się ku Bastei, dokąd kiedy zaszedłem, zegar z wieży kościelnej dwunastą godzinę wydzwaniał tak pogrzebowym jękiem, jak dzwon Frauenkirche temu dni kilka.
Celem wędrówki mojej, właściwie mówiąc, nie była Szwajcarja Saska, lecz Budyszyn, gwoli rozpatrzeniu się po granicach Słowieńskich i poznaniu dobrych ludzi, o których już coś nie coś w Dreźnie zasłyszałem; jakoż pierwszą rzeczą, o którą rozpytywałem się oberżysty niemca, stawiającego przedemną kufel piwa, ser i chleb, było: jak daleko do Budyszyna i jakąby najkrótszą drogą przebrać się doń można?
— Pójdziesz na lewo, tam będzie las niewielki i równina, na której bydło nasze się pasie, potem weźmiesz się na prawo, potem znowu na lewo i dalej górami aż do młyna, na którym dobry człowiek siedzi; u tego młynarza będziesz mógł dostać koni i bryki, jest bowiem zasobny i gościnny, a osobliwie dla młodych studentów, jak ty, bo widzę po czapce niebieskiej z białym szlagiem, że student jesteś; stary jest, a jak wander studenta zobaczy, zdaje mu się, że młody i śmieje się bardzo; już on ciebie do Lobau wyprawi; w dodatku i piwa, a ma dobre, nie pożałuje.
Rozumie się, że, otrzymawszy takie objaśnienie, uczułem jakieś ciepło około serca. Ej, wszystko pójdzie dobrze i wszędzie się znajda poczciwi ludzie, cała rzecz, żeby o tem nie wątpić. Obejrzałem skałę Bastei, od góry do dołu okryta imionami podróżników na wieczną pamiątkę bytowania swego na ziemi zapisujących nazwiska, które, jeśli zwrócą uwagę przechodnia, wywietrzeją z głowy; chyba jaki student kolega pokiwa głowa, i powie: „A djabliż go aż tam nosili na wierzchołek Bastei, i jakim sposobem wdarł się tak wysoko, zeby swoje głupie imię „Gottlieb Schmidt“ namazać”.
Rzuciłem wzrokiem po bożym świecie: piękny poetom do opisywania, malarzom do malowania, do których odsyłam łaskawego czytelnika; oni to wdzięczniej opowiedzą i odmalują odemnie, nie myślącego o poezji w owym czasie, raczej o życiu biednego człowieka, którego owszem każda piękność razi i radby nad zachmurzoną duszę ściągnać szarą mgłę i deszczowe obłoki, z któremi na jedną nutę myślby się toczyła, a słowo szemrało albo huczało, jak wiatr po wierzchołkach sosen.
Addio — brzegi Elby czy Głubi, Łaby, Łobjo, jak ją Łużyczanie nazywają! hufce zwycięzkie królów słowiańskich, słupy żelazne, gdzie wy?... Czas wszystko zagarnął pod siebie, jednego tylko zniszczyć nie mocen: słowa, które tu po staremu pobrzmiewa, nie zagłuszone niemczyzną: „pokwaleny Jezus Krystus — do wiecznosti — i nasz Serbski kraj, rjany kraj“... Po odpoczynku dalej w drogę; o godzinie 4-tej powitałem młynarza i wszystko się ułożyło podług przewidzeń oberżysty; dwa dzielne konie, na którychby kropla wody nie ostała, zaprzężono do wózka, poczęstunek pokrzepił wędrowca, dziarski parobek zaciął konie i popędziliśmy do Lubij (Löbau) a notabene, za furmankę zapłaciłem dwa złote, czyli dwanaście srebnych groszy, które nie bez żalu odrachowałem.
Na dworcu kolei żelaznej obliczyłem moją kasę, a znalazłszy w niej coś około talara, zakupiłem bilet za dwa złote i ufny w przyszłość, rzekłem sam do siebie: ergo, nie jesteśmy jeszcze tak źle...
Na kolei pruskich konstablerów pełno, ruch wielki, za kwadrans przychodzi pociąg; kwadrans ten zdawał mi się długim jak wieczność, nie byłem albowiem legalnie zaopatrzony w pewne papiery, a karta studenta uniwersytetu lipskiego u Prusaków nie była dostateczną do swobodnego krążenia, jak się Francuzi wyrażają; co bądź, nie tracąc miny, zbliżyłem się do stróża porządku publicznego, prosząc o ogień do cygara, którego mi z największą przyjemnością udzielił. Brawo! pod szczęśliwą gwiazdą urodzony chowanku mazowiecki!
W Budyszynie, gdzie się obejrzę, wszędzie lute niemcy; jakże ja się tu o swoich dopytam; ale od czegóż fortuna? Idzie jakiś człowiek... Hej! panie obywatelu, a gdzie tu żyją Słowianie? jako ja też Słowianin jestem? — Bratczyku, to ja ciebie powiodę. — Wiedź; wszystkim dobrym Słowianom daj Boże zdrowie.
