Wstęp do Kalendarza

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Wstęp do Kalendarza
Pochodzenie Ananas : kalendarz humorystyczny 1888
Wydawca Kazimierz Bartoszewicz
Data wydania 1888
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron


Artykuł następny nadesłany bez tytułu, a mogący służyć za
Wstęp do Kalendarza
winien mieścić się na karcie pierwszej; lecz spóźniony, zajmuje miejsce jakie zastał w kolei[1].

Raz, dwa, trzy... dwanaście!! Północ i koniec roku! wieczne mu odpoczęcie!! Skończył się jak wszystko kończy się na świecie i poszedł w otchłań przeszłości ze swemi cnoty, grzechami, omyłkami, boleścią, i szałem...
Kawał czasu! kawał czasu! Rzadko kto z nas ośmdziesiąt takich przeżyje, a co to w nich chwil straconych i zmarnowanych! Naprzód weźmie ich kilka wiek dziecięcy, po którym nie mamy nawet wspomnienia... potem, ściśle się obrachowawszy, połowę pozostałą najmniej prześpim nocą i poobiedziem, dalej dużą część przepróżnujemy, przeczekamy, przebałamucimy; a koniec końców, licząc dzisiejszy wiek ludzki na lat ośmdziesiąt, potrąciwszy zeń dziesięć tylko na dzieciństwo, trzydzieści pięć na sen i drzemkę, piętnaście na chwile próżnowania i drobne rozchody powszednie, z ostatnich dwudziestu, dziesięć jeszcze na czcze obowiązki towarzyskie, kuchnią i ceremoniał życia, ośmdziesiąt-letniemu człowiekowi pozostanie prawdziwego żywota lat... czysto dziesięć... Niedziwno więc, że przy skonaniu ten zrzynek życia, wyda się maluczki, i że umierając człowiek powie sobie: „przeszło życie, jak z bicza trzasł“.
Co najdziwniejsza, iż łatwo mogąc się obrachować z tym skarbem tak nam skąpo udzielonym, tak go jednak nie oszczędzamy, sypiemy i lekceważym, jakbyśmy go mieli do zbytku. Ileż to razy zabijamy czas, trwonimy chwile, obcinamy sobie drogie godziny, a któraż z nich nie mogłaby być płodną?
Trudno to zaprawdę rachmistrzować i rachować zbytecznie, ale nie zawadziłoby pomyśleć, że bardzo wiele jest do zrobienia, a czas niezmiernie krótki, a odpowiedzialność zań nieuchronna, a każdy błąd nie do poprawienia. Przynosim z sobą iskierkę ducha, torebkę nasion wszelakich; pierwszą rozdmuchać potrzeba w płomień jasny, drugie posiać i wypielęgnować do żniwa. Jedni dają zagasnąć ogniowi niebieskiemu, drudzy nasion nie sieją, i połowa nas odchodzi przed Wielkiego Gospodarza z próżnemi rękami i próżną wymówką.
Spojrzawszy na Boży świat i Adamowe dzieci, litość i strach porywa, co to się tu marnuje darów drogich, dusz pięknych i istot hojnie obdarowanych!!
W zamęcie życia, człowiek często nie ma czasu rzucić okiem koło siebie i na siebie, pochwycony wirem leci, nie zdając sobie sprawy z biegu i celu... lecz są chwile, w których przychodzi rozwaga i obraz wielkiej całości staje mu przed oczyma. Naówczas najpocieszniejszym teatrem drewnianych marjonetek wydaje mu się ta nasza ziemia i jej mieszkańcy, i gdyby się płakać nad nią nie chciało, śmiechby pusty ogarnął.
Każdy z nas leci niebardzo wiedząc dokąd i po co, poci się dla dziecinnych, omijając rzeczy najważniejsze, poświęca, krzyżuje, gardłuje dla tego na co drugi patrzy z politowaniem; ten woła ognia, ów wody, ten pali, inny chce gasić, zamęt, wrzawa, szał, a wśród tego część obojętnych ziewa z założonemi rękami. Ten w łeb sobie strzela dla ładnej twarzyczki i błyszczących oczów, które dziesięciu równie się uśmiechały jak jemu, ów strzela sobie w sumienie dla grosza, którego użyć nie potrafi, inny strzela w brata dla chwilowego szału obrażonej miłości własnej... W szalonym pędzie za czemciś wymarzonem rozbijają jedni drugich, a gdy pochwycą cacko drogo okupione, już się niem znużyli i radziby go pozbyć. Na co skąpemu grosz którego nie używa, na co rozkochanemu namiętność, która go spali i zniszczy, na co mściwemu krew, którą kupuje zgryzotę?... Trudne to do pojęcia rzeczy...
Wyżej... jeszcze wyżej trochę wznieśmy się ponad tę ziemię i spojrzmy na człowieka jakbyśmy nim nie byli... Oto wychodzi z pieluch maluczki, rozgląda się, rozsłuchuje, uczy... poczyna marzyć, i pomimo tego co widzi, uparcie inaczej świat sobie wyobraża niż jest w istocie.
Doświadczenie usty zbladłemi mówi mu o życiu... nie słucha... przykłady krwawo piętnują się w jego sercu, nie zważa.., pada i kaleczy się i nie wierzy. Szał go porywa pierwszy... i szaleje dla kobiety... która uśmiecha się jemu, drugiemu, dziesiątemu, a w myśli dwudziestu czterem ich następcom... nic nie pragnie, jeno jej... otrzymał ją, został zdradzony, zabolał i życie pustką stoi... Co robić? ha! coś przecie począć trzeba... Po kobiecie, kocha konia, walczy z losem, durzy się napojem, szaleje rozpustą i rozprasza siły, i zjada się sam znęcając nad sobą... Przychodzi chwila znużenia, wyżycia, unudzenia... znów pustką stoi życie... Robi majątek? lecz kiedyż będzie miał go dosyć i zacznie używać? Najczęściej podobnym się staje nożownikowi, któryby zawsze robił ostrza, a nigdy niemi nie krajał. Majątek czyni go dumnym i rozwija pragnienie nasycenia miłości własnej... chce się wznieść, chce odznaczyć, ale jakichże ku temu używa środków? płaszczy się, przekupuje... poniża, pochlebia... i tak dalej... I to życie?!...
