W ludzkiej i leśnej kniei/Część druga/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł W ludzkiej i leśnej kniei
Podtytuł Część druga
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1923
Druk Zakłady Drukarskie F. Wyszyński i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ I.
PERŁA WSCHODU.

Pomiędzy rzeką Amurem, Oceanem Spokojnym, granicą mandżurską a Koreą leży kraj Ussuryjski, od południa na północ przecięty rzeką Ussuri z jej dopływami — Sungaczą i Daubi-Che, a podzielony na dwie części, kontynentalną i morską, grzbietem Sichota-Alin.
Dziwny to jest kraj, jakaś mieszanina północy i południa!
Jodła, sosna, cedr i brzoza polarna obok greckiego orzecha, lipy, dębu korkowego, dimorfanta palmowego i winnej łozy. Renifer, wieloryb, północny niedźwiedź brunatny, soból — spotykają się w tej samej kniei z tygrysem, z boa i czerwonym wilkiem. Na wodach jezior i na grząskich błotach równiny jeziora Hanki pływają i żerują razem północne gęsi, łabędzie i kaczki z australijskim czarnym łabędziem, z indyjskim flamingo, południowo-chińskiemi żórawiami i kaczką-mandarynką.
Czy to zagadka, czy figiel natury?
A legenda, ten wykwit tubylczej myśli i wyobraźni, głosi:
„Gdy Bóg zakończył stworzenie ziemi i osadził wszędzie odpowiednie drzewa, krzaki, trawy, zwierzęta, ptaki i płazy, jeden tylko szmat ziemi pozostał nagi i bez życia. Był to kraj, przecięty rzeką Ussuri. Duch rzeki wielkim głosem zawołał:
„Twórco! Wszystkim krajom dałeś wspaniałe dary, tylko tę ziemię opuściła łaska twoja! Zmiłuj się nad nią i obdarz wedle mądrości i miłosierdzia Twego!
„Bóg-Twórca usłuchał głosu ducha rzeki i, wziąwszy zewsząd wszystkiego po trochu: roślin, zwierząt, ptaków i kamieni, rzucił to na Ussuri. Kraj odrazu zakwitnął, napełnił się życiem, a różne szczepy dążyć tu zaczęły do szczęścia i dobrobytu“...
Tak mówi legenda, a naturalista Maak, który zwiedzał ten kraj, w swych pamiętnikach mówi, że tej legendzie nic nie ma do zarzucenia z punktu przyrodoznawstwa.
Badacze rosyjscy od dawna nazywają kraj Ussuryjski „perłą Wschodu“ i mają słuszność!
Przybyłem do Władywostoku z polecenia rządu rosyjskiego dla zbadania rynku Dalekiego Wschodu, więc miałem sposobność zapoznać się dobrze z krajem i z jego wartością ekonomiczną. Po krótkim pobycie w tem mieście zostałem wybrany na uczonego sekretarza Wschodniego Wydziału Towarzystwa Geograficznego, co udostępniło mi wszystkie bibljoteki, muzea i archiwa, które bardzo mi pomogły w moich osobistych pracach naukowych.
Przeprowadzałem chemiczno-geologiczne badania węgli kamiennych. Ponieważ pokłady węgli w kraju Ussuryjskim i na całem rosyjskiem wybrzeżu Oceanu Spokojnego są rozrzucone na całej przestrzeni tego dominium Rosji, więc zwiedziłem kraj Ussuryjski i wyspę Sachalin.
Ta podróż dostarczyła mi bardzo wielu wrażeń i spostrzeżeń, które się złożyły na tę część mojej książki.
Za moje badania węgli kamiennych, wydane przez Rosyjski Komitet Geologiczny, Rosyjskie Towarzystwo Geograficzne, przysądziło mi wielką nagrodę imienia akademika Busse.
Przybyłem do Władywostoku w lutym. Słońce już świeciło, grzejąc na dobre. Drzewa zaczynały się rozwijać, w ogrodach i na spadkach gór zieleniała trawa, kwitły fiołki i konwalje.
Miasto położone jest na brzegu głębokiej zatoki, zwanej „Złoty Róg“, i przechodzi potem na półwysep Egerszeld. Na leżącej naprzeciw miasta wyspie Ruskiej widniały forty obronne, z których działa forteczne wychylały ciekawe, groźne szyje.
