Wicehrabia de Bragelonne/Tom I/Rozdział XLVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XLVII.
OSTATNIE PRZYGOTOWANIA.

Dla człowieka wytrawnego, jakim był d.Artagnan, który tyle niebezpiecznych chwil w życiu liczył, zajście obecne z Colbertem komicznem było jedynie.
D‘Artagnan zatem pozwolił sobie śmiać się z pana intendenta, począwszy od ulicy Małych-Pól, aż do ulicy Lombardów.
Spory to kawał drogi. D‘Artagnan miał czas na wybuchy wesołości. Śmiał się jeszcze, gdy Planchet ukazał się na progu swego sklepu, także się śmiejący.
Planchet bowiem, od powrotu swego pana, od czasu zdobycia gwinej angielskich, większą cześć życia spędzał na tem, co d‘Artagnan robił teraz, idąc od ulicy Małych-pól do ulicy Lombardów.
— Przybywasz nareszcie, drogi mój panie, — zawołał Planchet.
— Tak, mój przyjacielu — odrzekł muszkieter — lecz odjeżdżam zaraz, to jest chcę mówić, zjem kolację, położę się, prześpię pięć godzin, a o świcie siadam na koń... Czy mój wierzchowiec dostał podwójną porcję?...
— O!... najdroższy panie, wiesz przecie, że wierzchowiec twój jest ulubieńcem wszystkich domowników; chłopcy moi całują go i pieszczą od rana do wieczora, pasą cukrem, orzechami i przeróżnemi przysmakami. Pytasz pan, czy dostał swoją porcję owsa?... zapytaj lepiej, czy nie pękł z przejedzenia.
— Dobrze, Planchecie, dobrze. Przejdźmy teraz do mojej osoby. Jest kolacja?...
— Gotowa: gorąca pieczeń i białe wino, na deser nowalja, wiśnie świeże, drogi panie.
— Poczciwy z ciebie chłopak, Planchecie: jedzmy zatem, a potem do łóżka.
D‘Artagnan zauważył, że podczas kolacji Planchet często pocierał czoło, jakby chciał dopomóc sformułowaniu się jakiejś myśli, uwiezionej w jego ciasnym mózgu.
D‘Artagnan patrzył życzliwie na zacnego towarzysza dawnych swoich losów i, trącając się z nim szklanką:
— Przyjacielu Planchecie — rzekł — chcesz mi coś powiedzieć, a nie śmiesz! mordioux!... mów otwarcie, a prędko.
— Zdaje mi się oto, że pan znowu wyjeżdżasz na jakąś wyprawę — rzekł Planchet.
— Nie przeczę.
— W takim razie masz pan coś na myśli?...
— Bardzo być może.
— A czy możnaby znowu jakiś kapitalik zaryzykować?... Ja na pańskie słowo daję pięćdziesiąt tysięcy liwrów... pan je pomnożysz...
Mówiąc to, Planchet zacierał ręce, ciesząc się naprzód spodziewanym zyskiem.
— Planchecie, — odparł d‘Artagnan, — zachodzi jedna tylko, lecz ważna przeszkoda.
— Jaka?
— Pomysł nie jest moim... Korzystać z niego nie mogę.
Słowa te wydarły ciężkie westchnienie z piersi Plancheta.
Planchet zakosztował łatwego zarobku, nie mógł się zatem powstrzymać od pragnienia coraz więcej, lecz że, pomimo chciwości, posiadał dobre serce, a d‘Artagnana uwielbiał, nie zmienił się dla niego i pozostał jak zawsze sługą i wiernym przyjacielem.
Miał wielką ochotę zgłębić tajemnicę, jaką pan jego tak dobrze ukrywał, nie pomogły jednak podejścia, przemilczenia ani delikatne zapytania, d‘Artagnan pod tym względem twardy był jak kamień.
Tak minął wieczór.
Po kolacji d‘Artagnan zajął się układaniem rzeczy, poszedł do stajni, głaskał i pieścił konia, opatrzył mu nogi i podkowy, a powróciwszy, przerachował pieniądze i rzucił się na posłanie.
Rozwidniło się. Jutrzenka obrzuciła ulicę Lombardów snopem różowych promieni i d‘Artagnan wstał z łóżka, świeży jak poranek majowy.
Nie zbudził nikogo, wziął pod pachę tłomoczek, zszedł lekko ze schodów, nie przerywając dźwięcznego chrapania, rozlegającego się od strychu aż do piwnic.
Osiodłał konia, zamknął za sobą stajnię, sklep Plancheta, skoczył na siodło i ruszył wolnym krokiem na wyprawę do Bretanji.
Dobrze zrobił, nie rozbierając w wilję wszystkich spraw politycznych, dyplomatycznych, które mu w głowie siedziały; świeżość poranku rozjaśniła myśli, a to, co ciemne było wczoraj, dziś wydało się jasnem i łatwem do odgadnięcia.
Nasamprzód tedy, przejeżdżając około domu Fouqueta, wrzucił w skrzynkę do listów, przybitą u drzwi ministra, błogosławiony czek, który tak szczęśliwie wydarł z drapieżnych rąk Colberta.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.