Wicehrabia de Bragelonne/Tom III/Rozdział XLIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XLIV.
MONTALAIS I MALICORNE.

Montalais miała słuszność. Pan de Guiche, wzywany wszędzie, narażony był na zaniedbanie wielu rzeczy. Księżna, pomimo obrażanej dumy, pomimo wewnętrznego gniewu, nic nie mogła zarzucić Montalais, że tak śmiało przestąpiła rozkaz, zabraniający jej wchodzić.
Guiche stracił także głowę, albo, powiedzmy raczej, Guiche, przed przybyciem Montalais, już był nieprzytomny.
I zaledwie usłyszał głos Montalais, w jednej chwili bez pożegnania księżny, jak tego sama grzeczność wymagała, uciekł z pałajacem sercem i głowa nieprzytomną, zostawiając księżnę ze wzniesioną ręką na znak pożegnania. Montalais zastała więc kochanków w wielkiem pomieszaniu, bo zmieszany był ten, który uciekał, jak i ta, która została.
Dlatego młoda dziewica mówiła do siebie, rzucając wokoło badawcze spojrzenia:
— Sądzę, że tym razem wiem tyle, ile najciekawsza kobieta pragnie wiedzieć.
Księżna tak była zmieszana tem badawczem spojrzeniem, jakby słyszała to, co Montalais do siebie mówiła: nie rzekłszy więc ani słowa, ze spuszczonemi oczyma weszła do sypialnego pokoju.
Montalais, widząc to, wytężyła słuch i usłyszała, jak księżna zasuwa rygle u drzwi.
Od tej chwili zrozumiała, że na całą noc jest wolną i, spojrzawszy ku drzwiom dosyć ubliżająco, jakby chciała mówić: dobranoc, księżno, udała się do Malicorna, który w tej chwili zajęty był przyglądaniem się zakurzonemu kurjerowi, wychodzącemu od hrabiego de Guiche. Montalais zrozumiała, że Malicorne pracuje nad czemś ważnem; pozwoliła mu zatem wytężać oczy, a gdy przestał, uderzyła go po ramieniu.
— Co nowego?... — zapytała.
— Pan de Guiche kocha księżnę — odpowiedział Malicorne.
— Piękna nowina!... Ja wiem coś świeższego.
— Ciekawym.
— Księżna kocha pana de Guiche.
— Jedno jest następstwem drugiego.
— Niezawsze, mój piękny panie.
— Czy to zaprzeczenie do mnie jest skierowane?
— Obecni zawsze stanowią wyjątek.
— Dziękuję — odrzekł Malicorne, a następnie dodał: Król dziś w wieczór po loterji chciał widzieć się z panną de La Valliere.
— I widział się?
— Nie!
— Jakto!
— Drzwi były zamknięte.
— To dobrze. Cóż dalej?... — zapytała Montalais.
— Kurjer, który przybył do pana de Guiche, jest przysłany przez pana Bragelonne.
— Wybornie!... — zawołała Montalais, klaszcząc w ręce.
— Dlaczego wybornie?
— Ponieważ mamy zajęcie. Teraz gdybyśmy się nudzili, byłoby to naszą winą.
— Powinniśmy jednak tę pracę podzielić — odrzekł Malicorne — aby nie wprowadzić do niej zamieszania.
— To rzecz bardzo prosta — odpowiedziała Montalais. — Trzy intrygi, mniej więcej dobrze prowadzone, przynoszą dziennie najmniej trzy listy.
— O!... — zawołał Malicorne, wznosząc ramiona — pomyśl moja droga, że trzy listy na dzień, to dobre dla uczuć mieszczańskich. Muszkieter w służbie, panna w klasztorze podają sobie codziennie jeden liścik po drabinie, lub szpara w murze. Liścik ten starczy im za całą poezję serca, ale u nas... o! jakże mało, moja droga, znasz czułość królewską.
— Więc, jak ty wnioskujesz — dodała zniecierpliwiona, bo może kto nadejść.
— Wnioskuję!... ależ ja dopiero jestem w ciągu opowiadania i jeszcze mam trzy punkty.
— O! przez Boga, chyba mi umrzeć przyjdzie z jego flamandzką powolnością! — zawołała Montalais.
— A ja chyba głowę stracę z twoją włoską żywością; mówić chciałem zatem, że nasi kochankowie chyba tomy zapiszą. Ale cóż z tego wnosisz?
— Że żadna z naszych dam nie będzie mogła chować listów, jakie odbierze.
— Bez wątpienia.
— Że nawet pan de Guiche nie poważy się chować swoich.
— Być może.
— Zatem ja to wszystko schowam.
— Niepodobna.