Wiedziałem, że tu przebywał poeta Zmorski, wydawca pisma Stadło, (w którem Lelewel rzecz swoją o utraconem obywatelstwie kmieci drukował) znajomy z Warszawy, towarzysz w peregrynacjach, miłośnik Słowiańszczyzny, którą nam głowę nabił naprzód Zorjan Chodakowski, dalej Lelewel, a po nim Juljusz Słowacki, autor „Lilli Wenedy“, i że u miejscowych wielkie ma zachowanie. Rozpatrzmy się, poradzimy, a może tym czasem i sukurs nadejdzie; gościnnego kąta chyba mi nie poskąpią...
Zacni ludzie, czy też z was który doczekał takiego wieku, jak ów chudy, i, zdawało się, nie długowieczny wędrowiec; żyjeż tam jeszcze Imisz Broszka, Hiczka, Michał Cyż? Najzasłużeńszy, wiem, że zakończył życie, I. Smoler, istny typ literata, dziennikarza, wydawcy książek ludowych, współpracownik Maticy Czeskiej i „Slavische Jahrbücher“, zbieracz starych powieści i podań. Żyjąż tam jeszcze wszyscy, których wdzięczną ogarniam pamięcią? Pracowali oni zgodnie nad zachowaniem jedynej po ojcach spuścizny: języka, obyczajów i uczciwego postępowania jednych względem drugich, śpiewając stare i nowe pieśni, które im ksiądz poeta — imienia jego sobie nie przypominam — na niedzielne biesiady układał; w pieśniach tych coś się tam i o Wielkim Bolesławie zasłyszało i o rycerzach śpiących, którzy, zbudzeni, mają kiedyś Niemców aż na sam koniec świata przepędzić, zredukowanych do ilości, mogącej zmieścić się pod jedną gruszkę.
Nie wiem, jak żyją ze sobą literaci dni dzisiejszych; o dawniejszych powiedzieć mogę, że była to konfraternia chudopachołków, do której zachodząc z jakiemi takiemi zdolnościami, witany byłeś radośnie, a jeśli cię ścigały przeciwności, mogłeś być pewnym, że cię koledzy przygarną i trudności ułatwią, a rozradują cię wiarą nie w dukata holenderskiego, lecz w napis na nim: concordia res parvae crescunt[1].
Imisz tedy, nauczyciel dzieci, otworzył mi na spanie alkierz, a nakarmiwszy i napoiwszy podróżnego, który od kilku dni porządnego noclegu nie zaznał, nazajutrz poprowadził do Romana Zmorskiego i Smolera... no, i było nam, jakby to powiedzieć, dobrze, nie, ale znośnie, a i to już dość.
Z Budyszyna, gdzie znowu okoliczności, a wyraźnie mówiąc, złośliwość pruska zachmurzała dni moje, wyniosłem się w okolicę Bischofswerda najpierw do wioski, w której gospodarzył ojciec przyjaciela mego Cyża, kmieć bogaty, istny Piast-pasiecznik, Panie, świeć nad jego duszą, a następnie aż do stóp Kerkonoszów, gór pogranicznych między Czechami a Saksonją.
U starego Cyża rozkwaterowałem się w izdebce syna, w której znalazłem wszystkie wydania Maticy Czeskiej, Biblję Łużycką i różnych innych ksiąg zasób. Czytałem tedy po całych dniach, oczekując na tak zwaną flotę, gwoli rozwinięciu żagli w świat niegościnny, szeroki, nieznany. Spostrzegałem gospodarstwo i wzorowe życie tych patrjarchalnych rodów... praca — ale jaka! od dnia do nocy, a wesoło, bo na własnej roli i około dobytku. Do dziś dnia pamiętam tego starca pasiecznika (posiadacza około trzechset ulów), prostującego się przy stole i uroczyście głosem podniesionym wzywającego błogosławieństwa bożego dla swojej rodziny; przez ciąg mojej bytności nigdy w chacie tej nie usłyszałem lekkiego słowa. Niewiasty z powodu suszy letniej nosiły wiadrami wodę do polewania podrosłych jarzyn, pszenica, gęsta jak las, powijała się pod wiatrem, bydło spaśne radowało oko, a kiedy pod wieczór ludzie wracali z pola wesoło, było to coś tak cichego, jak słońce i tak pogodnego, jak ten zachód pogodny.
Dnie więc, jak dnie, przechodziły mi spokojnie i nie bez pożytku, ale noce, ale sny po nocach... sen od powiek ucieka...
Coś wygania z chaty — dalej panie Ahaswerus!
Lesław Łukaszewicz, najczcigodniejszy przyjaciel, pisze list z dodatkiem oczekiwanym. Co za radość! Żegnam wieśniaczą zagrodę i izdebkę syna gospodarza, a mojego przyjaciela, ucznia filozofji i prawa w Lipsku, zostawiam karteczkę z nazwiskiem na pamiątkę — i oto z powrotem na dzień jeden jestem w Budyszynie u Romana Zmorskiego, z którym, jako zawsze gotowym towarzyszem do pieszych wędrówek, puszczam się nieco dalej, aż do stóp Kerkonoszów.
Roman przez całą drogę z zapałem prawił o swojej „Wieży siedmiu wodzów“, którą wówczas budował, w interwałach cmokając ustami, albo pośpiewując:

Pójdź, kochanko, pójdź na morze,
Wiatr żaglami dmie!...

piosnkę Lucjana Siemieńskiego. A oryginalna to była natura: duch starego Słowianina rozkwitł na tem drzewie, które się nazywało Roman Zmorski; żył, oddychał, czuł tylko w swoim świecie; drewniane jego bogi, z wywieszonemi po pas językami, wróżby wieszczów, dumy rycerskie, nachodziły nań, nie jak przyzwane siłą imaginacji poetycznej, ale niby chmury, napływające ze światów pomarłych.
„Kairbarze, uwolnij Bardów, oni są synami przyszłego czasu, głos ich odezwie się w innych latach, kiedy królowie Temory przeminą; małe dusze są parą, która się rozpościera po bagnistem jeziorze. Nigdy one nie wstąpią na zielone wzgórza, by je wiatry spotkały“.
Słowa te z Ossjanowej pieśni najzupełniej odnosiły się do niego: on szukał wichrów i mroku, albo gwiazd roziskrzonego nad lasami nieba, jak własnego domu; zacisze domowe było mu więzieniem; zostawiał najprzywiązańszą żonę i dzieci i wybiegał, przywykły od lat najmłodszych, na wędrówki po lasach, wierzył w zaklęcia, w runy skandynawskie, w potęgę pieśni, jak wielu innych z owego czasu... Byłoż to wdzieranie się w przeszłość, w Anglji Celtyckiej (Irlandji), w Niemczech, Skandynawji i całej Słowiańszczyźnie, badanie indyjskiego pochodzenia plemion, zwrot do literatury indyjskiej i pojęć o najpoważniejszych zadaniach — byłoż tylko i jest dotąd oryginalnością poetyckiej fantazji i dziwactwem uczonych, powiewem wiatru, chmurą, przelatującą nad ziemią, czy też walką w sferze idei z pojęciami semickiemi, niech o tem wyrokują ci, którzy z pewnością o wszystkiem wiedzą i nigdy się nie mylą. Co do mnie, ja myślę, że jakiekolwiek kwestje były do rozwiązania, kierunek ten przywrócił godność poezji, której koryfeusze poczynają nazywać się Prometeuszami, jak Byron, Shelley, Goethe, Quinet i nasi wielcy poeci. Prometeusz Arjon, to równoważy coś z prorokiem Semitów, a jeden jak drugi z wyższych przeznaczeń ma zadanie rozjaśniać ogniem niebieskim ziemskie drogi naszego żywota.
Roman, trudny w pożyciu, nie mógł znosić idealności; jego Lesław do ziemskiego szczęścia z rozkoszą ucieka do piekła, jego Anioł niszczyciel sypie iskry pożarów. Kain Byrona był pokrewnym jego młodzieńczej muzy, jeśli nie ojcem.
Romana znałem młodym i przypominam sobie dwie stancyjki w klasztorze Dominikanów w Warszawie przy ulicy Freta, w których się z ojcem mieścił; tam jego pierwsze utwory powstawały, z któremi krył się przed ojcem, równie jak i przyjacielem jego, pułkownikiem Haselkwistem, snadź niedowierzając ich estetycznemu znawstwu, jak i brata starszego, który był urzędnikiem sądowym.
Znajomość języka niemieckiego wtajemniczyła go w utwory pierwszorzędnych poetów: Goethe, Zacharjasz Werner, Izajasz Tegner, Manfred i Kain Byrona stali u kolebki Lesława; później zbliżony z ludem, a mianowicie serbskim, którego pieśni tłumaczył, przeszedł z pod pierwszej zawieruchy pod pogodniejsze niebo; czytałem nawet jego hymn religijny do Matki Bożej, ale wówczas, w Łużycach, był takim, jakim go tutaj wspominam.
Było to najzupełniejsze przeciwieństwo z poważającym go i do wszystkich przywiązującym się towarzyszem drogi na Kerkonosze, który, jeśli marzył, to jak Symonowicz, Gawiński, jak Brodziński, Pol Wincenty, a rwał się do lotu pod słońce porankowe, muskając z lekka klawisze liry ślepca na włóczędze, od chaty do chaty, od omokłego deszczem modrzewiowego kościoła, do drugiego, od jednej kołyski, do drugiej.
— Znużyłem się, Romanie, siadaj...
— Chcesz pożywienia?
— Chcę.
— To masz chleba ze smalcem zuchelek, jedz, pomazańcze pomazańca, kiedyś głodzien, — i na nowo:

