W ludzkiej i leśnej kniei/Część druga/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł W ludzkiej i leśnej kniei
Podtytuł Część druga
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1923
Druk Zakłady Drukarskie F. Wyszyński i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ V.
MIASTO PODZIEMNE

Gdzie się osiedlą Chińczycy, wygnani z ojczyzny przez głód lub prawo, tam odrazu gnieździ się zbrodnia, jako jedyna broń w ręku tych biedaków, walczących z życiem współczesnem o życie swoje i swoich rodzin, pozostałych gdzieś na Hwang-Ho, Pej-Ho lub Yan-tze-Kiangu. Zbrodnia nienawidzi światła dziennego, boi się promieni słońca, czuje wstręt do prądu świeżego powietrza. Więc czai się w lochach, w zwaliskach domów lub wpełza, jak wąż, pod ziemię. Tak było i we Władywostoku. Nietylko dzielnica koreańska, ale i japońska, skały samego miasta i góry okoliczne obfitowały w podziemia, gdzie się ukrywały różne niebezpieczne organizacje i drapieżne osobistości, wynurzające się z mrowia przybyszów chińskich.
Były tam nietylko schroniska najuboższych i najwystępniejszych synów Państwa Nieba, lecz i jadłodajnie, składy zrabowanych rzeczy i broni, złożonej tu przez hersztów bandytów chińskich, czyli chunchuzów, herbaciarnie, palarnie opjum i haszyszu, fabryki spirytusu i papierosów, nawet teatry chińskie. O pewnej części tych legowisk i skrytek wiedziały władze rosyjskie, lecz mało się tem przejmowały, ponieważ istnienie tego „podziemnego“ miasta pozbawiało ich kłopotu co do rozmieszczenia olbrzymich mas Chińczyków, przybywających tu na wiosnę. Naturalnie, że w każdym innym kraju takie miasto zwróciłoby na siebie uwagę rządu, ponieważ pośród tych tysiącznych tłumów zawsze grasowały najstraszliwsze epidemje tyfusu, ospy, cholery i dżumy.
Zarządzenia sanitarne władz sprowadzały się jednak do tego, że policja wzywała starszyznę chińską i uprzedzała ją bardzo groźnie:
— Niech nie będzie chorych! W przeciwnym razie wyrzucimy wszystkich za granicę!
To ostrzeżenie istotnie skutkowało. Bardzo rzadko można było zauważyć masową epidemję wśród ludności chińskiej. Że ona jednak istnieje, wiedziano z objawów innych, a mianowicie z przepełnienia szpitala przez chorych Rosjan. Epidemja przenosiła się z podziemi i z jawnych hoteli i zajazdów chińskich i szerzyła pośród europejczyków. Chińczyków zaś w szpitalach prawie nigdy nie było, z wyjątkiem robotników, pracujących u Rosjan lub u cudzoziemców.
Szczególnie niebezpieczna była dżuma, i w razie wybuchu tej epidemji władze byłyby zmuszone do przedsięwzięcia bardzo kłopotliwych i kosztownych środków zapobiegawczych.
Pierwszem zarządzeniem byłoby wysiedlenie przybyszów chińskich, dla których równało się ono wyrokowi śmierci, gdyż Chińczycy wiedzieli, że zaraz za granicą rosyjską czyhały na nich głód i prawo. I pierwsze i drugie niosły z sobą śmierć. Więc znalazł się sposób: chorych na dżumę umieszczono w odludnej jaskini, izolując ich starannie, zwłoki zaś zmarłych palono lub zalewano wapnem. Były podobno wypadki, że gdy epidemja zaczynała się rozszerzać, chorych wrzucano do dołów z wapnem, aby nie nieśli z sobą zarazy.
Bądź co bądź przy budowie nowych fortów zawsze odkopywano wielkie ilości wapna z resztkami kości i szmat ubrania. Były to, jak objaśniano, albo cmentarze zadżumionych chińczyków, albo doły, do których wrzucano chorych na dżumę.