Wszystko niestety! ziemskie cele tylko... i po ziemsku w każdym z tych kielichów są gorzkie męty na dnie. Każda namiętność pożera potrosze tych nasion dobrych, które Bóg dał przy urodzeniu; każde pragnienie nasycone ściera z nas coś szlachetnego, a w końcu, gdy z łoża śmierci przyjdzie spojrzeć poza siebie, gorzej to jak dzień stracony... bo życie zmarnowane.
Z latarką Dyogenesa szukać potrzeba człowieka. Wychodzę, aby go znaleść i nie widzę... Ten? miałżeby to być człowiek przeznaczony do nieśmiertelności z Bogiem?... Nie pojmuję! dziwnie się przynajmniej usposabia do tej świetnej przyszłości! Zdaje się jakby zapomniał o śmierci i zabierał się do nieskończonego na ziemi żywota, tak sobie tu wygodne ściele łoże, tak dalekie snuje projekta, tak nigdy nie pomyśli, że gospodą jest tylko na tym błota kawałku; a gdy mu kto śmierć przypomni, marsem pogląda na natręta, milczy i zdaje się mieć to za nieprzyzwoite żarty.
Wczoraj zarobił kilka tysięcy, jutro ma wyspekulować kilkanaście.., klei fortunę... potrzebaż mu więcej?
— Do czego to cię prowadzi? pytam go.
— Jakto? będę bogatym.
— A dalej?
— Bogactwo daje siłę.
— Czy i nieśmiertelność? zdrowszym będziesz? spokojniejszym? kupisz li to lub inne życie?... Myślałeś li jak użyć bogactwa? Spojrzałeś kiedy na piękne niebo nad głową, na zieloną i uśmiechnioną ziemię pod stopy twojemi? Jam jest bogatszy od ciebie, bo w każdym listku trawy widzę skarby... bo w rosie mam brylanty... które Bóg sam zrzuca mi z nieba... bo mi świeci tęcza i błyszczy księżyc, na które ty spojrzeć nie masz czasu. Ale mówże mu o czem podobnem, uśmiechnął się, poświstuje i poszedł...
Idę dalej, i ten kręci się także żwawo... Czego szukasz człowiecze? — Władzy...
Nie pytaj go jak jej użyje, bo nie wie i nie myśli; chce władzy i potęgi. Wspina się, depcze drugich, podpiera braćmi, poświęca spokój, godność, poczciwość, a gdyby mu się przyszło wytłumaczyć z tego co robi, nie potrafi... Namiętność jak druga, powiecie... a! czy nie głupsza od drugich?
Tamten leci za cielesną pasyą jakąś, i poprostu jest zwierzęciem; w nim już nie szukam nawet człowieka... Ten jeszcze udaje olbrzyma i czoło podnosi jakby w niem myśl mieszkała... a tam się wróble lęgną...
I tak wszyscy po trosze lecim nie wiedząc ku czemu i po co... a w górze płaczą nad nami aniołowie stroskani... i liczą godziny stracone...
Gdyby każdy z nas zrobił rachunek sumienia z upłynionego roku... co w nim byłoby śmiecia i plewy, a ile ziarna! — ile kąkolu i pośladów, a ile czystej pszenicy?
Rok, trzysta sześćdziesiąt pięć dni... kawał czasu!! Ale gdybyśmy się obrachowali ściśle, ile go poszło na zrzynki!! Cośmy przespali na zdrowie, choć nie wiem czy nie nadto... cośmy przesiedzieli za stołem... za butelką, przy kartach, kiwając nogą i mieląc palcami, to najmniej połowę wyniesie. A chwile zbierania się do roboty? a spoczynek po próżnowaniu i roztrzepaniu? a bale i zabawy na których ziewaliśmy? a gawędy o deszczu i słocie? a obmowy i odgadywania cudzego życia? a szukanie tego co się nie zgubiło? a poprawianie omyłek?
Na dobre uczynki i pracę płodną zostaje bardzo maluczko. Wszedłszy w kupę ludzi i przypatrując się im uważnie, a wniknąwszy w ich myśli i zajęcia, trudno sobie zdać sprawę z życia. Każdy gdzieindziej dąży, czego innego pragnie... za co innego dałby szyję, a wszyscy śmieją się z siebie.
To strona smutna i śmieszna.
— A co to za człowiek! — słyszysz z boku — ten pan Paweł!... Jestto głos Jana.
— A co to za dziwak, ten pan Jan! — odzywa się Paweł...
— Spójrz tylko za czem on goni, szczęście mając pod nosem.
— Patrz za czem się ubiega i co mu z tego przyjdzie!
Skąpiec rusza ramiony na rozrzutnego, rozrzutny na chciwca, zakochany na zobojętniałego, zimny na rozpłomienionego, i rzekłbyś, że nie jedna ich urodziła ziemia, nie jedno słońce ich wypielęgnowało, nie jeden duch w nich żywie, tak im się trudno zgodzić na jedno.
Na teatrze to fraszki, ale na Bożym świecie... jakby to się człek śmiał serdecznie, gdyby mu łzą nie zachodziły oczy czując że... i on sam taki. Z dzieci śmiejemy się swobodnie, a samiśmy gorzej dzieci, i zaprawdę

