W szponach/XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł W szponach
Podtytuł Powieść
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


XVII.

Dostał nareszcie potrzebne podręczniki i zaczął się uczyć. Zrobił sobie rozkład dnia i starał się go systematycznie wypełniać. Z rana obmywał się cały wodą, robił gimnastykę, jadł śniadanie, potem brał się godzina za godziną do lekcji. Brak papieru utrudniał mu rozwiązywanie zadań, lecz ponieważ miał ołówek, ważniejsze działania przeprowadzał, pisząc je drobniutko na marginesach książek. Po obiedzie kuł języki nowożytne, niemiecki oraz francuski. Wieczorem znowu gimnastyka przed snem.
Czas biegł mu niepostrzeżenie, poprawił mu się i sen, i apetyt, i humor... Nie gniewał się, nie oburzał, nie martwił i nie rozpaczał o byle co, jak niedawno jeszcze, nie spędzał nocy bezsennych często z powodu własnych, na niczem nie opartych, strachów i podejrzeń. Twardą wolą ujął znowu w rękę ster swej duszy i dokonywał zakreślonych zamiarów bez względu, czy mu się chciało, czy nie, czy mu było wesoło, czy smutno.
Mijały dni. Zima białym puchem zasunęła okratowane okna. Wilgoć murów dotkliwe czuć się dawała nawet jego młodym kościom. Skąpo opalany piec grzał słabo i Józef kładł nieraz na siebie nietylko palto, ale ubierał się nawet w kołdrę podczas odrabiania lekcji. Stosunki z sąsiadami spowszedniały mu i osłabły. Z „lewicą“ prawie nie rozmawiał, a od „fraka“ odbierał wprawdzie po dawnemu gazetki i wiadomości, lecz nie sprawiały one na nim teraz tego wstrząsającego, co dawniej, wrażenia. Co dwa tygodnie miewał z matką widzenie i czekał na nią zawsze z głębokiem wzruszeniem. Na wigilję przysłali mu rodzice opłatek i trochę ciast, lecz przyszły z ogromnem opóźnieniem, tak, że święta spędził jak zwykle na pracy. Rozmyślać i żalić się nad swoim losem nigdy sobie nie pozwalał.
— Mazgajstwo!... — mruczał, marszcząc młode brwi i odpędzając od siebie wspomnienie ubogiej wigilji w rodzinnej komórce stróżowskiej.
O zmroku zawołał go do „telefonu“ frak i zaśpiewał mu cichutko kolędę własnego układu

W miłości i zgodzie
Siedzą razem w kozie
Z. W. C. i „beki“,
Fraki i es-deki.
Wszystkich połączyła
Ta sama mogiła!
Oj kolenda, kolenda!...

Józef poprosił o wyjaśnienia, co to za Z. W. C. i dowiedział się, że to są inicjały Związku Walki Czynnej, utworzonej w Galicji, a mającej za zadanie stworzenie wojska polskiego dla walki zbrojnej o niepodległość ojczyzny.
— Wojska, wojska polskiego?... Dla walki zbrojnej? Jakże to?... — pytał zdumiony i rozgorączkowany tą nowością.
— To nic nie słyszeliście, obywatelu?...
— A nic!...
Wtedy „frak“ opowiedział mu wszystko, co wiedział o ruchu strzeleckim w Galicji, o celach, zamiarach i zasadach nowej organizacji.
— Poczekajcie. Na Nowy Rok wyjdzie coś, co wam wiele rzeczy lepiej objaśni!... — dodał tajemniczo.
Nie chciał nic więcej powiedzieć, dowodząc, że nie ma prawa, że to sekret nie jego, że to niespodzianka.
Dnia tego nie mógł Józef wypełnić zakreślonego programu nauk. Wzburzony chodził po celi i rozmyślał nad usłyszanemi nowinami, poczem przypadał do „telefonu“, pytał i słuchał chciwie dalszych wyjaśnień sąsiada.
— Więc co? Jakie to wojsko? Jakże to może być?... Bez rządu!... Czy z poboru? Czy jak? A jakie arsenały?

