W powodzi kwiatów

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł W powodzi kwiatów
Pochodzenie Obrazki z natury
Wydawca M. Arct
Data wydania 1908
Druk M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
W POWODZI KWIATÓW


Icek Kapitan, główny faktor, oraz sprawujący interesy okolicznej szlachty w murach miasteczka X. nad X., ogłosił szanownej pani burmistrzowej tego grodu wielką nowość.
— Of mejne munes — mówił kłaniając się nizko, jak przystoi przed gospodynią miasta; of mejne munes, co teraz będzie w naszym mieście wielkie dogodniościów!! Ten stary powiatowy doktór, to jak wielmożne pani prezydentowe wiadomo, wcale już do chorych nie chce chodzić — na co jemu tego? na co? Un ma pieniądze, un ma swoje domy, un cały obywatel jest, to ma się rozumieć, kto jemu każe chodzić po żydowskich chałupach i oglądać ludziom za pozwoleniem... języków. Un wcale to nie chce zrobić, un wielki purec jest, wielki pan, wielkie osobę!
— Tak — rzekła pani burmistrzowa, — masz rację, ja już dawno mówiłam do męża, że potrzebny nam tu jest lekarz młody, wolnopraktykujący, energiczny... wszak zdaje się, że przy tobie mówiłam, mój Berku...
— Mógłbym tu nawet przed cztery sądy przyświadczyć i przysięgnąć, jak to pani prezydentowa ze sto razy gadała; bo — dodał, zniżając głos i oglądając się na wszystkie strony — przez obrazy wielmożnego prezydenta, to ja wiem, że w całe nasze miasto jest całkiem dwa głowy!! całe parade dwa głowy: pani prezydentowa i ja! jakby nas nie było, to ja nie wiem nawet, w coby się nasze miasto obróciło?
Pani burmistrzowa uśmiechnęła się na ten komplement, Icek zaś perorował dalej.
— Pani prezydentowa pomyślała sobie, co tu potrzebny jest doktór... a Icek zaraz tak zrobił, że tu będzie doktór taki akurat, jak pani prezydentowa w swoje delikatne pomyślenie miała.
— Niepodobna! kiedy? gadajże, stoję jak na szpilkach...
— Un tu pewnie dziś na wieczór przyjedzie, prosto od samego Warszawy.
— Z Warszawy?! nie może być.
— Akuratnie z Warszawy, ja tam u niego byłem. Aj waj! co jest tam tych doktorów w Warszawie! w jedne stancje to ich mieszkało razem siedem!
— Więc to młody? prosto z akademji!
— Aj waj! żeby to ja taki młody był do samej śmierci, jak un młody jest i grzeczny — aj waj! jaki un grzeczny — całkiem delikatny człowiek, choć jego do bolące miejsca przykładać; tylko czy un z akademji jest, to ja nie wiem, un coś wspominał, że jest od Ryczywoła, bo tam gdzieś jego ojciec trzyma sobie dzierżawę.
— A przystojny?
— Bardzo przystojny! pociągłowaty jest na gębie, ma włosy czarne jak smoła, i kawałek takich maluśkich wąsików, co się jemu dopiero niedawno zrobiło kiele nos; a na nos, to un sobie niesie dwa szkiełka, bardzo porządne, w mosiężnej oprawie, z czarną nitką. Cały alegant! Jak jego tutejsze panienków będzie obaczyć, aj waj! to un będzie do nich miał szczęście! Żebym ja takie szczęście do handlu miał, jak un do tych panienków szczęście zdybie... I doktór z niego też bardzo dobry. Jak ja tam byłem u niego, to mnie, z przeproszeniem pani, prezydentowej, zrobiuło się takie paskudne szczypienie kiele serca; to un kazał mnie się kłaść na sofę i pukał, pukał, stukał, słuchał, cały brzuch to un mi opukał! ostukał i jak mi dał jedno kilka kroplów, to ja byłem zdrów jak byk, jak... jak pięć byków... Odrazu mnie całkiem dobrze się zrobiuło.
— Więc to dziś, dziś przyjeżdża?