.....wszyscy chorujem na głowę.
Choć jeden wziął funt głupstwa, a drugi połowę.

Zgodziłbym się na ten wiersz z poetą, gdyby nie przekonanie, że wszyscy mamy po półtora funta najmniej, tylko w różnych gatunkach. Jeden szaleje żółto, drugi niebiesko, trzeci czerwono, a spełna rozumu nie ma nikt. Najniedołężniejszy, kto myśli, że sam trzeźwy wśród pijanych...
Potrzeba patrzeć jak tu wszyscy wstydząc się sami swej głupoty którą wewnątrz czują, trzymają się na nogach, aby się z nią nie wydać jak się kryją, jak udają rozumnych, składnych, przytomnych... Chodzi im więcej o to czem się pokażą, niż o to czem będą w istocie. Ale niechno zostaną sami lub w kółku, w którem sobie cugle puszczać przywykli... zobaczycie jak zaraz szał tłumiony wybuchnie... Bośmy wszyscy półwaryaci, ale gramy rolę rozumnych i przytomnych... Wkońcu, jak ów co to oprowadzając po szpitalu rozpowiadał przybyłemu fiksacye swych towarzyszów, wydajemy się mimowoli jakimś wybrykiem, że i my do Bedlam należym.
Każdy z nas ma chwile jasne i ciemne... najszaleńszy ochłonie, najprzytomniejszy czasem od rozumu odejdzie... cała rzecz nie wciąż być ideałem, co niepodobna, ale nim być jak najdłużej. Do tego potrzeba tylko pracy nad sobą, i tego przekonania, żeśmy panami siebie, że możemy uczynić z nas co zechcemy. Nie nagle i raptownie, coby było cudem, ale powolnym, wytrwałym trudem nieustającym.
Czas jest właśnie materyałem najważniejszym ku temu, jest przestrzenią, na której owe zapasy nasze odbywać się powinny. Od urodzenia do śmierci musi walczyć z sobą i pędzić do celu, kto chce go osiągnąć... ale wieluż z nas pamięta, że celem życia: trud i walka?