Pójdź, kochanko, pójdź na morze,
Wiatr żaglami dmie!...

począł nucić niebardzo melodyjnie, nie miał bowiem talentu do śpiewania, jakkolwiek był przekonany, że śpiewa z przejęciem, nie chcąc powiedzieć „z uczuciem“, którego to słowa zarzekał się wymawiać, słuchacze zaś byli zdania, że głos ten przypominał im wilka za górami.
— Idźmy...
— Idźmy...
Pola rozległe, świetne obiecujące żniwa, świat aż miło wystrojony, jak od wielkiego dzwonu; góry błękitnieją w odległości. Roman znał wszystkich nauczycieli ludowych, wstąpiliśmy więc do jednego, który nas przyjął gościnnie, podziękowaliśmy pięknie, pożegnaliśmy w Boże imię i nad wieczorem ujrzeliśmy niewielki dom pod górami, z którego dolatywała nas piosenka, znana w całych Łużycach górnych:

Rychło śniki najdu,
Liczka zoże znidu,
Roża niewinnostie,
Wicznie zarza kcze (kwitnie),

którą mi towarzysz powtarzał, intonując własnego układu piosenkę:

W wieńcu z gwiazd,
w płaszczu z chmur
cicha noc
schodzi z gór...

Jakoż bo wiele gwiazd weszło było na niebo.
Stary Broszka, Farar miejscowy, kiedyśmy weszli do domu, siedział przy klawikordzie, na którym uczeń jego niegdyś, a dziś sługa boży, wygrywał ową piosenkę, a córka gospodarza śpiewała. Widząc nas wchodzących, ruszył się z miejsca. Roman zaprezentował nieznajomego, któremu wszyscy obecni uprzejmie i życzliwie podali rękę.
— Siedajte, to moja żona, to córka Laura, a to nasz bratczyk, który jutro udaje się na misję do Ameryki, jako duchowny, niosąc słowo boże pomiędzy ludzi dobrej woli: a no, jem u tam iść...
Wieczór zeszedł nam błogo, a po skromnej wieczerzy i pożegnaniu misjonarza, gospodarz powiódł nas na spoczynek do stancyjki na górze.
Nazajutrz jak świt w przyległej obórce dał się słyszeć głos dziewczyny. Wyjrzałem dymnikiem: piękna Laura niosła skopek mleka, a za nią kroczył pies, czyli koń niemiecki, który, kiedy weszła do sieni, przysiadł przy wózku, ze szlejkami, poczuwając się do obowiązku ciągnienia mleka do miasta. Panna Laura Broszka, wczorajsza śpiewaczka, skinęła nam głową poważnie, jak na córkę pastora przystało, na który to ukłon również uroczyście odpowiedzieliśmy.
Przy śniadaniu ojciec prawi:
— Zostańcie z nami parę dni — i dalej rozpytywać się: co ja myślę robić? A ba, zgadnij że — co można, co się da, aby na życie zapracować.
— Tu, w Saksonji, możesz znaleźć zatrudnienie pomiędzy nami. Imisz mówił o tobie; poczekaj, niechno ja się zawinę a załatwię twoje pasportowe trudności, a tymczasem zjedzcie co Bóg dał.
Po śniadaniu Roman do mnie prawi: wiesz li, że tu niedaleko w górach są pamiątki słowiańskie: kletka (mównica) Czarnego Boga i ołtarze, na których krwawe odprawiano ofiary. Na co ja: Niemieckie to Bożę, jak utrzymuje uczony Wacław Aleksander Maciejowski. — Nie wadzi, idźmy! — i dalej do Czarnego Boga nie wiedzieć po co.
Oj ten Czarny Bóg! byłby on nam narobił biedy, gdyby nie Biały Bóg, który się nami w tej przygodzie widocznie opiekował.
Droga do Czertowskiej Kletki, czyli Ucha Bożego wiodła przez las sosnowy, gęsty, w którym od miejsca do miejsca zauważyliśmy kamienie omszone, kołem poukładane, odwieczne świadki dziejów zamierzchłych; na tych kamieniach wyobraźnia wracała nam siedzących starych wodzów Lutyków, Wilków, z drewnianemi tarczami, w hełmach o dziczych i wilczych łbach, z oszczepami w szerokich dłoniach, radzących jakby stawić czoło zagonom niemieckim. Tu siedzieli twoi wodzowie, Romanie, kiedy moi Mazurowie ciemni tańcowali tam gdzieś przed jakimś łacińskim królem, — cur-że im i pek za to!
— Masz prawdę, cur im, a za uczucie godne przyjmuję cię do mojego herbu — dwie dudy na krzyż.
I nuż mi cudną swoją baśń opowiadać o śpiących rycerzach i o siedmiu wodzach, o których i Bohdan Zaleski coś zasłyszał, wspominając:

Gdzie to naszych um połowa
O trzech zorzach, trzech krynicach,
Siedmiu wodzach, stu dziewicach?
Z ludźmi głuchną gdzieś w mogile.

Otóż, braciszku, my te stare dumy pobudzimy z grobowców, — hę! Co mówisz? A co myślisz o Pieśni Zaboja, o Pułku Igora, o Henryku pobożnym, o Trąbach w Dnieprze i o mojej Wieży siedmiu wodzów, co o Juljusza Lilii Wenedzie i Balladynie?
— Myślę, że się różnią od romantycznych brzęków, dzwoniąc w kamienie brzeżne falą burzliwą naszych Dunajów; te bajki są czemś, co się życia doprasza.
Na to on:
— A co chce żyć, to żyć musi...
— Amen.
— Rycerską pieśń roznoszą oddalone echa:

Gdzie starość, zapatrzona w bezchmurne lazury,
Duma o dawnych czasach, przewiduje młode,

Dziady nasze, Lirniki, stron tych augury,
Którym wicher kudłatą rozgartywa brodę,
A sznur na biodrach ściąga płótno białej szaty,
Drewianie, Lachy, Serby, Bohemi, Kroaty...

