Wicehrabia de Bragelonne/Tom III/Rozdział XXXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXXIII.
LOTERJA.

Wieczorem, o godzinie ósmej, wszyscy zebrani byli u królowej. Anna Austrjacka w pysznej ceremonjalnej sukni, zdobna reszta piękności i zasobów, jakie zalotność podaje zręcznej dłoni, ukrywała, albo raczej siliła się ukrywać przed tłumem dworzan, otaczających ją i jeszcze podziwiających, ślady cierpień, pod któremi upadała i które w kilka lat później strawić ją miały. Księżna, równie zalotna, jak Anna Austrjacka, królowa prosta i naturalna, jak zawsze, siedziały przy jej boku, dobijając się o względy.
Damy honorowe, czujne do ataku i odporu nacierającej kawalerji, stały za niemi, będąc gotowe, jakby ścieśniony bataljon, do niesienia sobie wzajemnej pomocy.
Księżna i królowe oglądały suknie swoich dam honorowych, również jak i innych dam, i zapomniały, że są królowemi, pamiętając tylko o usposobieniu kobiecem. Spojrzenia dwóch młodych panujących ustawicznie padały na La Valliere, którą w tej chwili otaczali dworzanie.
Księżna nie znała litości.
— Prawdę mówiąc — rzekła, przechylając się ku królowej-matce — jeżeli los jest sprawiedliwy, powinien sprzyjać biednej La Valliere.
— To niepodobna — odrzekła królowa-matka z uśmiechem.
— Jakto?...
— Tylko dwieście biletów i nie wszyscy mogą mieć los.
— Zatem ona go nie ma?
— Nie ma.
— Jaka szkoda!... mogłaby wygrać i sprzedać.
— Sprzedać?... — wykrzyknęła królowa.
— Zapewne; byłoby to dla niej posagiem i nie poszłaby za mąż bez wyprawy, jak to się zapewne zdarzy.
— A! biedna dziewczyna!... — rzekła królowa-matka — może i sukien nie ma?
I wymówiła te wyrazy, jak kobieta, która nie pojmuje, co to ubóstwo.
— Przekonaj się, Najjaśniejsza Pani, że dzisiaj ma tę samą suknię, co wczoraj na przechadzce i którą widać, dzięki staraniom króla, całą zachowała przed deszczem.
W chwili, kiedy księżna wymawiała te słowa, wszedł król.
Ubrany był z przepychem, pełnym smaku, i rozmawiał z księciem bratem i księciem de Roquelaure, z których pierwszy był po prawej jego stronie, a drugi po lewej.
Król najprzód postąpił ku królowym, które powitał z uszanowaniem. Wziął rękę matki i ucałował, księżnie powiedział komplement o wytworności jej stroju, i zaczął obchodzić zgromadzenie. La Valliere powitał jak wszystkie kobiety, żadnej nie czyniąc różnicy. Następnie Jego Królewska Mość powrócił do matki i żony. Kiedy dworzanie ujrzeli, że król nie przemówił ani słowa do dziewicy, tak wysoko zrana cenionej, natychmiast z tej obojętności wysnuli wniosek, że król miał tylko kaprys, który już przeminął.
Królowa matka kazała przysunąć okrągły stół, na którym były bilety loteryjne, w liczbie dwustu, i poprosiła panią de Motteville, aby odczytała listę grających. Zbyteczne chyba powiedzieć, że lista była ułożona, według wszelkich wymagań etykiety. Król był na czele, po nim królowa matka, królowa, następnie książę, księżna i tak dalej. Serca drżały podczas tego czytania. Było trzysta osób zaproszonych. Każdy był ciekaw dowiedzieć się, czy jego nazwisko znajdzie się pomiędzy uprzywilejowanymi. Król słuchał z równą uwagą, jak inni. Po odczytaniu ostatniego nazwiska, przekonał się, że La Valliere nie była na liście. Król zarumienił się, jakby go jaka nieprzyjemność spotkała. Przez cały czas czytania, król nie spuścił z niej oka, młoda dziewica rozpływała się pod tym szczęśliwym wpływem, jakim czuła się otoczona i zanadto była wesoła i czysta, aby czuć żal lub zazdrość. Po wysłuchaniu listy, wszystkie opuszczone albo zapomniane kobiety nie mogły wstrzymać się od okazania smutku.