Samo miasto, złożone przeważnie z murowanych, jasnych kamienic i z niewielkiej ilości drewnianych starych domów, tarasami wznosi się w górę, gdzie na szczycie najwyższym, zwanym „Orle gniazdo“, umieszczona jest stacja meteorologiczna.
Pierwszy taras był zabudowany domami urzędowemi, gmachami kolejowemi, składami, bankami i koszarami.
Ta stolica Dalekiego Wschodu stanowi zakończenie półwyspu „Murawjew Amurski“, leżącego w zatoce Piotra Wielkiego, pomiędzy zatokami Ussuryjską i Amurską, stanowiącemi część morza Japońskiego.
Poza oficjalną i europejską dzielnicą, wyżej, w górach mieściła się dzielnica japońska, żyjąca własnem, oryginalnem życiem, które przenosiło Europejczyka do kraju Wschodzącego Słońca. Dalej, za tą dzielnicą, już poza górami ciągnęło się śmietnisko ludzkie: nory na wpół zaryte w ziemi, rozwalone płoty, zburzone dachy i całe potoki cuchnącego błota, spływającego z ulic i zaułków. Tu, jak od szczurów na śmieciach, roiło się od ludzi, odzianych w białe lub różowe, bawełniane, szerokie spodnie i w krótkie kurty, z dziwacznemi fryzurami lub w przezroczystych cylindrach z włosia końskiego, w których, jak w klatce ptaszek, siedział zawiązany w węzeł warkocz. Ogorzałe, brudne, bronzowe twarze o ładnych rysach; gardlana, jakaś ponura, szczekająca mowa! Byli to Koreańczycy, — dzieci krainy „Smutnego Zachodu“. Tu, w tej dzielnicy, w tych krecich norach, w kloakach zamiejskich, w labiryncie zaułków, zabłoconych i zanieczyszczonych, na stosach odpadków, zwożonych i wyrzucanych z całego miasta, płynęło zupełnie odrębne, poza prawem pozostające życie tych przybyszów. Zbrodnie wśród tego mrowia nie były przedmiotem dochodzeń sądu rosyjskiego, i trupy zamordowanych gniły obok trupów zdechłych psów i kotów na stosach śmieci i ohydnych odpadków. Tylko czasem, gdy w tej dzielnicy wybuchnęła cholera, ospa lub dżuma, władze policyjne wyrzucały wszystkich Koreańczyków poza obręb fortecy i pod groźbą surowej kary nakazywały im iść o głodzie i chłodzie w stronę granicy Korei, do brzegów rzeki Chubtu. „Miasto“ oddawano na pastwę płomieniom, tym najsilniejszym dezynfektorom. A po roku na zgliszczach starych śmieci, odpadków i ruin nor powstawało nowe miasto, nowi zaś mieszkańcy-Koreańczycy prowadzili takie same, jak ich poprzednicy życie, trudniąc się kradzieżą, wróżbiarstwem leczeniem różnych chorób, połowem ryb i krabów, utrzymywaniem palarni opjum i haszyszu, oraz tajnych przytułków dla zbrodniarzy wszelkiego rodzaju. Policja nie ryzykowała zapuszczać się w labirynt krzywych uliczek tego przedmieścia, gdzie za każdym rogiem mogło czyhać niebezpieczeństwo i gdzie żaden pościg za złoczyńcami nie mógłby się udać, wszystkie bowiem domy były połączone podziemiami, umiejętnie skrytemi przejściami, w których przy wejściu nieproszonych gości zawalała się ziemia, wynikały wybuchy lub wylewała się płonąca nafta, albo siarka.
Takie było to przedmieście koreańskie.
Cała banda zbójów, która stale grasowała w porcie władywostockim, dokonywując w biały dzień napadów na sklepy i banki, lub porywając i więżąc bogatych ludzi dla okupu, miała tu swe barłogi, niedostępne dla policji i sądu. O ile bandytom po śmiałej wyprawie udawało się przedostać do dzielnicy koreańskiej, byli już bezpieczni i mogli śmiać się z policji i z władz śledczych.
Gdy się zaczęła wojna Rosji z Japonją, byłem we Władywostoku i wiem, że miny podziemne w celu wysadzenia dwóch ważnych fortów tej twierdzy prowadzono z dzielnicy koreańskiej, a wszyscy szpiegowie, na których ślad wpadły władze wojskowe, utonęli w mrowiu biało ubranych, tajemniczych i milczących synów kraju „Smutnego Zachodu“.