Europejczycy, którzy nigdy nie byli w Chinach, zwykle zwiedzali palarnie opjum.
Byłem tam ze znajomym Chińczykiem, znanym bogaczem Jun-Cho-Zanem. Pokazał mi on jedną palarnię, która miała być najbardziej typową w guście chińskim. Mieściła się przy ulicy Aleuckiej, w górze, w piwnicy chińskiego brudnego hotelu, w którym i w dzień i w nocy panował taki zgiełk, jakby tam był pożar lub tłumy ludzi mordowały się wzajemnie.
Tylko w prawej piwnicy panowała cisza, jak w świątyni, lecz — naturalnie nie chińskiej. Przy wejściu wisiała duża latarnia papierowa z jarzącą się świecą z czerwonego wosku. Już w sieni uderzyły nas zaduch i niemiły, gorzki zapach dymu z fajek. Uchyliwszy drzwi i schylając głowy, aby się nie uderzyć o futrynę, weszliśmy do środka palarni. Była to długa piwnica, o jednem oknie w rogu, ale i ono było zasłonięte kupą śmieci, zebranych z podwórza i z ulicy; w tych śmieciach walczyły z sobą o kawałki chleba i kości psy, świnie i gromada dzieciaków chińskich.
W piwnicy wzdłuż ścian umieszczone były dwoma rzędami prycze, z wąskiem przejściem pośrodku, którem bez szelestu i odgłosu kroków sunęły milczące postacie dwóch służących, podających gościom przyrządy do palenia. W rogu, przy ladzie z drzewa, malowanego na czerwono, ozdobionej czarnemi sentencjami chińskiemi, siedział stary Chińczyk, właściciel palarni. Wydzielał on potrzebne przedmioty i zapasy służbie i palił tytuń z długiej fajki, popijając zimną herbatę.
Na pryczach, na bambusowych matach, przedzieleni jeden od drugiego niewysokiemi parawanami z papieru, ozdobionego rysunkami i napisami chińskiemi, leżeli goście. Przy każdym stał malutki stolik z tacką, na której mieściły się przyrządy do palenia. Stała tam lampka olejna, przykryta szklanym kloszem, z otworem u góry, słoik ze smołą opjumową, metalowa szpilka do wyjmowania opjum i gruba fajka bambusowa. Gość, leżąc na boku, wyjmował szpilką smołę, ugniatał z niej gałkę i rozgrzewał na ogniu lampki, aż smoła zacinała dymić i nawet się zapalać. Wtedy wkładał ją do fajki i dokonywał paru głębokich pociągnięć, w błogiej rozkoszy przymykając oczy. Po dwóch lub trzech fajkach, przewracał się na plecy i leżał wpatrzony w sufit, z którego zwieszała się papierowa latarnia, z przywiązaną do niej błyszczącą kulką szklaną, kwiatkiem lub ptaszkiem. Inni leżeli z zamkniętemi oczyma, pogrążeni w jakichś marzeniach, lub spali spokojnym, błogim snem.
Od czasu do czasu do palaczy zbliżali się posługacze i zaglądali im w oczy, badając, czy przypadkiem śmierć nie zaskoczyła ich w tym stanie rozkosznego zapomnienia.
A często się to zdarza w owych przytułkach straszliwego nałogu! Wtedy ci sami milczący posługacze owijają w maty martwe ciało i składają je pod prycze, na których, dążą do takiego kresu życia inni palacze. W nocy, albo wydadzą ciało krewnym, albo zjawią się przekupnie chińscy sprzedający włoszczyznę lub ryby, położą nieboszczyka na dno wozu, przysypią go ziemniakami lub pospolitemi tu rybami o czerwonych płetwach i wywiozą do nor koreańczyków, ci zaś wrzucą je do morza w okolicach „wyspy Komorskiego“.
Spędziliśmy z Jun-Cho-Zanem w palarni około godziny. Mój towarzysz wypalił dwie fajki, a ja wypiłem szklankę ciepłego chińskiego „majgoło“, czyli wódki anyżowej, zagryzając ten niezbyt smaczny trunek piernikami z bobowej mąki i z chińskiego zielonego marcepanu. Przyglądałem się przytem bacznie otoczeniu.
