W powodzi kwiatów (Junosza, 1889)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł W powodzi kwiatów
Podtytuł Szkic małomiasteczkowy
Pochodzenie Wilki i inne szkice i obrazki
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Data wydania 1889
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Franciszek Kostrzewski
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


W POWODZI KWIATÓW.
(SZKIC MAŁOMIASTECZKOWY.)



I

Icek Kapitan, główny faktor, oraz sprawujący interesa okolicznéj szlachty w murach miasteczka X nad X. ogłosił szanownéj pani burmistrzowéj tego grodu wielką nowość:
— Of mejne munes, mówił kłaniając się nizko, jak przystoi przed gospodynią miasta; of mejne munes, co teraz będzie w naszém mieście wielkie dogodnościów!! Ten stary powiatowy doktor, to jak wielmożne pani prezydentowe wiadomo, wcale już do chorych nie chce chodzić — na co jemu tego? na co? Un ma pieniądze, un ma swoje domy, un cały obywatel jest, to ma się rozumiéć, kto jemu każe chodzić po żydowskich chałupach i oglądać ludziom za pozwoleniem... języków. Un wcale to niechce zrobić, un wielki purec jest, wielki pan, wielkie osobe!
— Tak, rzekła pani burmistrzowa, masz racyę, ja już dawno mówiłam do męża, że potrzebny nam tu jest lekarz młody, wolno-praktykujący, energiczny... wszak zdaje się, że przy tobie mówiłam mój Berku...
— Mógłbym tu nawet przed cztery sądy przyświadczyć i przysięgnąć, jak to pani prezydentowa ze sto razy gadała; bo, dodał, zniżając głos i oglądając się na wszystkie strony, przez obrazy wielmożnego prezydenta, to ja wiem, że w całe nasze miasto jest całkiem dwa głowy!! całe parade dwa głowy: pani prezydentowa i ja! jakby nas nie było, to ja niewiem nawet w coby się to całe nasze miasto obróciło?
Pani burmistrzowa uśmiechnęła się na ten komplement. Icek zaś perorował daléj.
— Pani prezydentowa pomyślała sobie co tu potrzebny jest doktor, a Icek zaraz tak zrobił, że tu będzie doktor... taki akurat jak pani prezydentowa w swoje delikatne pomyślenie miała.
— Niepodobna! kiedy? gadajże, stoję jak na szpilkach...
— Un tu pewnie dziś na wieczór przyjedzie, prosto od samego Warszawy.
— Z Warszawy?! nie może być.
— Akuratnie z Warszawy, ja tam u niego byłem. Aj waj! co jest tam tych doktorów w Warszawie! w jedne stancye to ich mieszkało razem siedem!
— Więc to młody? prosto z akademii!
— Aj waj! żeby ja taki młody był do saméj śmierci, jaki un młody jest i grzeczny — aj waj! jaki un grzeczny — całkiem delikatny człowiek, choć jego do bolące miejsce przykładać; tylko czy un z akademii jest, to ja niewiem, un coś wspominał, że jest od Ryczywoła, bo tam gdzieś jego ojciec trzyma sobie dzierżawę.
— A przystojny?
— Bardzo przystojny! pociągłowaty jest na gębie, ma włosy czarne jak smoła, i kawałek takich maluśkich wąsików, co się jemu dopiero niedawno zrobiło kiele nos; a na nos to un sobie niesie dwa szkiełka bardzo porządne, w mosiężnéj oprawie, z czarną nitką. Cały alegant! Już jego tutejsze panienków będzie obaczyć — aj waj! to un będzie do nich miał szczęście! Żebym ja takie szczęście do handlu miał, jak un do tych panienków szczęście zdybie... I doktor z niego téż bardzo dobry. Jak ja tam byłem u niego, to mnie z przeproszeniem pani prezydentowéj zrobiło się takie paskudne szczypienie kiele serca; to un kazał mnie się kłaść na sofe i pukał, pukał, sztukał, słuchał, cały brzuch to un mi opukał! osztukał i jak mi dał jedno kilka kroplów, to ja byłem zdrów jak byk, jak... jak pięć byków... Odrazu mnie całkiem dobrze było.
— Więc to dziś, dziś przyjeżdża?
