Wicehrabia de Bragelonne/Tom I/Rozdział XLIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XLIV.
NIECH ŻYJE COLBERT!

Plac Greve okropnie przedstawiał się w tej chwili.
Jak okiem sięgnąć, żywa fala głów ludzkich, kołysała się niby kłosy zboża na niwie.
Chwilami szum jakiś niewytłomaczony, hałas, dolatujący z oddali, chwiał głowami ludzkiemi i zapalał płomienie w tysiącach oczu.
Niekiedy znów odepchnięty tłum wzbierał, jak fale oceanu, i na podobieństwo przypływu, toczył bałwany od brzegów do środka, uderzając o zastęp łuczników, otaczających szubienicę.
Wtedy halabardnicy tłukli drzewcami po głowach i plecach zuchwałych; zdarzało się, że i żelazo było w robocie... wtedy pusta tworzyła się na chwilę dokoła straży przestrzeń.
Z wysokości swego obserwatorium, panującego nad placem, d‘Artagnan ujrzał z prawdziwą przyjemnością, że muszkieterowie i gwardziści w tłum zamięszani, wyśmienicie dawali sobie radę, za pomocą kułaków i rękojeści szabli. Zauważył nawet, iż udało im się, ze zręcznością i wprawą szeregowców, zgromadzić razem, i że oprócz kilkunastu zabłąkanych tu i owdzie, całą gromadą zajęli miejsce w bliskości okna.
Nietylko jednak na muszkieterów i gwardję d‘Artagnan zwracał uwagę. Dokoła szubienicy, a głównie przy wejściu pod arkady Ś-go Jana, burzył się tłum zajadły; fizjognomje zuchwałe, postawy odważne, odróżniały się pośród obojętnych widzów; zamieniano znaki, ściskano się za ręce.
D‘Artagnan zauważył, że w grupach najwięcej ożywionych, uwijał się mężczyzna, który wszedł był do winiarni furtką, komunikującą z ogrodem i który potem przemawiał do zebranych w izbie gościnnej. Mężczyzna ten organizował oddziały, cicho i tajemniczo wydawał rozkazy.
— Mordioux!... — mruknął d‘Artagnan — pamięć mnie nie zawiodła... ja znam tego człowieka... wszak to Menneville... Co on tu robi, u djabła?.
Szmer głuchy, wzmagający się stopniowo, przerwał mu i zwrócił uwago w inną stronę. Szmer ten spowodował ukazanie się delikwentów; silny oddział łuczników jechał przodem i mijał właśnie węgieł arkady.
Jeden wielki krzyk, na podobieństwo wycia szakali, podniósł się na placu.
D‘Artagnan spostrzegł, że Raul zbladł śmiertelnie; trącił go w ramię i spojrzał nań surowo.
Ludzie, podsycający ogień, słysząc wrzask, zapytali, co się tam dzieje?
— Skazani nadchodzą, — rzekł d‘Artagnan.
— Dobrze, — odpowiedzieli, rozdmuchując płomień w kominie.
D‘Artagnan patrzył na nich z niepokojem.
Nie ulegało wątpliwości, że podtrzymując taki ogień bez żadnej widocznej potrzeby, musieli mieć jakieś niedobre zamiary.
Skazani ukazali się na placu.
Szli piechotą; kat ich poprzedzał; pięćdziesięciu łuczników strzegło po bokach.
Obaj ubrani czarno, bladzi byli, lecz spokojni.
Wspinali się na palce i patrzyli ciekawie po przez tłumy.
D‘Artagnana zdziwiły ich poruszenia.
— Mordioux!... — powiedział, — a to im pilno zobaczyć szubienicę!...
Raul cofnął się, nie mając sił odejść od okna. Greve, jak przepaść, pociągała wzrok ku sobie.
— Na śmierć!... na śmierć!... — wrzeszczało pięćdziesiąt tysięcy głosów.
— Tak, niech giną!... przepadną!... — zawyła w odpowiedzi setka szaleńców.
— Na stryczek!... na stryczek!... — krzyczano jednocześnie — niech żyje król!...
— Nie!... nie!... precz z szubienicą!... — zawołała większość — niech żyje Colbert!...
— Patrzcie państwo!... — mruczał d‘Artagnan — to śmieszne doprawdy; byłem pewny, że to Colbert kazał ich powiesić.
W tej chwili masy się cofnęły i zatamowały na chwile pochód delikwentów. Ludzie o podstawach zuchwałych, których d‘Artagnan już widział, tłocząc się i pchając, zdołali nakoniec dotrzeć do szeregów łuczników. Orszak zaczął się posuwać. Nagle z okrzykiem: „Niech żyje Colbert!...“ ci, których d‘Artagnan śledził ciągle, rzucili się na eskortę.