— Amen, wstają, wstają stare dumy.
— No, idźmy... Juljusz Słowacki niech żyje! Pamiętasz u księdza Glinki piliśmy zdrowie Kura i Tęsknoty; ty się mażesz, a ja pieję.

Bo pieśni wieszczów są tak w narodzie,
Jako w człowieku silne serca bicie.

Napij się wyczynu żytniego i zakąś przysuchy, rzecz błoga i uzdrawiająca, jak mówi Dziekan (Dziekoński)[2] do siebie.
— Gól.
Po godzinie drogi dobrym krokiem stanęliśmy na miejscu, na którem wznosi się czarna skała, otoczona sosnami. Otóż i Ucho Czertowskie, na którem żadne imię śmiertelne się nie zapisało.
Otwór z boku, zwany uchem, był zda się ze strony, po której stawali starzy Słowianie, wypowiadając żądania swoje, albo zagadując o los, jaki czeka pokolenie, śpieszące do boju, na które siedzący w podziemiu Żerca, kapłan odpowiadał, kamienie zaś w pobliżu znajdujące się, podłużne, na których znajdują się wydziobane serca z rowkami do wsiąkania krwi w ziemię, widocznie służyły do ofiar.
— A co? niewarto było ściągać? Zda mi się widzieć złotowłosego Giermana, jak go tu do tego kamyczka taszczą... Bracie, zaśpiewajmy chór Druwidów i zatoczmy kołem — tu chwycił się za głowę — co za wyborny pomysł, zapalimy sobótkę ku czci starych bogów i starej wiary.

Głód, powietrze, ogień, woda
I wszelaka zła pogoda
Będzie temu, ktoby starą
Ojców swoich gardził wiarą[3]