— Dziś, dziś, proszę wielmożnéj pani, ja jego najmowałem trzy stancyów u Dawida na górze, z meblami. A jakich meblów ja jego dawałem... Zielone kanape, żółtych krzesłów, czerwone szafe, i lustrów takich wielkie jak okno. Un będzie mieszkał u nas jaknajporządniéj. To już moja głowa jest w tym interesie...
Pani prezydentowa zamyśliła się. Doktor młody przystojny, dla matki mającéj trzy córki na wydaniu, jest istotą bardzo sympatyczną. Masa więc myśli, planów i projektów przebiegło przez głowę pani prezydentowéj.
Uśmiechnęła się do Icka i rzekła:
— No, kochany Icuniu, za taką nowinę, wart jesteś kieliszek wybornéj miętówki. Masz — rzekła nalewając, — wypij to za zdrowie młodego doktora i trzymaj język za zębami, pamiętaj...
— Ziczam wielkie zdrowie wielmożnéj pani, — rzekł żyd i przykrywszy głowę jarmułką, spełnił ten toast, — a co się tyczy język, — dodał, — to wielmożnéj pani wiadomo, co Icek z języka żyje, to i język potrafi trzymać w gębie, jeszcze lepiéj jak pieniądzów w kieszeni.
Pomimo jednak, że pani prezydentowa postanowiła sobie milczéć, a Icek trzymać miał język za zębami, stało się, że za godzinę całe miasteczko było już panem sekretu.
Wieczorem, a był to prześliczny wieczór letni, cała męzka i żeńska inteligencya sławetnego ogrodu X. nad X. wyległa na drogę prowadzącą do najbliższéj stacyi drogi żelaznéj.
Obsadzony wysokiemi topolami gościniec wyglądał świątecznie, — uroczyście prawie... poważne pary małżonków kroczyły majestatycznie i powoli, przed niemi zaś defilowały córeczki, wystrojone jak na wielkie święto, w całéj pełni powabów i wdzięków. Zdawałoby się, że całe miasteczko naznaczyło sobie rendez-vous tu, pod smukłemi topolami.
Pani burmistrzowa, faktyczna rządczyni miasta, przy ktoréj cienki małżonek, wyglądał jak szpada przy okazałym boku dygnitarza, przygryzała złośliwie wargi, niezadowolona z całego świata, a najbardziéj z tych matek, które ośmieliły się wyprowadzić także swe ukochane córeczki na pokaz... Trzy burmistrzówny, przystojne, silnie zbudowane blondynki, defilowały po piaszczystym gościńcu z gracyą i wdziękiem, oddając ledwie dostrzeżone ukłony miejscowéj młodzieży, któréj konkurencyjne papiery w dniu przyjazdu doktora najfatalniéj spadły...


Panie całowały się serdecznie.

Panie całowały się serdecznie, wyrażając swą radość z powodu miłego, a niespodziewanego spotkania — i przeklinając w duszy jedna drugą, że przyszła tu w téj chwili.
Do właściwego celu wycieczki nikt się nieprzyznawał, ale oczy wszystkich zwrócone były w jeden punkt, i lada fura żydowska, lada chłopski wóz zdążający ku miastu, zwracał na siebie powszechną uwagę.
Biegły ku niemu wejrzenia czarnych i modrych oczu — a mamy przymrużając źrenice, zapytywały się w duchu: On? czy nie on?
Już słońce zaszło; księżyc wypłynął na pogodne niebo — należało wracać. Zawiedzione w nadziejach towarzystwo opuściło placówkę, a w kilka godzin późniéj cała populacya sławetnego grodu X. nad X. usnęła snem sprawiedliwego.
Dla ścisłości kronikarskiéj dodać należy, że téj nocy wszystkim panienkom śnił się przystojny i młody lekarz, o którego zaletach i zdolnościach Icek Kapitan opowiadał cuda pani prezydentowéj.

Oczekiwany syn Eskulapa przybył późno w nocy. Przy pomocy furmana i stróża nocnego odszukał Icka i objął w posiadanie ów wspaniały lokal, z eleganckiemi meblami i „zieloną kanapą.” Zmęczony całodzienną podróżą nie miał czasu na podziwianie eleganckiego apartamentu, lecz rzucił się na łóżko i usnął snem sprawiedliwego.
Niedługo wszakże dano mu używać miłego wywczasu.