Rozdano bilety każdemu, według jego numeru. Król odebrał swój, następnie królowa-matka, dalej książę, księżna i reszta przeczytanych. Anna Austrjacka otworzyła worek ze skóry hiszpańskiej, w którym znajdowało się dwieście numerów, wyrytych na gałkach z muszli perłowej i podała go najmłodszej z dam honorowych, aby wzięła jedną gałkę.
— Numer jeden — mówiła dziewica, która wyciągnęła z worka perłową gałkę.
— Król!... — zawołała królowa-matka.
— Król wygrał!... — powtórzyła młoda królowa.
— A! król! twój sen, Najjaśniejsza Pani!... — mówiła uradowana księżna do ucha Anny Austrjackiej.
— Tylko król nie objawiał zadowolenia. Podziękował jedynie fortunie za to, co dla niego uczyniła, lekko kłaniając się dziewicy, która była wybrana na posłanniczkę bogini. Następnie, odbierając z rąk Anny Austrjackiej, pośród powszechnego szmeru całego zgromadzenia, pudełko, obejmujące bransolety, rzekł:
— Czy w istocie piękne?
— Przypatrz im się i sam osądź — rzekła Anna Austrjacka.
Król oglądał.
— Tak — rzekł — pyszny medaljon, pyszne wykończenie.
— Co za wykończenie!... — powtórzyła księżna.
Królowa Marja Teresa łatwo i na pierwszy rzut oka odgadła, że król nie ofiaruje jej bransolet, ale, widząc także, że nie myśli ofiarować ich księżnie, była prawie zadowoloną. Król usiadł. Najpoufalsi z dworzan zbliżali się zkolei, aby podziwiać cud sztuki, który wkrótce za pozwoleniem królewskiem z rąk do rąk obiegał.
Damy objawiały widoczną niecierpliwość, widząc podobny skarb, opanowany przez mężczyzn.
— Panowie — wyrzekł król, przed którego uwagą nic nie uszło — mógłby kto powiedzieć, że, jak Sabińczycy, nosicie bransolety; podajcie je damom, które zapewne lepiej od was na nich się znają.
Te wyrazy wydawały się księżnie początkiem wyroku, na który oczekiwała.
Zresztą, czytała pomyślną wróżbę w oczach królowej-matki. Dworzanin, który miał bransolety w chwili, kiedy król uczynił tę uwagę, złożył je w ręce królowej Marji Teresy, ona zaś wiedząc dobrze, że nie dla niej są przeznaczone, zaledwie obejrzawszy, podała księżnie. Księżna, a bardziej jeszcze książę, z zajęciem je oglądali. Następnie przeszły bransolety do dam sąsiednich, którym księżna, podając, rzekła przeciągle:
— Przepyszne!...
Damy, które otrzymały bransolety z rąk księżny, stosowny czas oglądały je i podawały dalej. Tymczasem król spokojnie rozmawiał z hrabią de Guiche i Fouquetem. Ucho jego, przywykłe do pewnych zwrotów, jak zazwyczaj ludzi, przywykłych do niezaprzeczonej wyższości, podchwytywało tu i owdzie wyrzeczone zdania, na które nie uważał za potrzebne odpowiadać.
Wreszcie bransolety dostały się do rąk Montalais i La Valliere.
— A! jakie bogate, jakie wspaniałe!... — mówiła Montalais — i ty nie unosisz się nad niemi, Ludwiko? prawdę mówiąc, ty chyba nie jesteś kobietą!
— I owszem — odpowiedziała dziewica z wyrazem niewymownej melancholji. — Ale na co pragnąć tego, co nie może być naszem?
Król z głową naprzód wychyloną, słuchał, co mówi młoda dziewica. Zaledwie drżenie głosu doszło jego ucha, aliści powstał cały promieniejący i, przebywając kolło, aby się udać do La Valliere, rzekł:
— Pani, mylisz się, jesteś kobietą, a każda kobieta ma prawo do klejnotów.
— Zatem, Najjaśniejszy Panie, nie chcesz uwierzyć w moją skromność?
— Wierzę, że masz wszystkie cnoty, a szczerość pomiędzy niemi; powiedz więc otwarcie, co myślisz o tych klejnotach?
— Są tak piękne, Najjaśniejszy Panie, że tylko królowej należy je ofiarować.
— Cieszy mnie twoje zdanie; bransolety są twoje i król prosi cię, abyś je przyjęła.
Z poruszeniem, podobnem do trwogi, pośpieszyła La Valliere podać je królowi, Ludwik jednakże lekko odepchnął jej drżącą rękę. Klejnoty pozostały w dłoniach Ludwiki.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.