Urywek z opowiadania mego przyjaciela

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Limanowski
Tytuł Urywek
Podtytuł z opowiadania mego przyjaciela
Pochodzenie Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891)
Data wydania 1893
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka, Br. Rymowicz
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków – Petersburg
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub Pobierz Cała część II jako PDF Pobierz Cała część II jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
URYWEK
Z OPOWIADANIA MEGO PRZYJACIELA.

Bolesław Limanowski.jpg


Po kilkonastoletniej wędrówce po rozmaitych krajach wróciłem znowu do roli, na której, skończywszy szkołę rolnictwa, zacząłem już był pracować, i której odbiegłem, porwany wraz z wielu innemi nadzieją i wiarą, że nadeszła chwila ziszczenia tego, o czem marzyliśmy i czegośmy pragnęli gorąco. Los wypadł mnie ciężki. Zabrano ojcowiznę moją, i zmuszony, jako prosty robotnik pracować na własne życie, wycierałem rozmaite kąty i nie z jednego pieca chleb jadłem. Poznałem wówczas z doświadczenia czarną stronę życia ludzkiego i stosunków społecznych.
Wróciłem do roli dlatego, że otrzymawszy po ciotce mały spadek pieniężny, mogłem na nowo zająć się samodzielnie rolnictwem, do którego czułem i upodobanie i uzdolnienie. Upatrzywszy więc w podkarpackich stronach mały folwark odpowiedni, ułożyłem się z właścicielami onego o długoletnią jego dzierżawę.
Miałem w tym czasie lat około czterdziestu, byłem więc — jak mówiono — w sile wieku. Mniemano też powszechnie w okolicy, że pójdę za przykładem innych dzierżawców kawalerów, którym dzierżawa służyła za szyld jeno, a którzy zajmowali się właściwie poszukiwaniem panien posażnych, ażeby w ten łatwy sposób zostać obywatelami — jak się wyrażali — to jest właścicielami większych dóbr ziemskich. Panny okoliczne, zwłaszcza zbliżające się do mego wieku, cieszyły się, że przybył jeszcze jeden konkurent. Zawiodłem jednak te rachuby. W prawdzie chciałem być także obywatelem, ale obywatelstwo pojmowałem inaczej, niż sąsiedzi moi: uważałem je jako służbę publiczną, która wymaga pracy istotnej, wytwórczej i pożytecznej dla ogółu. W mojem przekonaniu taka praca tylko mogła się nazywać pracą obywatelską, i ona tylko dawała prawo do obywatelstwa.
Przybywając do mego folwarku i obejmując w nim zarząd, miałem już plan gotowy. W kilka dni po przyjeździe, kiedy rozpatrzyłem się dostatecznie w interesach i gospodarstwie i poznałem ludzi otaczających, zwołałem wszystkich, co pracowali na moim folwarku, i rzekłem do nich mniej więcej w te słowa:
— Wy potrzebujecie żyć, i ja potrzebuję żyć. Ażeby żyć, musimy pracować. Niezawodnie moje położenie jest lepsze od waszego i moja praca jest lżejsza i przyjemniejsza od waszej. Nie chcę jednak was krzywdzić i korzystać z tego, że skutkiem przypadku mam więcej od was nauki i majątku. Obmyśliłem więc taki sposób urządzenia się, ażeby wam było lepiej, mnie było także dobrze, gospodarstwo nic na tem nie traciło i nikomu nie działa się krzywda. Sposób to łatwy. Otrzymywać będziecie i dalej takie zasługi, jakie dotychczas otrzymywaliście. Ordynarję powiększę wam, bo kto pracuje dobrze, ten musi także i dobrze jeść. Sobie wyznaczam takie zasługi i taką ordynarję, jakie ekonom w sąsiedztwie bierze. I dalej — pracować będziemy wszyscy