Zaledwie słońce weszło, już przedpokój był pełen pacyentów. Znajdowali się tu mężowie cierpiący na serce, oraz niewiasty z choremi bardzo i delikatnemi dziećmi na rękach.
Młody lekarz, niepraktyczny jeszcze w swoim zawodzie, nieumiejący spać, gdy pacyent potrzebuje pomocy, zabrał się do oglądania chorych, którzy zachwyceni byli jego troskliwością nadzwyczajną i starannością z jaką usiłował zbadać chorobę.
Odpowiadał na niezliczone pytania żydówek, powtarzał po dziesięć razy informacye co do czasu używania lekarstw i co do dyety; ze świętą cierpliwością słuchał opowiadania o zadawnionych cierpieniach cioci Ruchli, która od czasu owdowienia, zupełnie utraciła delikatne swe zdrowie...
Pytanie „co się należy?” żenowało niesłychanie młodego lekarza, wstydził się brać honoraryum od narzekających na straszną biedę i drożyznę żydówek, podsuwających po kilka wytartych miedziaków.
— Proszę tam kłaść w puszkę... mówił, wskazując jakieś blaszane pudełko od tytuniu.
Pacyenci korzystali z dyskrecyi i zamiast dwóch złotych, rzucali po 20 groszy, a owdowiała ciocia Ruchla przez omyłkę położyła dziesiątkę, a wzięła z puszki reszty złotówkę. —
Można się domyślić, że zbiór niebył nadto obfity, lecz cóż to stanowi? Pierwszy dzień... Niech no się ruszy inteligencya miasta, okolica, wtenczas dochody popłyną jak fala wzburzonego potoku... Wypadnie kupić kassę ogniotrwałą, żeby owe skarby przed złymi ludźmi ukryć bezpiecznie.
Inteligencya miasteczka nie dała długo czekać na siebie... Co raz to jaka służąca z bilecikiem zapraszającym wpadła, a wszystkim było pilno, wszędzie niebezpieczeństwo zagrażało. Osobliwa epidemja nawiedziła tego dnia wielce sławetne miasto X. nad X., epidemia dziwnego rodzaju, jakiéj od samego Hipokratesa nie notowały jeszcze roczniki medycyny...
Pochorowały się naraz wszystkie panny, wszystkie młode wdówki, a nawet i małżonka weterynarza, osoba szczególnie nerwowa i przez małżonka swego nigdy niezrozumiana i skutkiem tego chronicznie cierpiąca. Mąż twierdził, że to „koler,” ale co on się tam znał! Mając ciągle do czynienia z końmi i bydłem, zatracił możność odczuwania pragnień duszy idealnéj i rozanielonéj...
Co było najosobliwszego w téj epidemii gwałtownéj, jaka nagle nawiedziła piękną połowę ludności w X. nad X., to to, że cierpienia nie mogły być określone bliżéj. Objawiały się one tylko lekkim bólem głowy, suchym kaszelkiem, brakiem apetytu i pewném ogólném rozstrojeniem nerwowém...
W domach gdzie były dwie panny, cierpiała tylko jedna i ta jedna w białym eleganckim negliżyku wyglądała jak uosobione cierpienie; druga zaś, dla kontrastu, w sukience czarnéj, z anielską dobrocią w spojrzeniu, czuwała nad siostrą, niby opiekuńczy anioł stróż...
Wszystkie cierpiące panny, od najstarszéj burmistrzówny począwszy, doktor odwiedził...
Trzeba było widziéć z jaką elegancyą, delikatnością i troskliwością zarazem opukiwał mniéj i więcéj dorodne pacyentki, — jak te cierpiące osóbki, rumieniły się mocno, gdy upragniony lekarz wysłuchiwał szmeru ich płuc i tonów serduszek, uderzających pośpiesznie...
Pacyentki były zachwycone i przyrzekły sobie w duszy przynajmniéj raz na tydzień chorować, mamy zaś zapraszały serdecznie; aby doktor bywał w ich domu, nietylko jako lekarz, lecz jako gość zawsze pożądany i widziany mile. Gdy odbywszy już wszystkie wizyty wszedł do mieszkania pani weterynarzowéj, pan weterynarz właśnie do domu wrócił.
Kwas karbolowy zdaleka od niego czuć było; napracował się przez cały dzień w jakiejś zarażonéj oborze, wytrząsł na bryczce, więc zmęczony, głodny wpadł do pokoju, wołając:
— Jeść dawajcie! bo ginę z głodu!