— Dziś, dziś, proszę wielmożnej pani, ja jego najmowałem trzy stancjów u Dawida na górze, z meblami. A jakich meblów ja jego dawałem... Zielone kanapę, żółtych krzesłów, czerwone szafę i lustrów, takich wielkich jak okno. Un będzie mieszkał u nas jaknajporządniej. To już moja głowa jest w tym interesie... Pani prezydentowa zamyśliła się. Doktór młody, przystojny, dla matki mającej trzy córki na wydaniu, jest istotą bardzo sympatyczną. Masa więc myśli, planów i projektów przebiegło przez głowę pani prezydentowej.
Uśmiechnęła się do Icka i rzekła:
— No, kochany Icuniu, za taką nowinę wart jesteś kieliszek wybornej miętówki. Masz — rzekła nalewając, — wypij to za zdrowie młodego doktora i, trzymaj język za zębami, pamiętaj...
— Ziczam wielkie zdrowie wielmożnej pani — rzekł żyd i, przykrywszy głowę jarmułką, spełnił ten toast, — a co się tyczy język — dodał, — to wielmożnej pani wiadomo, co Icek z języka żyje, to i język potrafi trzymać w gębie, jeszcze lepiej, jak pieniądzów w kieszeni.
Pomimo jednak, że pani prezydentowa postanowiła sobie milczeć, a Icek trzymać miał język za zębami, stało się, że za godzinę całe miasteczko było już panem sekretu.
Wieczorem, a był to prześliczny wieczór letni, cała męska i żeńska inteligiencja sławetnego grodu X. nad X. wyległa na drogę prowadzącą do najbliższej stacji drogi żelaznej.
Obsadzony wysokiemi topolami gościniec wyglądał świątecznie — uroczyście prawie... poważne pary małżonków kroczyły majestatycznie i powoli, przed niemi zaś defilowały córeczki, wystrojone jak na wielkie święto, w całej pełni powabów i wdzięków. Zdawałoby się, że całe miasteczko naznaczyło sobie rendez-vous tu, pod smukłemi topolami.
Pani burmistrzowa, faktyczna rządczyni miasta, przy której cienki małżonek wyglądał jak szpada przy okazałym boku dygnitarza, przygryzała złośliwie wargi, niezadowolona z całego świata, a najbardziej z tych matek, które ośmieliły się wyprowadzić także swe ukochane córeczki na pokaz... Trzy burmistrzówny, przystojne, silnie zbudowane blondynki, defilowały po piaszczystym gościńcu z gracją i wdziękiem, oddając ledwie dostrzeżone ukłony miejscowej młodzieży, której konkurencyjne papiery w dniu przyjazdu doktora najfatalniej spadły...
Panie całowały się serdecznie, wyrażając swą radość z powodu miłego, a niespodziewanego spotkania — i przeklinając w duszy jedna drugą, że przyszła tu w tej chwili.
Do właściwego celu wycieczki nikt się nie przyznawał, ale oczy wszystkich zwrócone były w jeden punkt i, lada fura żydowska, lada chłopski wóz zdążający ku miastu, zwracał na siebie powszechną uwagę.
Biegły ku niemu wejrzenia czarnych i modrych oczu — a mamy, przymrużając źrenice, zapytywały się w duchu: On? czy nie on?
Już słońce zaszło; księżyc wypłynął na pogodne niebo — należało wracać. Zawiedzione w nadziejach towarzystwo, opuściło placówkę, a w kilka godzin później cała populacja sławetnego grodu X. nad X. usnęła snem sprawiedliwego.
Dla ścisłości kronikarskiej dodać należy, że tej nocy wszystkim panienkom śnił się przystojny i młody lekarz, o którego zaletach i zdolnościach Icek Kapitan opowiadał cuda pani prezydentowej.
Oczekiwany syn Eskulapa przybył późno w nocy. Przy pomocy furmana i stróża nocnego odszukał Icka i objął w posiadanie ów wspaniały lokal z eleganckiemi meblami i «zieloną kanapą». Zmęczony całodzienną podróżą, nie miał czasu na podziwianie eleganckiego apartamentu, lecz rzucił się na łóżko i usnął snem sprawiedliwego.
Niedługo wszakże dano mu używać miłego wywczasu.
Zaledwie słońce weszło, już przedpokój był pełen pacjentów. Znajdowali się tu mężowie cierpiący na serce, oraz niewiasty z choremi bardzo i delikatnemi dziećmi na rękach.
