Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/372

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nazajutrz jak świt w przyległej obórce dał się słyszeć głos dziewczyny. Wyjrzałem dymnikiem: piękna Laura niosła skopek mleka, a za nią kroczył pies, czyli koń niemiecki, który, kiedy weszła do sieni, przysiadł przy wózku, ze szlejkami, poczuwając się do obowiązku ciągnienia mleka do miasta. Panna Laura Broszka, wczorajsza śpiewaczka, skinęła nam głową poważnie, jak na córkę pastora przystało, na który to ukłon również uroczyście odpowiedzieliśmy.
Przy śniadaniu ojciec prawi:
— Zostańcie z nami parę dni — i dalej rozpytywać się: co ja myślę robić? A ba, zgadnij że — co można, co się da, aby na życie zapracować.
— Tu, w Saksonji, możesz znaleźć zatrudnienie pomiędzy nami. Imisz mówił o tobie; poczekaj, niechno ja się zawinę a załatwię twoje pasportowe trudności, a tymczasem zjedzcie co Bóg dał.
Po śniadaniu Roman do mnie prawi: wiesz li, że tu niedaleko w górach są pamiątki słowiańskie: kletka (mównica) Czarnego Boga i ołtarze, na których krwawe odprawiano ofiary. Na co ja: Niemieckie to Bożę, jak utrzymuje uczony Wacław Aleksander Maciejowski. — Nie wadzi, idźmy! — i dalej do Czarnego Boga nie wiedzieć po co.
Oj ten Czarny Bóg! byłby on nam narobił biedy, gdyby nie Biały Bóg, który się nami w tej przygodzie widocznie opiekował.
Droga do Czertowskiej Kletki, czyli Ucha Bożego wiodła przez las sosnowy, gęsty, w którym od miejsca do miejsca zauważyliśmy kamienie omszone, kołem poukładane, odwieczne świadki dziejów zamierzchłych; na tych kamieniach wyobraźnia wracała nam siedzących starych wodzów Lutyków, Wilków, z drewnianemi tarczami, w hełmach o dziczych i wilczych łbach, z oszczepami w szerokich dłoniach, radzących jakby stawić czoło zagonom niemieckim. Tu siedzieli twoi wodzowie, Romanie, kiedy moi Mazurowie ciemni tańcowali tam gdzieś przed jakimś łacińskim królem, — cur-że im i pek za to!
— Masz prawdę, cur im, a za uczucie godne przyjmuję cię do mojego herbu — dwie dudy na krzyż.
I nuż mi cudną swoją baśń opowiadać o śpiących rycerzach i o siedmiu wodzach, o których i Bohdan Zaleski coś zasłyszał, wspominając:

Gdzie to naszych um połowa
O trzech zorzach, trzech krynicach,
Siedmiu wodzach, stu dziewicach?
Z ludźmi głuchną gdzieś w mogile.

Otóż, braciszku, my te stare dumy pobudzimy z grobowców, — hę! Co mówisz? A co myślisz o Pieśni Zaboja, o Pułku Igora, o Henryku pobożnym, o Trąbach w Dnieprze i o mojej Wieży siedmiu wodzów, co o Juljusza Lilii Wenedzie i Balladynie?
— Myślę, że się różnią od romantycznych brzęków, dzwoniąc w kamienie brzeżne falą burzliwą naszych Dunajów; te bajki są czemś, co się życia doprasza.
Na to on:
— A co chce żyć, to żyć musi...
— Amen.
— Rycerską pieśń roznoszą oddalone echa:

Gdzie starość, zapatrzona w bezchmurne lazury,
Duma o dawnych czasach, przewiduje młode,