Palący Chińczycy wpadali w coraz to większe odrętwienie, z trudnością przewracając się na bok dla przyrządzenia świeżej fajki i na coraz to dłużej pogrążając się w śnie głębokim. Jednak sen stawał się coraz niespokojniejszy. Miotali się, wykrzykiwali jakieś zdania lub mruczeli coś ledwo dosłyszalnym głosem. Służący częściej zaglądali za parawany, stojące na pryczach, a niektórym znanym i stałym klientom kładli zimne okłady na głowę i serce, rozcierali ręce i nogi lub dawali do picia zimną wodę.
Niektórzy, skończywszy palenie i oprzytomniawszy, wychodzili, słaniając się na nogach, śmiertelnie żółci, o twarzach, jak z wosku, ze zgasłemi martwemi oczami. Tu, w tych palarniach pozostawiali oni nieraz całe swe mienie i spadali coraz głębiej w otchłań nędzy, z dniem każdym coraz szybciej tocząc się w przepaść — śmierć.
Później byłem kilkakrotnie w gorszych palarniach na przedmieściach, gdzie prycze są budowane na dwa a nawet na trzy piętra, jedno nad drugiem, i gdzie nałogowi temu oddawały się jednocześnie dziesiątki Chińczyków.
Właściciele wyzyskiwali swych gości, żądając straszliwie wysokich cen za opjum i za usługę.
Podejrzana służba ograbiała nieprzytomnych gości, a gdy ci później protestowali, kończyła z niemi porachunki poza ścianami nory, zabijając ich, a trupy wywożąc za miasto lub na brzeg morza. Chunchuzi z palarni porywali zwykle ludzi bogatych, poczem wysyłali do krewnych lub do przedsiębiorstw listy, grożąc porwanym śmiercią, jeżeli nie otrzymają okupu.
Takie wypadki zdarzały się w palarniach, mieszczących się w podziemiach lub w jaskiniach, gdzie się zaczęli zbierać nałogowcy, kiedy władze rosyjskie zarządziły prześladowanie opjum. Dopiero wojna rosyjsko-japońska położyła kres istnieniu tego nielegalnego miasta, ponieważ władze wojskowe, obawiając się podkopów, wybuchów i szpiegostwa, wypędziły to mrowie ludzkie z obwodu fortecy, zburzyły dzielnicę koreańską i japońską, a nawet zalały cementem niektóre jaskinie i przejścia podziemne.
Byłem we Władywostoku w czerwcu 1921 r., wtedy, gdy pomiędzy wodzami ruchu antybolszewickiego toczyły się spory, co przeszkadzało w utrzymaniu ładu i bezpieczeństwa w mieście. „Perła wschodu“ stała się areną działalności bandytów chińskich, którzy nawet w biały dzień dokonywali napadów na sklepy i banki chińskie, porywali bogatych kupców, zabijali policjantów rosyjskich, obawiali się zaś tylko Japończyków, którzy byli wtedy panami położenia w stolicy posiadłości rosyjskich na Dalekim Wschodzie. Słyszałem od stałych i dawnych mieszkańców Władywostoku, że miasto podziemne znowu odżyło, zapełniło się nowymi ludźmi, wprowadziło dawne ulubione przez Chińczyków obyczaje i porządki, zaczynając od palarni opjum, kończąc zaś na dżumie i cholerze.
Pamiętam, że bywały wtedy takie dni, kiedy nikt bez obawy o swoje życie nie mógł wychodzić poza obręb miasta, a wszystkie miejscowości, które były zabudowane willami bogatych obywateli, stały się terenem energicznej akcji bandytów.
Wraz z upadkiem prawa i autorytetu władzy, kraj ten odpadał coraz bardziej od Rosji, odpadał automatycznie, stając się areną dla grup anarchicznych i dla doświadczeń polityki cudzoziemskiej.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.