Poza tymi ludźmi były tłumy. Pośród piekielnego hałasu nastało straszne zamieszanie. Już nie okrzyki zniecierpliwienia, ani radości, lecz słychać było jęki bolesne. Halabardy tłukły, szpady na wylot przeszywały, muszkieterzy dali ognia... Zamieszanie, wrzawa okrutna, pośród której d‘Artagnan nic już nie widział. W chaosie tym jednak widniała jakaś myśl przewodnia, Skazanych uwolniono z rąk zbrojnej eskorty i popychano ku budynkowi pod znakiem Panny Marji. Ci, co ich tam ciągnęli, wołali: niech żyje Colbert!... Lud wahał się, na czyją przychylić się stronę. Głównie to powstrzymywało masy, iż ci, co wszczęli awanturę z okrzykiem: „niech żyje Colbert...“ wołali obecnie: precz z powrozem!... precz z szubienicą!... na stos!... spalmy złodziei!... żywcem na ogień rabusiów!...
To wreszcie podnieciło ludność.
Przyszli wszakże, ażeby patrzeć na spełnienie kary, a oto nadarzała się sposobność, że sami mogą ją wymierzyć. Była to prawdziwa gratka dla tłumów.
To też w jednej chwili stanęli po stronie napastników, wołając znaczną większością:
— Tak, tak, na ogień podłych wyzyskiwaczy!... niech żyje Colbert!...
— Mordioux!... — krzyknął d‘Artagnan — to coś na serjo zakrawa.
Jeden z ludzi, siedzących przy kominie, podszedł z głównią w ręku.
— Oho!... — rzekł — zaczyna być gorąco.
Potem, zwracając się do towarzysza:
— Oto sygnał umówiony — i przytknął głownię płonącą do ściany.
Dom pod znakiem panny Marji stary był już bardzo i niewiele potrzebował, aby zająć się płomieniem.
W sekundę deski zatrzeszczały, ogień buchał, skry się posypały.
D‘Artagnan nic nie widział, ponieważ patrzył na plac przed siebie; naraz poczuł dym i gorąco pożaru.
— Hola!... — zawołał, odwracając się — czy tu się pali?... Czyście zwarjowali, czy wściekli się, moje zuchy?...
Obaj spojrzeli na niego zdziwieni.
— Jakto!... — zapytali — czyż nie tak było postanowione?...
— Ażeby puścić z dymem moją posiadłość?... — zawył d‘Artagnan, wyrywając głównie z ręki podpalacza i tłukąc nią o twarz jego.
Drugi pospieszył z pomocą, lecz Raul chwycił go wpół, uniósł w górę i oknem wyrzucił, podczas gdy d‘Artagnan swojego zepchnął ze schodów.
Widząc, że niema obawy pożaru, d‘Artagnan powrócił do okna.
Zamieszanie doszło do zenitu.
Krzyczano jednocześnie: pali się!... mordują!.. na stryczek!... na stos!... niech żyje Colbert! i niech żyje król!...
Skazani na śmierć, uwolnieni z rąk oprawców, coraz bliżej byli winiarni.
Menneville, na czele swej bandy, osłaniał ich, krzyczał, głośniej niż ktokolwiek:
— Gore!.. gore!... niech żyje Colbert!...
D‘Artagnan zrozumiał nareszcie.
Spalą winowajców, a dom jego stanie się stosem ofiarnym.
— Halt!... mości panowie!... — krzyknął, dobywając szpady i stając na oknie — Menneville, a ty tu co robisz?...
— Panie d‘Artagnan!... — zawołał tenże — przepuść nas!...
— Spalić!... spalić!... złoczyńców!.. niech żyje Colbert!... — wołano z dołu.
D‘Artagnan nie mógł już wytrzymać.
— Mordioux!... — zaklął, — jakto, upiec tych biedaków, skazanych na powieszenie jedynie?... to nikczemność!...
Przed drzwiami tymczasem gromada ciekawych zamykała dostęp do domu.
Menneville i jego pomocnicy wraz ze skazanymi byli już zaledwie o dziesięć kroków od wejścia.
Maneville uczynił ostatni wysiłek.
— Na bok!... na bok!... — wołał z pistoletem w ręku.
— Spalić!... spalić!... — powtarzały tłumy, — ogień pod znakiem Panny Marji, rzucimy w niego rabusiów.
Niema już wątpliwości, to na jego dom uwzięli się... D‘Artagnan przypomniał sobie dawne hasło, niezawodne, tyle razy przez niego używane.
— Do mnie, muszkieterowie!... odezwał się wielkim głosem... głosem, który panował nad hukiem armat i rykiem burzy morskiej; — do mnie, muszkieterowie!...
Zawisł na ręku u okna i spadł w środek tłumu, zaczynającego nieco ustępować z przed domu, z którego okien ludzie jak grad padali.