Młody lekarz, niepraktyczny jeszcze w swoim zawodzie, nieumiejący spać, gdy pacjent potrzebuje pomocy, zabrał się do oglądania chorych, którzy zachwyceni byli jego troskliwością nadzwyczajną i starannością, z jaką usiłował zbadać chorobę.
Odpowiadał na niezliczone pytania żydówek, powtarzał po dziesięć razy informacje co do czasu używania lekarstw i co do djety; ze świętą cierpliwością słuchał opowiadania o zadawnionych cierpieniach cioci Ruchli, która od czasu owdowienia zupełnie utraciła delikatne swe zdrowie...
Pytanie «co się należy?» żenowało niesłychanie młodego lekarza, wstydził się brać honorarjum od narzekających na straszną biedę i drożyznę żydówek, podsuwających po kilka wytartych miedziaków.
— Proszę tam kłaść w puszkę... — mówił, wskazując jakieś blaszane pudełko od tytuniu.
Pacjenci korzystali z dyskrecji i, zamiast dwuch złotych, rzucali po 20 groszy, a owdowiała ciocia Ruchla przez omyłkę położyła dziesiątkę, a wzięła z puszki reszty złotówkę.
Można się domyślić, że zbiór nie był nadto obfity; lecz cóż to stanowi? Pierwszy dzień... Niechno się ruszy inteligiencja miasta, okolica, wtenczas dochody popłyną, jak fala wzburzonego potoku... Wypadnie kupić kasę ogniotrwałą, żeby owe skarby przed złemi ludźmi ukryć bezpiecznie.
Inteligiencja miasteczka nie dała długo czekać na siebie... Co raz, to jaka służąca z bilecikiem zapraszającym wpadła, a wszystkim było pilno, wszędzie niebezpieczeństwo zagrażało. Osobliwa epidemja nawiedziła tego dnia wielce sławetne miasteczko X. nad X., epidemja dziwnego rodzaju, jakiej od samego Hipokratesa nie notowały jeszcze roczniki medycyny...
Pochorowały się naraz wszystkie panny, wszystkie młode wdówki, a nawet i małżonka weterynarza, osoba szczególnie nerwowa i, przez małżonka swego nigdy niezrozumiana, a skutkiem tego chronicznie cierpiąca. Mąż twierdził, że to «koer», ale co on się tam znał! Mając ciągłe do czynienia z końmi i bydłem, zatracił możność odczuwania pragnień duszy idealnej i rozanielonej...
Co było najosobliwszego w tej epidemji gwałtownej, jaka nagle nawiedziła piękną połowę ludności w X. nad X., to to, że cierpienia nie mogły być określone bliżej. Objawiały się one tylko lekkim bólem głowy, suchym kaszelkiem, brakiem apetytu i pewnym ogólnym rozstrojeniem nerwowym...
W domach, gdzie były dwie panny, cierpiała tylko jedna i, ta jedna, w białym eleganckim negliżyku, wyglądała jak uosobione cierpienie; druga zaś, dla kontrastu, w sukience czarnej, z anielską dobrocią w spojrzeniu, czuwała nad siostrą, niby opiekuńczy anioł stróż...
Wszystkie cierpiące panny, od najstarszej burmistrzówny począwszy, doktór odwiedził...
Trzeba było widzieć, z jaką elegancją, delikatnością i troskliwością zarazem opukiwał mniej i więcej dorodne pacjentki, — jak te cierpiące osóbki rumieniły się mocno, gdy upragniony lekarz wysłuchiwał szmeru ich płuc i tonów serduszek, uderzających pośpiesznie...
Pacjentki były zachwycone i, przyrzekły sobie w duszy, przynajmniej raz na tydzień chorować; mamy zaś zapraszały serdecznie, aby doktór bywał w ich domu, nietylko jako lekarz, lecz i jako gość zawsze pożądany i widziany mile. Gdy odbywszy już wszystkie wizyty, wszedł do mieszkania pani weterynarzowej, pan weterynarz właśnie do domu wrócił.
Kwas karbolowy zdaleka od niego czuć było; napracował się przez cały dzień w jakiejś zarażonej oborze, wytrząsł na bryczce, więc zmęczony, głodny, wpadł do pokoju, wołając:
— Jeść dawajcie! bo ginę z głodu!