— Dlaczego?
— Bo nie masz własnego domu, bo zajmujesz pokój wspólnie z panną La Valliere, który często odwiedzają, a nawet, jak zwykle w pokoju panien honorowych często szperają; bo lękam się królowej zazdrosnej, jak hiszpanka, królowej matki, zazdrosnej jak dwie hiszpanki, wreszcie księżnej, zazdrosnej jak dziesięć hiszpanek.
— O! jeszcze o kimś zapomniałeś.
— O kim?
— Mówiłeś tylko o kobietach, policzmy zatem:
— Książę nr. 1.
— Guiche nr. 2.
— Nr. 3, hrabia de Bragelonne.
— A król? król?
— Nr. 4 król, który będzie nietylko najbardziej zazdrosnym, ale nadto najmożniejszym ze wszystkich. O! moja droga.
— I cóż?
— Zdaje mi się, żeś się nie w swoją rzecz wdała.
— Czy chcesz mi pomagać?
— Zapewne, że chcę. Jednakże...
— Jednakże...
— Sądzę, że póki czas, lepiejby było dać temu pokój.
— A ja przeciwnie sadzę, że najlepiej stanąć odrazu na czele tych wszystkich intryg.
— Ty im nie podołasz.
— Z tobą dziesięć będę prowadziła. To mój żywioł, przekonasz się. Powiem ci: Aurora de Montalais powołaną jest, aby za miesiąc była pierwszą dyplomatką na dworze francuskim.
— Dobrze, ale pod warunkiem, że ja będę drugim.
— Zgoda, zawieramy więc przymierze zaczepno-odporne.
— Tylko strzeż się listów.
— Będę ci je oddawała, ile razy się do nich dobiorę.
— A cóż powiemy królowi o księżnie?
— Że księżna zawsze kocha króla.
— A cóż powiemy księżnie o królu?
— Że byłoby błędem nie zachować z nim dobrych stosunków.
— A cóż powiemy La Valliere o księżnie?
— Co nam się podoba, La Valliere jest naszą.
— Naszą?
— Podwójnie.
— Jakto?
— Najprzód przez wicehrabiego de Bragelonne.
— Wytłumacz mi to.
— Sądzę, że pamiętasz, ile listów Bragelonne pisywał do panny La Valliere?
— Pamiętam.
— Te listy ja odbierałam i chowałam.
— Zatem je masz?
— Mam.
— Gdzie? czy tutaj?
— O! nie, mam je w Blois w małym pokoiku, który znasz.
— Mały, luby pokoik, pokoik miłosny, przedsionek pałacu, w którym kiedyś będziemy mieszkali. A! przebacz, mówisz, że te listy masz w, pokoiku.
— Tak.
— Czyś ich nie chowała czasem do kuferka?
— Bez wątpienia; do tego samego kuferka, do którego chowałam listy od ciebie, gdzie składałam moje, kiedy interesa albo zabawy nie pozwalały ci widzieć s!ę ze mną.
— To bardzo dobrze — rzekł Malicorne.
— Skąd to zadowolenie?
— Bo widzę, że po listy nie będę potrzebował jechać do Blois. Ja mam je tutaj.
— Czyś przywiózł ten kuferek?
— Był dla mnie drogim, jako twój.
— Miej przynajmniej o nim staranie, bo w nim są oryginały, które z czasem wielkiej nabiorą ceny.
— Wiem o tem i dlatego serdecznie się cieszę.
— Teraz jeszcze jedno i ostatnie słowo.
— Dlaczego ostatnie?
— Czy potrzebujemy pomocników?
— Żadnych.
— Lokajów, pokojówek?
— A! to wszystko obrzydłe. Ty będziesz dawał listy, ty je będziesz odbierał. O! tylko bez żadnej dumy, bo Malicorne i panna Aurora, gdyby nie działali sami, musieliby patrzeć tylko, jak inni działają.
— Masz słuszność, co dzieje się u pana de Guiche?
— Nic, otwiera okno.
— Skryjmy się.
I znikli oboje, spisek był już ułożony.
Okno, które otworzono, było rzeczywiście oknem pokoju hrabiego. Tym razem jednakże hrabia otworzył okno, nie dlatego, aby przez firanki ujrzał cień księżny, zajęcie jego nie miało w sobie nic miłosnego. Jakeśmy powiedzieli, przybył do niego kurjer. Kurjer ten był przysłany od Bragelonna. Bragelonne pisał do hrabiego de Guiche.
Ten odczytywał kilkakroć list, który snać silne na nim uczynił wrażenie.
— To szczególne!... — mówił. — Jakiemi potężnemi środkami i po jakich drogach przeznaczenie wiedzie ludzi do celu?
I, odchodząc od okna, aby się zbliżyć do światła, odczytał po raz trzeci list, którego wyrazy paliły zarazem jego umysł i oczy.