Właśnie w téj chwili młody lekarz badał puls nerwowéj pani.
— Co to? — zapytał małżonek.
Lekarz przedstawił się.
— Daj pokój kolego, rzekł weterynarz, nie fatyguj się próżno, ja jéj organizm znam doskonale... Właśnie chciałem jéj zrobić zawłokę na lewém ramieniu, to doskonale humory odciąga...
— Mężu! krzyknęła z oburzeniem pani domu.
— No, no, odrzekł, nie masz czego gwałtować moja duszko; lepiéj każ nam podać tu wódki i przekąski — a jeżeli już koniecznie chcesz się leczyć, to ci kolega zapisze aloesu albo jalapy, będziesz zdrowa duszyczko jak... tego... jakże się to zowie...
— Niepotrzebuję dwóch porównań!! — krzyknęła pani i trzasnąwszy drzwiami, zniknęła, w drugim pokoju...
— Oto masz kolego widowisko; — rzekł mąż, — obiad przydymiony codzień, w domu nieporządek, a narowów pełno... Żeń się, żeń bracie, to użyjesz jak pies w studni; ale ostrzeżenie moje zbyteczne, nie sądzę żebyś kolega ożenił się, tu u nas przynajmniéj.
— A to dlaczego?
— Szkaradny kąt, powiadam ci kolego, obrzydliwy, zakazany, jeżeli nie będziesz się targował z pacyentami jak żyd, to z głodu zginiesz, powiadam ci, że z głodu jak ruda mysz, braciszku.
Lekarz nie chciał jakoś wierzyć w ten prognostyk.
Tymczasem wszystkie mamy, których córeczki potrzebowały pomocy lekarskiéj, z rozczulającą jednomyślnością przyszły do przekonania, że byłoby ubliżeniem w wysokim stopniu, ofiarować tak uprzejmemu lekarzowi honorarya pieniężne za jego wizyty. Czyż taka staranność, troskliwość, taka uprzejmość da się opłacić jakimś marnym banknotem zatłuszczonym, zmiętym w rękach tysiąca najprozaiczniejszych w świecie przekupek i handlarzy?!
Dobre to może w zmateryalizowanéj Ameryce, dobrze zresztą w Warszawie, gdzie jeden drugiego nie zna — ale nie w poetyczném, sentymentalném X. nad X.! Przenigdy! W téj cichéj mieścinie rozrzuconéj nad brzegiem leniwéj rzeczułki, istnieją jeszcze cnoty patryarchalne, a uczucie wdzięczności lubi być udrapowaném w sentymentalną togę, lubi przybierać na się wdzięczne, estetyczne formy. Zresztą któż zaręczy, że ten młody lekarz, który dziś uważa piękną Mańcię lub Brygisię za pacyentkę tylko, nie zmieni charakteru i padłszy na kolana nie przyjmie tytułu narzeczonego.
Ta ewentualność to także jedna racya więcéj, aby mu nie płacić. Na co? Czyż nie lepiéj, że otrzyma honoraryum wraz z sowitym procentem w naturze, w niezrównanych wdziękach pacyentki, i że to honoraryum zostanie w familii?
Inteligencya cichego X. nad X. umie być wdzięczna, lecz w sposób wykwintny, miły i estetyczny. Ztąd téż mieszkanie sympatycznego doktora zarzucone jest bukietami. Pachną tam róże, bzy, jaśminy ułożone rączkami „wdzięcznych,” zjawiają się równianki z modrych niezabudek i bławatków, ale nie dość na tém. W X. nad X. uczucia są pojmowane szeroko, a umiejętność produkowania tak zwanych „robótek kobiecych,” doprowadzona jest do możliwéj perfekcyi. Jakie téż przepyszne kwiaty ma doktor na poduszkach, pantoflach, czapeczce! nawet wykałaczka do zębów ozdobioną jest jakąś mikroskopijną lilijką, która zdaje się, że przemówić pragnie, że radaby powiedziéć szczęśliwemu jéj posiadaczowi: „słuchaj niewdzięczniku, miéj ty serce i patrzaj w serce.”