„Pod domem swoim skryte kopać lochy
I tam wśród nocy, gdy śpią wrogi nasze,
Odlewać kule, nagromadzać prochy...“

Deklamował mu „frak“.
— Tak, tak!... Rozumiem, domyślałem się!... Więc... są!... — przerwał mu z przejęciem Gawar.
— Pewnie, że są. Co ci z tych wiadomości? Nic nie wiem!... — bronił się.
— Rozumiem. Zapewne, że trzeba konspirować, ale ja nie przez prostą ciekawość... Dla mnie to ważne, niezmiernie ważne...
Niewiele się dowiedział, wystarczyło to jednak Józefowi, żeby sobie przysiągł, iż, jak tylko zda maturę, pojedzie natychmiast do Krakowa, aby wstąpić do tego związku, kształcącego żołnierzy polskich.
Od tej chwili pragnienie wydostania się z więzienia jak najprędzej wzrosło u niego do niebywałej potęgi.
Znowu zaczęła go męczyć bezsenność i pożerać wewnętrzny niepokój. Aby je stłumić, wziął się z jeszcze większą energją i surowością do wyznaczonych sobie studjów i krótko tylko o zmroku, kiedy brak światła zmuszał go do bezczynności, pozwalał sobie na ciche rozmowy z „frakiem“ w sprawie możności stworzenia istotnie polskiego tajnego wojska. W rezultacie dowiedział się, że i tu w Warszawie są już takie wojskowe organizacje. „Frak“ jednak odmówił mu jakichkolwiek wskazówek, jak je odszukać.
— Tylko szukaj, szczerze chciej znaleźć, a znajdziesz je!... — uspokajał chłopca.
Nie zraziło to Józefa, który przysiągł sobie, że nietylko je znajdzie, ale do nich wstąpi, jeżeli mu się nie uda wyjechać do Galicji, gdzie one według słów „fraka“ działały półjawnie. A tymczasem do gimnastyki porannej i wieczornej dodał sobie kilka ruchów żołnierskich: na lewo zwrot!... na prawo zwrot!... naprzód marsz!... Baczność!... Sztywny, jakby kij połknął, uroczysty i skrupulatny w wykonaniu najmniejszego szczegółu, maszerował do ściany, zatrzymywał się, zawracał na pięcie i znów maszerował z dostojeństwem i powagą „prawdziwego żołnierza“.
Zaniepokojony żandarm parę dni pilnie obserwował przez okienko we drzwiach nową „sztukę“ więźnia, której towarzyszyła głośna i sroga komenda...
— Trzeba dać znać, może zwarjował!... — mruczał, odchodząc ode drzwi.
Nazajutrz przed samym zmrokiem drzwi celi Gawara otworzyły się szeroko i wkroczył przez nie sam — Don Pedro w towarzystwie wachmistrza. Józef, który grzał się pod piecem, mimowoli postąpił krok ku niemu.
— Cóż to, słyszałem, że pan tu wyrabia jakieś niestworzone rzeczy, musztruje się pan... Cóż to znaczy? I poco to?...
