W walce z życiem/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł W walce z życiem
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXII
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom I
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
VI.

Stosunki Adama z Rudolfem zostały zerwane w sposób dosyć nawet gwałtowny. Przy pierwszem spotkaniu się, rozdrażniony Adam zarzucił swemu wspólnikowi chciwość i brak delikatności uczuć, natychmiast zażądał dymisji z urzędu prezesa i rachunków z sumy u Rudolfa złożonej. Gdy to nastąpiło, pan Adam przekonał się, że mu grozi ostateczna ruina: nietylko bowiem stracił wielki i pewny dochód, ale nadto, zamiast kilkunastu, otrzymał parę tysięcy rubli kapitału. Resztę sam w ciągu paru lat stracił, ciągle oglądając się na miljony Rudolfa.
Nieszczęście nie przychodzi nigdy samo, wnet bowiem Helenka wpadła w ciężką słabość, dowiedziawszy się o śmierci ukochanego brata. W kuchni, przedpokojach i garderobie szeptano. Dama też do towarzystwa, wyrozumiawszy co się dzieje, uczuła niepohamowaną tęsknotę do Francji i po raz pierwszy w tym domu dostała spazmów.
Opinja tymczasem nie próżnowała, — w mieście poczęły krążyć najdziwaczniejsze plotki. Gdy zaś przez setne usta dowiedziano się, że Adam zabronił synowi na rok przerwać nauki, wybuchło oburzenie. Jedni utrzymywali, że pan Adam jest szaleńcem, który w pogoni za marą wielkości — zabija własne dzieci. Drudzy — nazywali go kuglarzem, który niskie cele egoistyczne zasłaniał maską idei rodowej. Inni zarzucali mu niewdzięczność względem Rudolfa. Wszyscy zaś w duchu przyznawali, że pan Adam jest już nieodwołalnym bankrutem, którego unikać należy. Póki miał znaczenie i w perspektywie duży majątek, tolerowano jego kastowość i pomiatanie ludźmi, ale dziś nie było już interesu.
Poglądy takie krążyły między ludźmi wszelkich klas i stanowisk — i nie dziw! Byłże bowiem choć jeden człowiek, któremu pan Adam zrobił dobrze, choć jedno serce, któreby do siebie przywiązał?... A jednak w gruncie rzeczy nie był on złym, tylko manjakiem, fanatycznym wyznawcą zupełnie fałszywej idei. Ludzi takich, niestety! społeczeństwo posiada dość wielu. Duma rodowa w niższym lub wyższym stopniu stanowi dla nich artykuł wiary. Boleją oni nad własnym upadkiem, marzą o wskrzeszeniu dawnego blasku, lecz jednocześnie nie rozumieją środków prowadzących do urzeczywistnienia tej idei, zapominają, że rozgłos i znaczenie zdobywa się nie przez pomiatanie innymi, nie przez pyszny separatyzm, ale przez pracę. To też, gdy oni myślą tylko o tem, aby nazwiska i osoby swoje piękną otoczyć dekoracją, na scenę życia występują tymczasem inni aktorzy, inne nazwiska, inne sławy, — o nich zaś świat zapomina.
Gdy w parę dni po otrzymaniu wiadomości o śmierci syna, znękany Adam złożył wizytę jenerałowej, staruszka rozpłakała się.
— Bóg dał, Bóg wziął! — rzekł na to pan Adam. Był to człowiek żelazny.
— Żebyś wiedział, co się tu dzieje — mówiła staruszka. — Miasto pełne plotek i wszyscy powtarzają, że to kara Boża. Wcale niepotrzebnie wdałeś się z tym Rudolfem; tacy jak on ludzie nie umieją nas oceniać. Dziś zresztą inny świat!...
— Żałuję, żem się z nim wdawał, ale już za późno... — szepnął Adam.
Jenerałowa zapłakała jeszcze raz, lecz jednocześnie przyszło jej na myśl, że kto wie, czy przy tej okazji nie ubije własnego interesu.
— Zabezpieczże przynajmniej los córki — rzekła. — Mój Zencio ma sam z siebie parękroć, a ja mu jeszcze coś dodam. Ty mieszkałbyś przy dzieciach, no — iw każdym razie mielibyście przynajmniej odpowiednie towarzystwo w dalszem życiu.
Pan Adam zrozumiał, że kuzynka, mówiąc to, robi aluzją do ich przyszłego niedostatku i do tłumu, w którym kiedyś pogrążyć się będą musieli. Ale i teraz nie odpowiedział nic; oparł tylko głowę na ręku i myślał:
„Niepodobna, aby Helenka nie znalazła męża równego nazwiskiem i majątkiem, a przynajmniej znośniejszego niż Zenon. Mam przecież tylu znajomych, tylu krewnych!... Moje stosunki z Rudolfem mogły dla wielu z nich stanowić przeszkodę, ale dziś...“
Mylił się. Dla jego znajomych i krewnych nie stosunki z Rudolfem, ale to, że Helenka posagu nie miała, stanowiło przeszkodę. Nie wiedział też o zmianach, jakie, po zerwaniu z Rudolfem, zaszły w opinji tych właśnie, na których liczył. Wkrótce jednak sam przekonał się o tem, w sposób niewymownie dotkliwy.
Nadszedł wielki piątek. Zgodnie z dotychczasowym zwyczajem, pan Adam wziął do portmonety kilka sztuk złotych pieniędzy i wyjechał z zamiarem odwiedzenia grobów.
