Wacława dzieje/Stolica/Bal w zamku

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Garczyński
Tytuł Wacława dzieje
Rozdział I. Bal w zamku
Wydawca Księgarnia Luxemburgska
Data wydania 1868
Miejsce wyd. Paryż
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

I.
BAL W ZAMKU.

Z zamku wiewa chorągiew królewskiej bytności.
Cesarz na przywitanie, przyjazd Cesarzowej,
Daje ucztę wspaniałą, wielki bal maskowy:
Na bal zewsząd ciekawych tłumy jadą gości.
W podwórze oświecone, jak błędne komety
Wpada tysiąc powozów — jeden drugi goni,
Przy tem krzyk — kół warczenie — dzikie rżenie koni —
Dzwon odwachu, żołnierze, panowie, kobiety,
Francuzi i Polacy, Anglicy, Moskale —
Zgiełk powszechny jakoby w rzymskim karnawale,
Schody kobiercem słane prowadzą do sali,
Dwudziestu czterech laufrów z pochodniami w ręku
Wiewają ogniem u stóp — im kto idzie dalej
Tym ich więcej — aż w końcu drzwi otworzą w szczęku
I sześciu razem imię gościa zawołali.
Głos i gość wleciał nagle i każdy przepada —
Tak wrzask mocny, tak liczną balu maskarada.

Wszystko jak w czarodziejskiej suwa się latarni.
Maski w różnych kolorach, i dziwacznych strojach,
Biali — zieleni — żółci — czerwoni i czarni.
Przebrani w wieki różne, chodzą po pokojach;
Ten w żelazo okuty z oszczepem u boku

Waży się w śmiałym, mocnym, niezachwianym kroku,
Tuż przy nim Pers ubrany w kaszmiry bogate,
Tamten znów oblókł dworu francuskiego szatę,
Lub trubadur zaśpiewa słuchać ballad chcącym,
O kochanku nieszczęsnym, o kochance drogiej;
Przy śmiertelnych boginie, bogi i półbogi.
I oko widza błądzi między mask tysiącem,
Jako śród elizejskich różnorodnych cieni,
Którzy jakkolwiek różni — do nieba stworzeni,
Tem niebem cesarz dzisiaj — on gwiazdą Syonu,
Jemu chcą służyć wiernie do samego zgonu.

Wtem zagrzmiała muzyka — trzask drzwi — cesarz wchodzi!
Jak w kościele, gdy boskie podnaszają ciało,
Tak zmilkli wszyscy razem — tak się cicho stało.
On jeden był bez maski; bo jemu się godzi
Pokazywać wszem w obec i twarz swą i czyny;
Cały kraj prawa swoje czyta z pańskiej miny.
Twarz jego państw obszernych żywym barometrem,
Gdy brwi zmarszczy — Jowisza brwią pioruny budzi,
I jeźli Piotr był wielkim, on krok ma nad Piotrem,
Tamten brody ciął ludzkie — ten głowy tnie ludzi!
Dziś łaskawy — za rękę wiedzie cesarzową —
Uśmiechnął się — bal cały odetchnął na nowo!
Dwóch tylko ludzi do stóp pana się nie tłoczy —
Obadwa w czarnych maskach, w płaszczu zawieszonym,
Widocznie pogardzają wielkością i tronem,
Bo ku sobie ich ciągle obrócone oczy
I coś mówią po cichu — żyć muszą w przyjaźni,
Kiedy na społeczeństwo — zimni — nieuważni —
Czasem nagle zamilkną — znak im pewno dano —
Z pośpiechem wstają nagle i znowu przystaną,
I znów coś jeden mówi: — « Siedem lat w więzieniu?»
« Tak jest — któż ujdzie kiedy swemu przeznaczeniu!
« Ale widzisz ten przepych — tę dumę — tę postać,
« Widziałżeś wojska jego, którym rozkazuje?
« Patrz, na te piersi biedne — on światu panuje!
« A z tej ducha przepaści nie mógł nic wydostać!
« Czuję całą moc w sobie — i wyższość nad niemi!
« Gdybyś wiedział, com cierpiał — śród wilgotnej ściany
« Ściemnionego więzienia, okuty w kajdany,
« Leżałem lat trzy blisko — łoże kawał ziemi,

« Strawą chleb, woda, była — i nic nie wydałem!
« Przenieśli mnie gdzieindziej — pokój był obszerny
« Ale w pokoju ciągle noc i dzień, oddźwierny
« I sześciu drabów stało — nocą nie sypiałem,
« Bo sześć świec zapalonych wnieśli co dnia z mrokiem
« I jak stado drapieżne za umarłem ciałem
« Tak oczy drabów, światła, za mem biegły okiem,
« I tak lat dwa przeżyłem i nic nie wydałem!
« Później znów loch zamknięto nie widziałem słońca
« Ani świec, ani ludzi — ciemności zamknięto.
« Dnie okropne, bez światła zdały się bez końca
« Sznurem mi chleba kawał i wodę zsyłano,
« W nocym tęsknił do rana — do nocy znów rano,
« Bo gdym usnął noc była — później w jakieś święto,
« To święto być musiało, ktoś nagle wszedł do mnie
« Ze światłem w ręku słabem — zrazu mówił skromnie
« I prosił o wydanie, i płakał nademną,
« Lecz gdym milczał, zakrzyknął z gniewem i zapałem,
« Żem wiecznie potępiony. — I znów było ciemno
« I wszyscy mnie odeszli — i nic nie wydałem!»
  
Skończył — słuchacz już w własnym dumaniu zagrzęzły
Widać myślom się zwierzał — i myśl go uniosła
Do reszty stargać duszy narzucone węzły.
Wypłynąć chciał na ocean wolności, swobody,
Wznieść maszt większy, uderzyć z całą siłą w wiosła
I bujać jak po niebie buja orzeł młody —
Stanęły mu w pamięci ludzie i narody,
Gdyby on je mógł zbawić! — tak myśląc wzniósł ręce
I kiedy głowę podniósł chociaż w czarnej szacie,
Jemu się należały godności książęce,
On w duszy — na wolności zasiadł majestacie!
 
Obudził się nakoniec — kończ, kończ, rzekł z pośpiechem,
« Twoją powieść — jam prawda — bo wrzawa i tańce —
« Kiedyś wyszedł?» — Przed rokiem uznany niewinnym.»
« I odtąd?» — « Myślę równo, nie liczę różańce.
« Słuchaj, nieczynność bracie jest największym grzechem,
« I tobie, tak jest, tobie potrzeba być czynnym.
« Dziś jeszcze — chcesz ze mną? — godzina już bliska
« Naszych schadzek, brat brata z przyjaźnią uściska
« Rękę twoją!» — « Tę daję» — Muzyka balowa
Zagłuszyła ostatnie nieznajomych słowa

I znikli — tak dwa listki lżejsze do polotu
Z tysiąca które drzewo otrząśnie w jesieni
Lada wiatrem powiane, rwą się bez powrotu
I popłyną tam gdzie je spólny wiatr pierścieni.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Garczyński.