Jak z dżungli, jak z tajgi wychodzą nocą na łup zwierzęta drapieżne: tygrys, pantera i niedźwiedź, tak stamtąd wychodzili ludzie, ścigani przez prawo, a czyny ich były niemniej krwawe i dzikie. W tych norach podziemnych przedmioty złote i srebrne przetapiano na małe bloki drogich metali i sprzedawano przez jubilerów koreańskich jubilerom rosyjskim; drogie kamienie, papiery wartościowe i przedmioty, nienadające się do przeróbki, pakowano do pudeł z suszonemi rybami, lub z wiązankami wodorostów jadalnych i ładowano na dwumasztowe dżonki koreańskie, które, jak cienie, bez szmeru i plusku sunęły zatoką Amurską do morza Japońskiego i do brzegu Korei lub dalej do Chin.
Ten proceder złodziejski prowadziła odrębna kasta piratów, a ponieważ z ich usług korzystali jeszcze doniedawna Rosjanie i cudzoziemcy, ludzie ci doszli do wielkiej wprawy, posiadając dużą odwagę żeglarzy i bojowników.
Echo tego przedmieścia koreańskiego doszło mię pierwszego wieczoru po przyjeździe moim do Władywostoku.
Przepiękny księżyc w pełni płynął po ciemno-szafirowem niebie. Jarzyły się i płonęły gwiazdy, które zdawały się wisieć zupełnie nisko nad górami i morzem. Moi znajomi poradzili mi, abym poszedł w góry, położone nad miastem i zobaczył prześliczną nocną panoramę morza.
Włożyłem do kieszeni nieodstępnego w mych podróżach Mauzera[1] i wchodziłem pnącemi się do góry ulicami na coraz wyższe tarasy. Wreszcie zacząłem spotykać oddzielne domki, a później chałupy, sklecone z desek od pudeł. Wkrótce i te zabudowania znikły. Wspinałem się na spadki gór, trawą porosłe, na szczycie których rósł młody las z drzewami, pokrzywionemi i oszpeconemi przez mgłę i wiatry.
Stąd roztaczał się prześliczny widok.
W dole, mieniące się i jarzące światełkami w domach i latarniami elektrycznemi na ulicach, leżało miasto, gwarne niemilknącym hałasem i niespokojnym szumem. Dalej zatoka czarna, a na niej różne ognie barwne na okrętach i długie równe rzędy wspaniale oświetlonych okienek na bokach statków pasażerskich i groźnych białych krążowników. Czarne kontury wyspy Ruskiej z rzadkiemi, ledwie dostrzegalnemi latarkami na fortach, zniżały się na wschodzie i znikały w morzu, a trochę dalej wzbudzał niepojętą trwogę, to zapalając się, to gasnąc, olśniewający snop promieni latarni morskiej na skale Skrypliowa. Za czarną masą tej wyspy już niepodzielnie i wszechwładnie panowało morze. Było podobne do roztopionego srebra z biegnącemi po jego ruchomej powierzchni ciemno-granatowemi falami, szerokiemi i łagodnemi, które dobiegały do brzegów zatoki Patroklesa lub Ulissesa i pieściły się z krzakami leszczyny i zwieszającemi się nad wodą pędami dzikiego wina.
Gdzieś bardzo daleko sunęła czarna sylwetka żaglowca, może koreańskiego lub chińskiego pirata, a wprost na wschodzie płynął zdala od brzegów duży statek. Długi rząd oświetlonych iluminatorów posuwał się, jak jakiś wąż wielooki.
Pomyślałem, że tam tętni odrębne życie tej gromadki ludzkości, która przerzuca się z jednego kontynentu na inny, tam rozbrzmiewa muzyka, tańce, miłość, smutek i tęsknota. Tam może umiera ktoś lub zjawia się na świat nowa istota, a wszystko to nie ma nic wspólnego ani z miastem, leżącem u moich stóp, ani ze mną, który myśli o tym statku, odpływającym w dal nieznaną. „Okręty, przepływające nocą“ — przypomniała mi się powieść, niedawno czytana w pociągu i myśl goniła za losem okrętu i jego czasowych mieszkańców.
Lecz rozproszył te myśli jakiś ochrypły basowy głos, zdradzający wielką sympatję do alkoholu.
— Proszę coś ofiarować dymisjonowanemu urzędnikowi!