W kościele, do którego wszedł, panował mrok. Ołtarze i okna zasłonięte były kirem, lichtarze przewrócone. Wśród szarego tłumu ludzi bladych i poważnych, siedziały przy srebrnej tacy damy czarno ubrane i z eleganckimi towarzyszami rozmawiały dość wesoło. Od czasu do czasu, na tle szmeru nóg, westchnień i modlitwy, rozlegał się stłumiony śmiech kwestujących i kołatanie pieniędzy o brzeg tacy.
Adam znał wszystkich siedzących przy stole. Każda z tych dam była dlań uprzejmą, lub więcej niż uprzejmą. Każdy z panów grał z nim w karty i należał do jego najserdeczniejszych przyjaciół. W dolatujących go urywkach rozmowy słyszał nazwiska dobrych znajomych, a nawet krewnych.
Od kilku dni nad wszelki wyraz znękany Adam uczuł się nagle rzeźwiejszym; był przecież w swojej sferze. To też krokiem pewnym zbliżył się do stołu i położył na tacy dwa dukaty.
Ale w tej samej chwili wstrząsnął się, jakby go rozpalonem żelazem dotknięto. Ledwie bowiem wyciągnął rękę, gdy wtem — młodzi ludzie umilkli i odwrócili głowy, damy spuściły oczy na książki i tylko najstarsza z nich podziękowała mu surowem i majestatycznem skinieniem. Nikt nie rzekł do niego ani słówka, nikt nawet nie spojrzał na niego.
Adam osłupiał. Gdybyż mu choć dorobkiewicze, gdyby mu tłum uliczny wyrządził podobną impertynencją. Ale to swoi... ludzie tej samej klasy towarzyskiej, tych samych przekonań, ludzie, których idee i tradycje były jego bożyszczem!...
Scena ta trwała przez jedno mgnienie oka, lecz Adam zrozumiał ją i upokorzony, złamany bardziej niż kiedykolwiek, posunął się w głąb kościoła.
— Co mnie teraz czeka? — pomyślał.
— Pax tecum et cum spiritu tuo! Pokój z tobą i duchem twoim!... — mówił kapłan, podając krzyż do pocałunku.
Pokój z tobą!... Pokój z nim, który stracił syna, majątek i którego swoi odepchnęli. Nie byłoż to szyderstwem?
Adam nie posiadał już władzy nad sobą. Czuł, jakby mu do jego brzemienia coraz większe i bardziej gniotące dokładano ciężary. Odepchnięty przez możnych, zmieszał się z tłumem maluczkich, usiadł na ławce i utkwiwszy błędne oczy w wizerunek grobu Chrystusa, pogrążył się w marzeniach nad wszelki wyraz smutnych. Przypomniał sobie pusty, o setki mil odległy grób syna i pomyślał, że ci, którzy tu czoła zginają, od tamtej mogiły odwróciliby się z przekleństwem. Ci sami, do których dziś spychano go gwałtem.
Rzeczy znane, widywane co roku, nabierały teraz w jego oczach nowego i ponurego znaczenia. Widział tam ludzi, którzy brak koszuli zasłaniają brudnym szalikiem, obok dziewcząt ustrojonych w koronki z trzeciej maskarady. Widział zatopione w modlitwie szarytki, które wyrzekły się wszystkiego na świecie, obok wątpliwej wartości eleganta, który napróżno usiłował zręcznie utrzymać szkło w bezmyślnem i bezwstydnem oku. Słyszał świergot kilkusetrublowych mechanicznych ptaków i gorące westchnienie biedaka, dla którego suchy chleb miał być jedynem święconem.
I oni to, przyjaciele, krewni, zmuszają go, aby wszedł pomiędzy tych ludzi, jego — dziedzica tylu tytułów, takiej sławy! Zgadzają się na to, aby jego wnuki nazywały się braćmi indywiduów obdartych, głodnych i na pracę skazanych?...
Od czasu do czasu chwiał się szczyt palmy, albo gałązka choiny, jakby ptak na niej usiadł. To dziecko ciekawe i mizerne zaglądało do obstawionego lampami grobu. Czyliż i dzieci jego córki mają się kiedyś tłoczyć tu, popychane i potrącane?... Na środku cicho szemrała cienka struga fontanny; z jego serca również wypływał zdrój boleści, ale jaki mętny, jaki palący!...
Tuż obok siebie usłyszał stłumione łkanie: jakaś młoda delikatnych rysów kobieta, schylona ku ziemi, płakała, zasłoniwszy twarz chustką. Nie jestże to obraz jego córki, gdy zostanie samą pomiędzy tą tłuszczą, wśród której na dziesięciu głupich przypada jeden łzami zalany!
Adam zerwał się i wybiegł. Duszno mu tu było, gdzie widział pogrążonych w modlitwie, nędznych, liczących tylko na Boga i własną pracę. Miałże dobrowolnie ze swej wyżyny zejść między ten tłum, którym pogardzał? Miałże dzielić odtąd jego niedostatek, pracę i w nagrodę za wszystko pocieszać się słowami:
— Pax tecum et cum spiritu tuo!
Już po wyjściu z kościoła spostrzegł gromadę dziadów sprzedających cierniowe gałązki, jakby ich w samem życiu nie było dosyć. Kupowali je ludzie biedni i prości, których jedynym skarbem był spokój ducha. Ale pan Adam nie chciał już patrzeć na tych ludzi, nietylko stąpać po ich drogach ciernistych. On przecież nie był tak opuszczonym jak oni, on miał jeszcze deskę ratunku.
Siadł do powozu i kazał się wieźć do jenerałowej. W godzinę później był już pewny, że wnuki jego nie zmieszają się z motłochem.
Układ o małżeństwo Helenki z idjotą Zenonem został zawarty. Jenerałowa rozrzewniła się tak, że na podarunek ślubny obiecała dać Helence połowę swoich klejnotów.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.