tak, jakbyśmy na swojem własnem pracowali. Ażeby wiedzieć, jaki będzie czysty dochód z gospodarstwa, i ile każdy z nas po roku jeszcze dostanie, ja będę prowadził rachunki i wszystko akuratnie spisywał. Wy wybierzecie zpomiędzy siebie więcej piśmiennego, i niech on przegląda, czy wszystko, jak się należy, bywa zapisane. W gospodarstwie są wydatki i dochody, które oddzielnie spisywać będę. Do wydatków należą: dzierżawa, którą trzeba zapłacić, rozmaite podatki, zasługi wasze i moje, wreszcie wszystko, co trzeba będzie kupić lub sprawić dla gospodarstwa. To, co kupimy, będzie nasze wspólne. Kupimy, naprzykład, konia, to ten koń nie będzie do mnie tylko należał, ale będzie koniem naszym. Po roku zrobię obrachunek. Zaliczę wszystkie wydatki i wszystkie dochody i odciągnę jedne od drugich. To, co zostanie, będzie naszym zyskiem. Ponieważ do gospodarstwa wkładam kapitał, więc słuszna, ażebym wziął od niego procent. Zrzekam się jednak tego procentu na rzecz ogólną: na lekarstwa i lekarza, w razie gdyby kto z nas zachorował. Po odciągnięciu procentu, resztę zysku podzielimy pomiędzy siebie na równe części.
Przez pierwszych kilka miesięcy z podejrzliwością na mnie patrzano i jakby probowano, czy na prawdę myślę być innym od reszty dzierżawców i właścicieli ziemskich. Kiedy jednak z powodu pewnych wykroczeń i nadużyć ograniczyłem się tylko na tem, że spokojnie i bez gniewu wytłómaczyłem, jaką stratę z tego powodu wszyscy ponosimy, zachowanie się robotników widocznie zmieniać się poczęło. Jeden drugiego pilnował i wstydził. „Może pan i bzdurzy — powiadali — ale dobry i przychylny jest dla człowieka“. Widziano bowiem, żem się starał o ich dobro. Jedzenie mieli dobre, bieliznę czystą, odzież całą i przyzwoitą. Starałem się o to, aby mieszkanie — o ile można — było dogodne, suche, przewietrzone i zimową porą ciepłe. Każdy miał własne łożko i pościel. Słowem: warunki życia polepszyły się. Kiedy więc po rocznym obrachunku, pokazało się, że na każdego przypadło po kilkadziesiąt guldenów, radość była wielka, zadowolenie powszechne i chęć do pracy stała się szczerą.
Zjednawszy przychylność i zaufanie robotników, przedstawiłem im potrzebę szkółki dla dzieci, w gminie bowiem naszej nie mieliśmy jeszcze rządowej szkoły, a właśnie mieliśmy w okolicy dobrą nauczycielkę, która i z przekonania i z zamiłowania zajmowała się kształceniem dziatwy wiejskiej. I prosiliśmy więc ją, by się przeniosła na mieszkanie do naszego folwarku i wyznaczyliśmy jej ordynarję i małą pensyjkę z ogólnego dochodu. Włościanie okoliczni przysyłali także swoje dzieci do niej na naukę. Powaga jej, zdobyta wielką dobrocią i szczerą pracą, była ogromna. Kochali ją wszyscy, i ja ją pokochałem, i po roku została żoną moją.
Kiedy nadeszły jesienne długie wieczory, umówiliśmy się zgromadzać do izby szkolnej, na którą przeznaczyłem największy pokój w mojem mieszkaniu. Każdy przychodził z jakąś robotą: kobiety zwykle szyły, mężczyźni coś strugali. Czytano tam jaką książkę lub gazetę głośno, opowiadano ciekawe rzeczy, zadawano sobie zagadki, żartowano, śpiewano, wreszcie grano, mieliśmy bowiem pomiędzy sobą skrzypka, który wcale nie źle grywał i basistę. Moja przyszła żona zręcznie kierowała całą zabawą, tak, że wszyscy byli zadowoleni i chętnie się zgromadzali. Przyznam się szczerze, że i ja znajdowałem wielkie upodobanie w tem towarzystwie i innego