Tak myślałem rozmarzony, i wybijała dwunasta powoli, a dźwięk zegara rozchodził się coraz słabszy i ginął w oddaleniu. Nie wiem, na śnie to było czy na jawie, ale czas się zatrzymał i ujrzałem pomiędzy dwoma laty przedział i spoczynek... Cicho było, niebo świeciło gwiaździste... lekki szum dosłyszałem dokoła... oczy nic z razu dojrzeć nie mogły, aż wreszcie zdumione postrzegły długie szeregi cieniów występujące nad ziemię... Z jednej strony szły postacie czarne z miotłami na plecach i worami u pasa, z drugiej zastęp jasny z wielkiemi białemi skrzydły, w szatach błyszczących... oba rozpatrywały się po padole naszym, na którym jak owoce roku leżały wszystkie uczynki ludzkie spełnione od trzystu sześćdziesięciu i pięciu dni ostatnich... I ja widziałem je teraz kupami spoczywające i oczekujące ażby je duchy czarne i białe wyzbierały i zaniosły do wieków spichlerza. Ślad każdego człowieka oznaczony był uczynkami jego. Jedne jak puste leżały łupiny; byłyto chęci próżne i pragnienia czcze; inne jak kupy śmiecia i gnoju, a byłyto występki i zbrodnie, dalej jak zwiędłe kwiatki schły intencye bezskuteczne, a wśród tego śmieciska gdzieniegdzie zrzadka świeciły łzy przemienione w perełki i cnoty błyszczące jak dyamenty.
W milczeniu poważnem przyszli i stanęli aniołowie i patrzyli co zbierać mieli, a szatani radowali się, że sakwy wyładują. I pracownicy Pańscy i posłannicy nieczystej siły rozpoczęli robotę.
Szedłem za niemi... a praca szła porządnie i gospodarnie. Każdy miał sobie część wyznaczoną, cudzego nie ruszał, swoje tylko zabierał i posuwał się dalej. Djabli z grabiami i miotłami, z worami sporemi dźwigali już dobre brzemiona, gdy aniołom dość było podołka ich szaty do zebrania owocu całego roku. Uląkłem się tych kup śmiecia i brudu, które się wznosić poczęły na rozdrożach... a białe duchy tak rzadko schylały się po perełki i dyamenty!
Szli tedy koleją za sobą szatani, jak do żniwa pszenicy i żyta osobni żeńcy, jeden zgarniając co pozostawiła pycha... a byłyto purchawki pyłu pełne, drugi co urodziła chciwość, a byłoto coś jak liście suchego i niekarmiącego, inny wyszukując, co posiała zazdrość, a byłyto pęcherze żółcią i goryczą nalane. Każdy z nich napełniał torbę swoję, i mijali się postępując dalej szybko i bez słowa...
Ja szedłem za niemi i zdziwiłem się, jak często owoce jasne aniołom przeznaczone leżały obok kup śmiecia, które zgarniali szatani... jak niejedna łza poczciwa mieszała się w gnojowisku z najobrzydliwszym występku wyrzutem... jak często z torby szatana przepalonej na wylot, pospiesznie schwycone sypały się odrobiny cnoty...
Aniołowie także zastępem szli każdy po swoje... Jeden zbierał miłość i miłosierdzie pałające jak dyamenty najczyściejszej wody, drugi łzy skruchy zamienione w perły tęczową barwą świecące, trzeci rubiny poświęcenia, czwarty smaragdy wytrwania, piąty ametysty boleści świętej... które w niebie błyszczeć miały.
I tak idąc wskróś przez ziemie i morza nogą suchą, bo i po falach oceanów posiane były uczynki ludzkie, aż na naszą zaszliśmy krainę... a serce mi zabiło modlitwą, i zamknąłem oczy, bom się obawiał ujrzeć ją ukochaną a skalaną śmieciem dla szatanów nasłanem.
Walczyłem z sobą nim powolnie, bojaźliwie, rozwarłem powieki i począłem się po niej z bijącem sercem rozglądać.
Zgadnijcie czego tam było najwięcej?
Suchego liścia i łupin, czczych chętek niespełnionych, bez zawiązku kwiatów, łodyg poschłych bez kielicha, pragnień niezapłodnionych pracą, owoców niedojrzałych dla braku ciepła, które daje wytrwanie... a aniołowie zbierali czystych łez dużo, ametystów wiele... lecz ni jednego smaragdu i rubinu. Pycha zostawiła smugi białych purchawek... ale zbrodnia nieczysta nie pokalała wyschłych pól i występek ich niezaplugawił... Ujrzawszy to, pobłogosławiłem w sercu ziemi i uspokoiłem się na duchu.
A w tem ostatni dźwięk zegara przebudził mnie z dumania.

I. J. Kraszewski.

Przypisy

  1. Kiedy w końcu 1883 r. zamierzyliśmy wydać zwykły kalendarz, udaliśmy się do ś. p. J. I. Kraszewskiego, prosząc o jakikolwiekbądź artykuł z jego teki. Odpowiedź nie nadchodziła przez parę tygodni, a tymczasem dostarczone nam materyały zmieniły pierwotne zamiary i postanowiliśmy zamiast zwykłego kalendarza wydać kalendarz humorystyczny. Kiedy druk był już w połowie ukończony, otrzymaliśmy niniejszy artykuł od J. I. Kraszewskiego. Ponieważ nie zgadzał się on z treścią humorystyczną kalendarza, zachowaliśmy go w tece i dopiero dziś użytkujemy z niego, drukując w Ananasie kilka artykułów poważniejszych.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.