Juljusz Słowacki, Mickiewicz, Berwa, Bielowski, Lelewel, Szafarzyk i my, dwaj pacholiki, tobie, stary czarny Boże, gnębicielu Niemców, i drugiemu bożkowi Flinsowi, który z nich jednego co roku regularnie sobie na dno Elby zabiera, zapalamy dziękczynną sobótkę — i dalejże zbierać gałęzie a na kupę układać i otóż suche jak pieprz palić się poczynają.
„Głód, powietrze, ogień woda...” — zaczynam i ja zawodzić, kiedy nagle zapala się tuż stojąca sosna smolna i ogromny płomień a dym wali w górę.
Tu, o czytelniku, jeżeliś kiedy wątpił o zgodzie dwóch literatów, zadziwiłbyś się, jak jedno spojrzenie wystarczyło, żeby się porozumieć i zdecydować: będzie źle... no, i zamiast improwizacji, którąśmy wygłaszać zamierzali, urządzamy odwrót, jakiego żaden Ksenofont, ani Mahomet nie pomyślał. Krzyki: a hu! a hu! pastuchów, i ryk bydła poczęły się rozlegać nad naszemi głowami.
— Słyszysz, Roman, uznają w nas starych Lutyków i Wilków i jak na wilków wrzeszczą, a czy tylko nie ścigają na oko i czy przypadkiem jadowite bestje, czyli psy nie podążą za nami.
— Daj mi pokój, bożę leśne Gonidło z nami... — na co ja:
— Pędź, wiatronoga zmoro, a schowanek mazowiecki nie ustąpi w niczem koledze złej doli, ale, jeśli popadniesz w łapy Königliche-e-e... milczenie! pędź, pędź, chmury z drogi, lasy z drogi, nie czas na refleksje.
Przepyszny las, zdawało nam się, że się już płachtą ognia cały okrywa, że nam dymy pożaru drogę zastępują, że chłopy czeskie (sedlaki) tuż, tuż do ganiają nas, uzbrojeni, jak za czasu Taborytów, w cepy żelazne... Nic z tego, las się przerzedza, cisza... młode krzewy wietrzyk, poruszony naszemi sukmany, potrąca, niebo takie ojcowskie i jesteśmy zdala od niebezpieczeństwa, spojrzymy za siebie: nic niema. Ugasili, czy samo zgasło?...
Twój Biały Bóg zwyciężył, — prawi Roman — sława ci, Światowidzie, i tobie, Jesse, i tobie przyjacielu Sielan, Gonidło! Ku czci waszej gotowi byliśmy zarznąć kura i kurzycę i upiekłszy schrupać w pokorze.
Co to wielkość... Mahometanie liczą lata od podobnej fugi, uczeni podziwiają odwrót Greków z Babilonu; o nas nikt nie wspomniał i choćbyśmy karki połamali, głuche milczenie pokryłoby naszą słowiańską wyprawę. Tak to zawsze dzieje się na tej biednej ziemi: ileż to mrówek stacza boje, zdobywa, kopie, znosi z pola bitwy swoich czarnych, czy czerwonych poległych bohaterów, i sza, cicho... a co się dzieje w państwie skrzydłaczy, w walkach żórawi z orłami, jakie mądre parlamenta odbywają się co wieczór w narodzie szpaków i wróbli! Uczeni świata kiedyś zajrzą w te sfery i już nawet głosy w Niemczech dają się słyszeć w tej materji.