Raul podążył za przyjacielem.
Obaj dobyli szpady.
Ilu było mieszkańców na placu, wszyscy usłyszeli komendę i poznali d‘Artagnana.
— Do kapitana!... do kapitana!... rozległo się po placu.
Tłumy rozstąpiły się przed nimi, jak fale przed okrętem.
W tejże chwili d‘Artagnan i Menneville znaleźli się oko w oko.
— Na bok! na bok! — zawołał Menneville, widząc, że ręką prawie drzwi dostaje.
— Nie tędy, mości panie!... — rzekł d‘Artagnan.
— Masz. — odparł Menneville, mierząc prosto w twarz muszkietera.
Zanim jednak zdążył pociągnąć za cyngiel, d‘Artagnan podbił mu ramię rękojeścią szpady, a ostrzem na wylot go przebił.
— Mówiłem ci przecie, abyś siedział spokojnie i nie mieszał się do niczego, — rzekł do Mennevilla.
— Na bok!... na bok!... — wołali spiskowi, przejęci naprzód obawą, lecz teraz znacznie uspokojeni, widząc, że mają do czynienia tylko z dwoma.
A ci dwaj walczyli jak olbrzymi sturamienni, szpady migały w rękach, jak miecz ognisty w dłoni archanioła... Przeszywały końcem, uderzały płazem, cięły ostrzem. Każdy cios śmierć zadawał.
— Za króla!... — wołał d‘Artagnan każdemu, którego dosięgał, to jest, którego kładł trupem.
— Za króla!... — powtarzał Raul.
Okrzyk ten stał się hasłem muszkieterów, którzy wszyscy otoczyli d‘Artagnana.
Przez ten czas łucznicy ochłonęli z paniki, zajęli tył napastnikom i szli ścieśnionym szeregiem, tratując i miażdżąc, co napotkali.
Tłum, zobaczywszy błyszczące szpady i krew lejącą się strumieniami, począł pierzchać, a w popłochu przewracał się i dusił.
Nakoniec rozległy się krzyki rozpaczy i błagania o miłosierdzie, i to było ostatnie słowo zwyciężonych.
Łucznicy odbili napowrót skazanych.
D‘Artagnan przystąpił do nich, a widząc, bladych i ledwie żywych:
— Pocieszcie się, biedacy — powiedział, — nie będziecie wystawieni na męczarnie, jakie wam ci oto nędznicy gotowali. Król skazał was na powieszenie i to was tylko spotka.
— Hola!... na stryczek z nimi!...
Pod znakiem „Panny Marji“ ucichło zupełnie. W braku wody ogień zalano dwiema beczkami wina. Spiskowi przez ogród uniknęli.
Łucznicy ciągnęli skazanych ku szubienicy.
Cała sprawa od tej chwili poszła żwawo.
Wykonawca nie bawił się długo, nie zważał na przepisy, bez wielkich ceremonij powiesił delikwentów.
Otoczono d‘Artagnana, winszowano mu, wynoszono pod niebiosa odwagę i męstwo. On zaś ocierał czoło zlane potem, zakrwawioną szpadę, i wzruszał ramionami, patrząc na Mennevilla konającego u nóg jego. Podczas gdy Raul odwracał oczy, łzami litości zaszłe, stary muszkieter wskazał szubienicę, na której wisielcy bujali się, jak owoc dojrzały.
— Biedacy!... — rzekł — spodziewam się, że umierając, błogosławili mnie, albowiem wybawiłem ich z okropnego położenia.
Usłyszał te słowa Menneville, wijący się w śmiertelnych konwulsjach. Uśmiech gorzki i pełen ironji przebiegł mu po wargach. Chciał przemówić, lecz wysiłek przyspieszył ostatnią chwilę.
— O!.. jakież to wszystko okropne — mruknął Raul — odejdźmy, już panie d‘Artagnan.
— Możeś ty raniony?.. zapytał muszkieter.
— Nie, chwała Bogu.
— Otóż powiem ci, żeś zuch nie lada, mój Raulu. Posiadasz głowę ojca, a ramię Porthosa... O!... gdyby on był z nami, kochany Porthos, zobaczyłbyś, co potrafi...
Następnie, zapominając o tem, co go otaczało:
— Gdzie u djabła może być teraz, mój waleczny Porthos!.. — mruczał do siebie.
— Chodźmy już, kawalerze, chodźmy — nalegał Raul.
— Chwilkę tylko, młody przyjacielu, będę ci służył z ochotą tylko odbiorę moję trzydzieści siedem i pół pistola... Dom ten daje zanaczne dochody — dodał d‘Artagnan, wracając pod znak „Panny Marji“. — Powiem ci jednak otwarcie, Raulu, wolałbym, ażeby mniej przynosił, a znajdował się za to w innej dzielnicy Paryża.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.