— Zimno, mało mam ruchu...
— W piecach codzień palą. Grzałeś się pan tylko co przy piecu...
— Grzałem się, bo zimno...
— Cóż to znowu?!... Chcielibyście, żebym wam Włochy urządzał, Sycylję, Monte Carlo... Jeszcze czego? Nie trzeba było broić, mielibyście ciepło... Żadnych tłumaczeń i żadnego gadania!... Nie wolno i koniec! A ruchu to pan możesz użyć, chodząc wkoło celi... Musztry wymyślił!... Może jeszcze do tego związku należysz i tu mi szkołę chcesz urządzić?... Zobaczymy!... Ocho, na wszystko są sposoby... Ja tu mam takie kąty, że westchnienia ludzkiego nie usłyszysz... Ściany moje i ty mój!... — grzmiał, dumnie wznosząc swoją małą główkę padalczą.
Oburzony Gawar odwrócił się, aby nie patrzeć na rozradowaną twarz wachmistrza i udał, że nie słucha pouczeń.
— To tak!... Tak się zachowujesz?... To się musztrujesz, a jak władza mówi, stać pan przed nią nie umiesz? Nie puszczę na przechadzkę, widzenia nie dam, posyłki wstrzymam!... Ja was tu wszystkich skręcę w barani róg... Musztrować się nie wolno, powtarzam!... — kończył gniewnie już na progu.
Odszedł w głąb korytarza, nie kiwnąwszy głową, gniewnie błyskając opuchłemi oczkami i strosząc groźnie farbowane wąsy. Żandarm, zanim drzwi zamknął, obrzucił Gawara złośliwem, triumfującem spojrzeniem.
Chwilę potem słychać było zły, skrzekliwy głos naczelnika więzienia w sąsiedniej celi, jak powtarzał groźby i czynił wymówki te same, ale już z innego powodu. Tak obszedł pokolei wszystkich więźniów.
— Co to znaczy? — spytał Gawar cicho „fraka“, gdy burza minęła i w korytarzu zapanowała zwykła cisza.
— Nic takiego! Pokaz jeneralny... To dla żandarmów. Ale przez jakiś czas trzeba będzie zachowywać większą ostrożność, gdyż znaczy, iż w górnych sferach był donos... Dziś już nie będę mówił!... — odpowiedział ten pośpiesznie.
Musieli przerwać rozmowę, gdyż żandarmi wykazywali większą niż zazwyczaj pilność, nieustannie krążyli po korytarzu, podsłuchiwali i podglądali w okienko.
Pomimo to już późnym wieczorem, gdy Gawar leżał w łóżku, przysłano mu niezwykłą „pocztę“, która go cokolwiek wytrąciła z równowagi. Był to dość długi woreczek z płótna, w którym tkwił mocno zwinięty rulonik papieru. Gdy Gawar go z pochewki wydobył, spostrzegł ze zdziwieniem, że nie są to jak zwykle wycinki z gazet, lecz dwa arkusiki listowego formatu, drobno zapisane kształtnem, czytelnem pismem. W nagłówku widniał ładnie wyrysowany, ozdobny napis:

X. PAWILON.
Pismo polityczno-społeczno-więzienne; wychodzi względnie do okoliczności. Redakcja i Administracja w Cytadeli Warszawskiej. Skrzynka pocztowa w miejscu wiadomem. Prosimy o uważne, ale szybkie odczytywanie, oraz przesyłanie sąsiadom bez wsypy. — Przyjmuje się ofiary od sympatyków w papierze i stalówkach. Artykuły adresować wprost do Redakcji; dojdą bez marek.

Z trudem odczytał to wszystko przy słabem świetle lampy, umieszczonej daleko koło drzwi i przysłoniętej stołkiem; bał się wstać i zbliżyć do światła, aby nie zwrócić w ten sposób na siebie uwagi żandarma. Postanowił odłożyć lekturę do jutra, złożył pismo i schował pod skórkowy grzbiet oprawy więziennej książki. Był jednak tak wzburzony, że przewracał się z boku na bok i usnął dopiero nad ranem.
Wstał późno, z głową ciężką i wilczym apetytem. Ostygła kawa i pół bochenka pszennego chleba czekały nań dawno na stole. Jeszcze nie skończył śniadania, a już przyszedł posługacz, aby sprzątnąć celę. Potem poprowadzono go na spacer i tak zeszło, że do południa nie mógł nawet okiem rzucić na tak interesujący go dokument. Dopiero po obiedzie, gdy ustało zwykłe w tym czasie „latanie“, usiadł przy stole pod oknem tyłem do drzwi i rozłożył gazetkę na otwartej książce. Artykuł wstępny z wielkim humorem opisywał specjalne redakcyjne trudności świeżo powstającego organu i prosił o wyrozumiałość dla płynących stąd braków. Obiecywał bezstronność dla wszystkich kierunków, siedzących w kozie — pochwały i nagany będą odmierzane każdemu, w kolejnych numerach i odpowiednich porcjach, żaden nie zostanie pominięty. Dalej szła kronika miejscowych wypadków: kto został do jakiej celi przeniesiony, jakie były zajścia w tygodniu z wachmistrzem Rondlem, co mówił Don Pedro, kto został wypuszczony, kogo przywieziono. W kronice zagranicznej podawano wiadomości polityczne, pogłoski o nowych aresztowaniach, o zajściach, jakie miały miejsce na Pawiaku i w Ratuszu, o tem kto siedzi w Mokotowie...
Zdumiał się Gawar, czytając te półżartobliwe wiadomości.
— Jakże dużo jednak po tych więzieniach siedzi?!... Mój Boże! I skąd oni to wiedzą?!... Muszę zaraz napisać, czy nie słyszeli czego o „Księżniczce“. W dodatku nic niema o nas, tylko króciutka wzmianka, że byli aresztowani uczniowie na Zjeździe Młodzieży Polskiej... Muszę do nich zaraz obszernie napisać... Niepotrzebnie podali, że to Zjazd był... — gorączkował się Gawar.
Na ostatniej karcie znalazł pyszną karykaturkę: malutkiego, wyciągniętego po wojskowemu Don Pedrę gładził dobrotliwie pod brodę ogromny, gruby i wyfraczony prokurator Mielin. Z tylnej kieszeni munduru sterczał żandarmowi zwój papieru z napisem „Rachunki“, a podpis nosiła karykatura:

Don Pedro na wulkanie.

Pod nim zaraz mieścił się drobniutkiemi literami wykaligrafowany wierszyk:

Wysoki stóp aż cztery,
Wygięte nogi w łęk,
Rozmawia w sposób szczery,
Lecz zawsze łże, w tem sęk!

Wielki zbrodzień,
Kaszą codzień
Karmi nas ten rządu syn,
A kotlety
To niestety
Daje, gdy ma być Mielin.

Ma zawsze pracy wiele
Niewdzięcznej, że aż strach:
Zalepiać wciąż „tunele“
„Pocztowy“ wąchać gmach;

Lecz od czasów, gdy frykasów
Wonnych raz doczekał się,
Gdy ma listów
Socjalistów
Szukać, wówczas w pień ich klnie!...

Czasami liberalnie
O władzy mówić śmie,
Że on też radykalnie
Niekontent z rządu — nie!

Gdyby nie to
Sub secreto
Mówi wśród tajemnych min —
Za swą sławną
Służbę dawną
Miałby krest i wyższy czyn!...

Nie te jednak rzeczy wesołe zajęły Gawara. I nawet nie te niesłychanie ciekawe wiadomości więzienne, które otwarły nagle przed nim cały ogrom i rozmaitość zamkniętych tu sił, całą bujność marnującego się życia. Uwagę jego pochłonął i wprost wstrząsnął nim poważny artykulik, umieszczony w odcinku pod kreską i zatytułowany: „Wojsko jako wola narodu“.
Przeczytał go raz, przeczytał go drugi, przeczytał trzeci, pił go wprost oczami, czując, że każdy wyraz, każda myśl zapada mu w głąb duszy, jak drogocenna perła.
— Tak!... — westchnął. — W otwartem polu, z bronią w ręku... jawnie i śmiało... bronić swych praw i swego honoru!... O Boże, Boże, daj, abym i ja kiedyś!...
Potarł czoło ręką i przeszedł się po celi.
— Muszę do nich napisać!... Muszę dowiedzieć się!... Jak to dobrze, że dają tu te „odpowiedzi od Redakcji“!
„Numer“ odesłał „lewicy“, a sam siadł niezwłocznie do pisania listu.
Nie było to rzeczą łatwą, gdyż pytań było tak dużo, a papieru miał tak mało...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.