Właśnie w tej chwili młody lekarz badał puls nerwowej pani.
— Co to? — zapytał małżonek.
Lekarz przedstawił się.
— Daj pokój, kolego, — rzeki weterynarz, — nie fatyguj się próżno, ja jej organizm znam doskonale... Właśnie chciałem jej zrobić zawlokę na lewym ramieniu, to doskonale humory odciąga...
— Mężu! — krzyknęła z oburzeniem pani domu.
— No, no — odrzekł — nie masz czego gwałtować, moja duszko; lepiej każ nam podać tu wódki i przekąski — a jeżeli już koniecznie chcesz się leczyć, to ci kolega zapisze aloesu, albo jalapy, będziesz zdrowa duszyczko jak... tego... jakże się to zowie...
— Nie potrzebuję twoich porównań! — krzyknęła pani i, trzasnąwszy drzwiami, zniknęła w drugim pokoju...
— Oto masz, kolego widowisko; — rzekł mąż, — obiad przydymiony codzień, w domu nieporządek, a narowów pełno... Żeń się, żeń, bracie, to użyjesz jak pies w studni; ale ostrzeżenie moje zbyteczne, nie sądzę, żebyś kolega ożenił się, tu u nas przynajmniej.
— A to dlaczego?
— Szkaradny kąt, powiadam ci kolego, obrzydliwy, zakazany, jeżeli nie będziesz się targował z pacjentami, jak żyd, to z głodu zginiesz, powiadam ci, że z głodu, jak ruda mysz, braciszku.
Lekarz nie chciał jakoś wierzyć w ten prognostyk.
Tymczasem wszystkie mamy, których córeczki potrzebowały pomocy lekarskiej, z rozczulającą jednomyślnością przyszły do przekonania, że byłoby ubliżeniem w wysokim stopniu, ofiarować tak uprzejmemu lekarzowi honorarja pieniężne za jego wizyty. Czyż taka staranność, troskliwość, taka uprzejmość da się opłacić jakimś marnym banknotem zatłuszczonym, zmiętym w rękach tysiąca najprozaiczniej szych w świecie przekupek i handlarzy?!
Dobre to może w zmaterjalizowanej Ameryce, dobre zresztą w Warszawie, gdzie jeden drugiego nie zna, — ale nie w poetycznym, sentymentalnym X. nad X.! Przenigdy! W tej cichej mieścinie, rozrzuconej nad brzegiem leniwej rzeczułki, istnieją jeszcze cnoty patryjarchalne, a uczucie wdzięczności lubi być udrapowane w sentymentalną togę, lubi przybierać na się wdzięczne, estetyczne formy. Zresztą, któż zaręczy, że ten młody lekarz, który dziś uważa piękną Mańcię lub Brygisię za pacjentkę tylko, nie zmieni charakteru i, padszy na kolana, nie przyjmie tytułu narzeczonego.
Ta ewentualność to także jedna racja więcej, aby mu nie płacić. Na co? Czyż nie lepiej, że otrzyma honorarjum wraz z sowitym procentem w naturze, w niezrównanych wdziękach pacjentki, i że to honorarjum zostanie w familji?
Inteligiencja cichego X. nad X. umie być wdzięczna, lecz w sposób wykwintny, miły i estetyczny. Stąd też mieszkanie sympatycznego doktora zarzucone jest bukietami. Pachną tam róże, bzy, jaśminy ułożone rączkami «wdzięcznych», zjawiają się równianki z modrych niezabudek i bławatków, ale nie dość na tym. W X. nad X. uczucia są pojmowane szeroko, a umiejętność produkowania tak zwanych «robótek kobiecych» doprowadzona jest do możliwej perfekcji. Jakie też przepyszne kwiaty ma doktór na poduszkach, pantoflach czapeczce!, nawet wykałaczka do zębów ozdobiona jest jakąś mikroskopijną lilijką, która, zdaje się, że przemówić pragnie, że radaby powiedzieć szczęśliwemu jej posiadaczowi: «słuchaj, niewdzięczniku, miej ty serce, patrzaj w serce.»