A kto uwił te wszystkie bukiety i równianki z kwiatów żywych? Kto wyszył kwiaty martwe na pantoflach i poduszkach filozelą i kordonkiem? Kto zgromadził w mieszkaniu szczęśliwego doktora tę różnobarwną dziatwę flory, jeżeli nie piękne pacyentki w X. nad X. Nie darmo pani Bajla, poważna kupcowa, utrzymująca w X. nad X. skład szuwaksu, cukru, bawełny i innych towarów galanteryjnych, dowodziła, że jak jéj pamięć daleko sięgnąć może, nigdy jeszcze kordonki, pele i włóczki nie miały takiego odbytu.
Taki stan rzeczy trwał przez cały kwartał, doktor gorliwie pełnił swe obowiązki, a im więcéj mu kwiatów przybywało w mieszkaniu, tém mniéj dziesiątek delikatne żydówki rzucały do puszki od tytuniu. Tymczasem mamy i ciocie rozrywały uprzejmego lekarza, musiał bywać na herbatkach cichych i proszonych, siedzących i tańcujących, nazywano go kochanym doktorkiem, doktoreczkiem, przezacnym, zacnym, nieoszacowanym, — panienki wzdychały do niego, a mamy obliczały fundusze na wyprawę.
Pewnego pięknego wieczoru wśród intelingentnéj ludności cichego X. nad X. zaczęły krążyć jakieś głuche wieści. Szeptano sobie na ucho, opowiadano to i owo, lecz nikt baśniom wierzyć nie chciał. Panny szczególniéj, jako młode i idealne, a więc do złudzeń skłonne istoty, słuchać nawet niechciały tego, co miasteczkowa fama głosiła — i zajęły stanowisko wyczekujące; mamy zwiesiły nosy na kwintę, a ojcowie machnęli ręką z rezygnacyą właściwą mężom, których lada wiatr przeciwny nie łamie.
Jedna tylko pani burmistrzowa nie poprzestała na głuchych wieściach, trzeba jéj było dowodu. Pomimo spóźnionéj pory posłała policyanta po Icka, z rozkazem, żeby go natychmiast żywego lub umarłego dostawić.
Icek Kapitan, wyciągnięty gwałtem prawie z betów, stawił się przed „gospodynią miasta,” cichy, pokorny, podobny raczéj do zmokłéj kury, niż do sprytnego faktora.
Delikatnym rozumem Icek przeczuwał burzę.
— Gdzie doktor!? krzyknęła pani burmistrzowa.
— Przepraszam wielmożne pani prezydentowe, że un tu był to ja wiem; że mu tu już nie ma, to téż wiem; a gdzie on teraz jest, to ja wcale nie wiem....
— Więc wyjechał! wyjechał niegodziwiec, niewdzięcznik! wyjechał...
— Nu, a co un miał zrobić?
— Jakto co? to mi zabawne pytanie! siedziéć z nami, czy mu tu źle było... kwiatami był obsypany!... jak męża kocham, kwiatami!
— Właśnie, un bez te kwiatów ucieknął.
— Dlaczego?
— Jak pani prezydentowe chce? Nasze żydki choć po parę groszy jemu dawali; kiepsko dawali, ale zawdy to było pieniądzów, a państwo to jemu dawali kwiatów; czy z przeproszeniem wielmożne panie un krowa był, żeby miał ziele jeść? Un wąchał tych kwiatów, a jak się dowąchał co tam więcéj nic niema, to ucieknął napowrót do Warszawy.
Wyrecytowawszy tę tyradę, Icek skłonił się i wyszedł, pani prezydentowa zaś zamyśliła się smutnie, a późniéj długo, długo rozmawiała z córkami.
Nazajutrz we wszystkich ogródkach w X. nad X. powyrywano kwiaty i powyrzucano je za płoty, zaś do dziś dnia jeszcze pani Bajla płacze, że na paciorki i włóczki niema żadnego popytu.
Młody lekarz osiedlił się w sąsiedniéj gubernii, nauczył się upominać o swą należność i kwiatów nieprzyjmuje zupełnie. Ożenił się z panną dość brzydką i jeszcze więcéj złośliwą, wziął za nią ładny posag i dziś liczy się do najzamożniejszych ludzi w okolicy. Dobrze jada, dobrze sypia, do chorych po nocach nie biega, waży 288 funtów, a jak gra w preferansa i wista, niech poświadczą ci, co pół życia przy zielonym stoliku spędzili.


Klemens Junosza - Wilki i inne szkice i obrazki ornament 292.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.