„Calais.
„Kochany hrabio!

„Zastałem w Calais pana de Wardes, ciężko ranionego w pojedynku księciem de Buckingham. Pan de Wardes, jak wiesz, jest waleczny, lecz zarazem mściwy i złośliwy. Rozmawiał ze mną o tobie i, o ile zapewnia, czuje dla ciebie wiele życzliwości; następnie o księżnie, która uważa za piękną i godną kochania. Odgadł twoją miłość dla osoby, o której wiesz. Mówił mi również o osobie, którą kocham i wyraził mi najżywsze współczucie, mówił jednak to wszystko tak niezrozumiale, iż przypisać to musiałem chyba zwykłej jego tajemniczości.
„Oto jak się rzecz ma:
„Miał on otrzymać wiadomości z dworu, pojmujesz, od kawalera lotaryńskiego.
Mówią — brzmią te wiadomości — że nastąpiła zmiana w miłości króla.
Wiesz, kogo to dotyczy.
Następnie wiadomości opiewają o pewnej damie honorowej, która jest przedmiotem złośliwych potwarzy.
„Te zagadkowe wyrażenia nie pozwoliły mi zasnąć. Żałuję od wczoraj, że mój charakter prawy, ale i słaby, pozbawił mnie dalszych objaśnień. Krótko mówiąc, pan de Wardes wyjeżdżał do Paryża; nie chciałem opóźnić więc jego odjazdu objaśnieniami, a nadto wydawało mi się natrętnem zarzucać ranionego człowieka pytaniami. Chociaż jedzie powoli, ale chce być obecnym, jak mówił, na ciekawem widowisku, jakie dwór zapewne niedługo przedstawi. Dodał do tych wyrazów pewne życzenia i jakby współubolewania. Ani jednych, ani drugich nie zrozumiałem. Byłem zaniepokojony myślami i nie ufałem temu człowiekowi, a wiesz, że nieufności ku niemu pokonać nie jestem zdolny. Kiedy wyjechał, umysł mój nieco się rozjaśnił. Niepodobna, aby taki charakter jak pana de Wardes nie wcisnął nieco złośliwości w to opowiadanie. Niepodobna zatem, aby w tajemniczych wyrazach pana de Wardes nie było czegoś ukrytego, czegobym nie mógł zastosować do siebie, albo do osoby, o której ci wiadomo. Zmuszony spiesznie wyjechać, dla wykonania rozkazu królewskiego, nie mogłem nawet myśleć o tem, aby dogonić pana de Wardes i otrzymać od niego wyraźniejsze objaśnienia; ślę zatem do ciebie kurjera i zwierzam ci się z mego niepokoju. Ty jesteś prawie drugim mną.
„Ja myślałem, ty działaj. Pan de Wardes wkrótce przybędzie; staraj się zatem dowiedzieć, co chciał mi oznajmić, jeżeli sam się nie domyślasz. Zresztą pan de Wardes utrzymywał, że książę Buckingham opuścił Paryż, pozyskawszy pewne względy u księżny; jest to okoliczność, za którą bezzwłocznie wziąłbym broń do ręki, gdybym nie musiał przedewszystkiem wykonać rozkazu królewskiego.
„Spal ten list, który ci wręczy Olivain.
„Racz, proszę cię, kochany hrabio przypomnieć mnie pamięci panny de La Valliere, której rączki z uszanowaniem całuję.

Ciebie zaś ściskam serdecznie.
Wicechrabia de Bragelonne“.

P. S. Gdyby zaszło coś ważnego, a na wszystko trzeba być przygotowanym — wypraw do mnie kurjera z temi tylko wyrazami: Przybywaj śpiesznie, a ja, po odebraniu listu, w trzydzieści sześć godzin będę w Paryżu.
Guiche westchnął, złożył list po raz trzeci i, zamiast go spalić, jak polecił Bragelonne, włożył do kieszeni.
— Co za niepokój i jakie zaufanie zarazem!... — mówił do siebie — cała dusza Raula maluje się w tym liście.
Zapomina w nim o hrabi de La Fere, a mówi o uszanowaniu dla Ludwiki. Ostrzega mnie, a błaga co do siebie.
— A!... — mówił dalej pan de Guiehe z groźnym ruchem — mieszasz się do moich spraw, panie de Wardes, to i ja się zajmę twojemi... Co zaś do ciebie, biedny Raulu, serce twoje zostawiło tu zakład, będę czuwał nad nim, nie lękaj się niczego.
Po uczynieniu tej obietnicy, Guiche kazał prosić Malicorna, aby, jeżeli może, przybył do niego natychmiast. Malicorne udał się na zaproszenie z pośpiechem, który był owocem rozmowy z Montalais. Im bardziej Guiche badał Malicorna, tem bardziej tenże działając w cieniu, odgadywał badającego. Wynikło stąd, że po kwadransie rozmowy, z której Guiche myślał, że odkrył całą prawdę co do La Valliere i króla, właściwie niczego się nie dowiedział, prócz tego, co widział na własne oczy; tymczasem Malicorne wyrozumiał, czy odgadł jak kto woli, że Raul zaczyna niedowierzać i że hrabia de Guiche czuwać ma nad skarbem Hesperyd. Malicorne przyjął na siebie rolę spostrzegacza. Guiche w przekonaniu, że uczynił dla przyjaciela wszystko, co mógł, zajął się swemi sprawami. Nazajutrz wieczorem doniesiono o przybyciu pana de Wardes i o pierwszem jego przedstawieniu się królowi. Następnie, przychodząc do zdrowia, miał odwiedzić brata królewskiego. Guiche udał się do księcia o godzinę wcześniej.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.