A kto uwił te wszystkie bukiety i równianki z kwiatów żywych? Kto wyszył kwiaty martwe na pantoflach i poduszkach filozelą i kordonkiem? Kto zgromadził w mieszkaniu szczęśliwego doktora tę różnobarwną dziatwę flory, jeżeli nie piękne pacjentki w X. nad X. Niedarmo pani Bajla, poważna kupcowa, utrzymująca w X. nad X. skład szuwaksu, cukru, bawełny i innych towarów galanteryjnych, dowodziła, że jak jej pamięć daleko sięgnąć może, nigdy jeszcze kordonki, pele i włóczki nie miały takiego odbytu.
Taki stan rzeczy trwał przez cały kwartał, doktór gorliwie pełnił swe obowiązki, a im więcej mu kwiatów przybywało w mieszkaniu, tym mniej dziesiątek delikatne żydówki rzucały do puszki od tytuniu. Tymczasem mamy i ciocie rozrywały uprzejmego lekarza, musiał bywać na herbatkach cichych i proszonych, siedzących i tańcujących, nazywano go kochanym doktorkiem, doktoreczkiem, przezacnym, zacnym, nieoszacowanym, — panienki wzdychały do niego, a mamy obliczały fundusze na wyprawę.
Pewnego pięknego wieczoru, wśród inteligientnej ludności cichego X. nad X. zaczęły krążyć jakieś głuche wieści. Szeptano sobie na ucho, opowiadano to i owo, lecz nikt baśniom wierzyć nie chciał. Panny szczególniej, jako młode i idealne, a więc do złudzeń skłonne istoty, słuchać nawet nie chciały tego, co miasteczkowa fama głosiła — i zajęły stanowisko wyczekujące; mamy zwiesiły nosy na kwintę, a ojcowie machnęli ręką z rezygnacją, właściwą mężom, których lada wiatr przeciwny nie łamie.
Jedna tylko pani burmistrzowa nie poprzestała na głuchych wieściach; trzeba jej było dowodu. Pomimo spóźnionej pory, posłała policjanta po Icka, z rozkazem, żeby go natychmiast żywego lub umarłego dostawić.
Icek Kapitan, wyciągnięty gwałtem prawie z betów, stawił się przed «gospodynią miasta», cichy, pokorny, podobny raczej do zmokłej kury, niż do sprytnego faktora.
Delikatnym rozumem Icek przeczuwał burzę.
— Gdzie doktór? — krzyknęła pani burmistrzowa.
— Przepraszam, wielmożne pani prezydentowe, że un tu był, to ja wiem; że mu tu już niema, to też wiem; a gdzie on teraz jest, to ja wcale nie wiem...
— Więc wyjechał! wyjechał niegodziwiec, niewdzięcznik! wyjechał...
— Nu, a co un miał zrobić?
— Jakto co? to mi zabawne pytanie! siedzieć z nami, czy mu tu źle było... kwiatami był obsypany!... jak męża kocham, kwiatami!
— Właśnie, un bez te kwiatów ucięknął.
— Dlaczego?
— Jak pani prezydentowe chce? Nasze żydki choć po parę groszy jemu dawali; kiepsko dawali, ale zawdy to było pieniądzów, a państwo to jemu dawali kwiatów; czy, z przeproszeniem wielmożne panie, un krowa był, żeby miał ziele jeść? Un wąchał tych kwiatów, a jak się dowąchał, co tam więcej nic niema, to ucieknął napowrót do Warszawy.
Wyrecytowawszy tę tyradę, Icek skłonił się i wyszedł, pani prezydentowa zaś zamyśliła się smutnie, a później długo, długo rozmawiała z córkami.
Nazajutrz we wszystkich ogródkach w X. nad X. powyrywano kwiaty i powyrzucano je za płoty, zaś do dziś dnia jeszcze pani Bajla płacze, że na paciorki i włóczki niema żadnego popytu.
Młody lekarz osiedlił się w sąsiedniej gubernji, nauczył się upominać o swą należność i, kwiatów nie przyjmuje zupełnie. Ożenił się z panną dość brzydką i jeszcze więcej złośliwą, wziął za nią ładny posag i dziś liczy się do najzamożniejszych ludzi w okolicy. Dobrze jada, dobrze sypia, do chorych po nocach nie biega, waży 288 funtów, a jak gra w preferansa i wista, niech poświadczą ci, co pół życia przy zielonym stoliku spędzili.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.