sobie nie życzyłem; co prawda, przyczyniała się do tego obecność osoby, która podzielała moje zasadnicze przekonania i poglądy i do której skłonność sercowa wraz z większą znajomością wzrastała. Czasami urządzaliśmy tańce. Wreszcie powstał projekt odegrania teatru. Rozpoczęły się więc przygotowania i próby. Z początku szło wszystko jak z kamienia: ruchy były niezgrabne, mowa sztywna, jedni drugim wciąż przeszkadzali. Żona moja przyszła jednak tak gorliwie pracowała nad ociosaniem i okrzesaniem kloców wiejskich, że pierwsze przedstawienie, na które zgromadziło się mnóstwo gości z sąsiednich wiosek, udało się lepiej, aniżeli tego spodziewać się było można. Powodzenie to zachęciło młodzież wiejską do tego rodzaju zabawy, i następnie pod kierownictwem żony mojej urządzano po kilka razy na rok przedstawienia teatralne.
Wieczory, spędzane wspólnie w izbie szkolnej, sprawiając prawdziwą uciechę młodym, a nawet i starszym osobom, wywierały korzystny wpływ moralny i umysłowy na ludność folwarczną i wogóle na okoliczną ludność wiejską. Karczma straciła swój dawny pociąg i coraz mniej do niej uczęszczano. Zachowanie się stawało obyczajniejszem i przybierało formy więcej gładkie. Rozwinęła się chęć do czytania. Prenumerowaliśmy więc parę dzienników. Ażeby zebrać pieniądze na prenumeratę, urządzaliśmy loterję, która zawsze miaia ogromne powodzenie. Żona moja udawała się w tym celu do miasta i stamtąd od antykwarjusza przywoziła sporą liczbę pożytecznych książek. Kupowała także obrazki, ołówki, pióra, kajety z czystego papieru i sprowadzała ze Lwowa lub Krakowa dobre, popularne książeczki i kalendarze. Biletów więc wygrywających było dużo, i bilet kosztował wszystkiego 10 centów. Na loterję zgromadzano się licznie z całego sąsiedztwa. Uciecha była wielka. Każdy chciał próbować szczęścia. Ci, co wyciągali bilet wygrywający, chociażby ten dawał im tylko ołówek lub pióro, cieszyli się szczerze i żartowali z tych, którym los nie sprzyjał. Korzyść zawsze jednak bywała ogólna; książka, bowiem wygrana przez jednego, przechodziła następnie z rąk do rąk, i każdy, co chciał, mógł ją przeczytać.
Poznajomiwszy się z włościanami okolicznemi, wykazałem im korzyści, jakie przynosi braterska łączność interesów, i w przeciągu kilku lat zawiązaliśmy towarzystwo wzajemnej pomocy, założyliśmy kasę pożyczkową i otworzyliśmy wspólny kramik. Żona bardzo skuteczną w tem wszystkiem okazywała mnie pomoc.
Szlachta dziedziczna, nazywająca się obywatelstwem, mniej zajęta rolnictwem, aniżeli kartami, kieliszkiem i polowaniem, gorszyła się mocno z mego zachowania się. Mówiła, że jestem bez wykształcenia, że gustuję w prostaczem towarzystwie, że robię konkurencję karczmarzowi i pod pozorem loterji i temu podobnych głupstw wyłudzam od robotników moich należne im zasługi. — Panie mój, dobrodzieju — mówił jeden do drugiego — jest to socjalista!
Gadania te szlacheckie, na które nie zwracałem żadnej uwagi, wyrządziły mnie w późniejszym czasie wielką krzywdę, ale o tem opowiem przy innej sposobności.


∗                         ∗

Przyjaciel mój umarł na obczyźnie, zmuszony do przerwania swej pracy obywatelskiej. Opowiadanie jego, które w głównej treści w swoim czasie spisałem, podaję obecnie do druku.

Paryż.Bolesław Limanowski.



Upominek - ozdobnik str. 64d.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bolesław Limanowski.