Przyznam się, że nie lubię smętnych ludzi, bądź co bądź, w każdym czasie za świętość niedostępną albo djabelstwo uchodzić chcących i dlatego najwyższe uwielbienia mam dla poetów jak Goethe, Mickiewicz, Szekspir, Cerwantes, w których łza miesza się z uśmiechem, pustota a często i słabość z powagą, bólem, wytrwałością, hymn religijny i rycerska duma z piosenką, wiara zwyciężająca z przelotnemi chmurami zwątpienia; tacy są, jakimi są: ludźmi, z którymi, daj Boże, spotykać się, od djabłów zaś i doskonałych (we własnem o sobie rozumieniu) zachowaj, Panie! Co my wiemy, czytelnicy tysiąca ksiąg, dzieci złośliwe albo łagodne? Wiemy, że się rodzimy dziećmi do kolebki życia 1 w starości dziecinniejemy do kolebki śmierci.
Czytelniku mój, nie posądzaj mnie o wygodną filozofję optymistyczną: To inna rzecz. Cierpliwie znoszę optymistów, kwietystów, pesymistów i wszystkich „istów” w jednem zamkniętych zaczarowanem kole, ale szanuję każdego, którego przewodnią ideą w życiu była jedna z tych; niech się to z prac twoich wyświeca, nie kryj się, nie udawaj, jednego tylko strzeż się: złośliwości reptilitów bo ta do zwycięstwa idei twojej nie dopomoże, a człowieka zniża do bestji drapieżnej. Najwyższa idea górą, a kto jej wiecznie służy, ten wiele przebacza, wiele znosi i dla wielu rzeczy spokojne ma wyrozumienie. Ale na co ja to wszystko piszę? a to chyba na to: żeby coś wspomnieć, iż dwaj wędrowcy do Kletki Czartowskiej, obok zabawnych wydarzeń, przebyli w życiu bogdaj cięższe od włoskiego poety i od niejednego polskiego może, udręczenia, nie posiadając za przewodnika ani Wirgilego, ani Śgo Bernarda, ani Beatrycy.
Było to w 25 roku ich życia, a więc w młodości jeszcze, niech więc nam wybaczą smętni, równie jak straszliwe zuchy.
Z powrotem do domu Farara zachowaliśmy najgłębszą tajemnicę tego, co się nam przydarzyło. Po obiedzie Roman wyruszył do Budyszyna, ja zaś pozostałem proszony na gościnę przez dni kilka, w których co zaszło, jakie były projekta najczcigodniejszego księdza i jego małżonki, jaka uprzejmość dobrej pięknej Laury, jak wszystkie mi powiodły się szczęśliwie czy nieszczęśliwie, jak od urzeczywistnienia myśli gościnnego słowianina zależała cała moja przyszłość, być może użyteczniejsza dla społeczeństwa niż ta doświadczona później — o tem będzie mowa w następującym rozdziale. (NB. jeśli go kiedy napiszę).

Florencja.Teofil Lenartowicz.



Upominek - ozdobnik str. 203.png




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł (łac.) Zgodą wzrastają małe rzeczy
  2. Józef Dziekoński, od którego przybycia z Dorpatu rozpoczęło się owo burszowstwo literackie, niewłaściwie nazwane Cyganerją.
  3. Berwińskiego Ryszarda.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Teofil Lenartowicz.