Przede mną z krzaków wynurzyła się olbrzymia postać draba z kijem sękatym w ręku i w wytartej czapce urzędniczej.
Znam te typy przepite, niezdolne do pracy i życia społecznego. Są to tak zwani „bosiacy“.
Wyjąłem z kieszeni kamizelki kilka srebrnych monet i dałem mu.
Uśmiechając się ironicznie i podrzucając na dłoni monety, które błyszczały w świetle księżyca, mruknął:
— Mnie... tu... kilka monetek, gdy mogę zabrać wszystko?
Mruknąwszy to, zaczął niedbale wywijać swoją sękatą, ciężką „laseczką“.
Nic nie mówiąc, wyjąłem z kieszeni Mauzera i schowałem go napowrót.
— Ach! pardon! — rzekł drab, dotykając po wojskowemu daszka czapki. — Trzeba było od tego zacząć rozmowę. Dobrej nocy szanownemu panu.
Odszedł, słaniając się i wywijając swoją maczugą, ale od czasu do czasu spoglądając za siebie, widocznie w obawie, że Mauzer jedynem swoim okiem może wpatruje się w jego plecy.
Była to zabawna przygoda, lecz bądź co bądź zepsuła mi nastrój, a myśli o „Okrętach, przepływających nocą“ odleciały wraz z oddalającemi się krokami bosiaka. Pozostał tylko wyraźny zapach alkoholu i odgłos chwiejnych kroków „dymisjonowanego urzędnika“ z sękatym kijem i eleganckiem „pardon“.
Był to jeden z tych, którzy mieszkają, jak „ptaki niebieskie“, w krecich norach dzielnicy koreańskiej, wychodząc tylko nocami na żer i łup, jedni z sękatemi kijami, inni z nożami za cholewami dziurawych butów lub z rewolwerem za pazuchą. Wąwozami spuszczają się oni na ulice środkowych tarasów miejskich i tu czatują na spóźnionych przechodniów, powracających z hulanki nocnej lub z klubów po grze w karty.
Dziwna w owych czasach była ludność Władywostoku! Urzędnicy, oficerowie, kupcy rosyjscy i cudzoziemscy, japończycy, koreańczycy i chińczycy — wieża Babel, mieszanina ras, szczepów i języków. Na wiosnę przybywało tu około pół miljona kulisów chińskich, pośród nich było dużo „chunchuzów“, czyli bandytów, którzy zaczynali swój proceder zaraz po przybyciu, wnosząc nowe zamieszki w zgiełk życia tego portu. Gdy byłem w 1921 we Władywostoku, w okolicach tego miasta grasowały tysiące chunchuzów, którzy napadali na ulicach, rabowali kasy w sklepach, porywali przechodniów i uprowadzali ich w góry i lasy, skąd wypuszczali dopiero za bogate okupy.
Ludność Władywostoku, o ile przedstawiała mozaikę etnograficzną, o tyle też stanowiła mieszaninę pojęć moralnych i przekonań. Urzędnicy rosyjscy, którzy tu spijali się i wzbogacali łapówkami lub trafiali do więzienia; oficerowie, prowadzący tryb życia pijaków i karciarzy, doprowadzający ich do zupełnego zdziczenia i moralnego upadku; kupcy, prowadzący handel spekulacyjny; drobni fabrykanci, wyzyskujący taniego i pozbawionego praw robotnika; różne męty społeczne: bandyci, szulerzy, handlarze towarem ludzkim, podrabiacze dokumentów, fałszerze pieniędzy, szantażyści, fałszywi świadkowie, występni lekarze bez patentów; truciciele, złodzieje, szpiegowie, koniokrady, wyłamywacze kas ogniotrwałych, osobniki bez żadnej profesji, lub właściwie wszystkich zawodów od bandytyzmu do fałszowania pieniędzy; szumowiny wszystkich krajów i narodów, pośród których można było zwerbować partyzantów na każdą przygodę: na wyprawę po złoto na wybrzeże morza Ochockiego, do myśliwskich wycieczek na wyspy Komandorskie dla wybicia fok, tak opieszale ochranianych przez władze rosyjskie, dla handlu z tubylcami Kamczatki i Anadyru, gdzie za skórę sobola lub bobra dawano szklankę wódki i półfunta podmoczonego prochu; dla podpalenia i zrabowania miasta, jak się to stało podczas rewolucji 1905 r. — taka była ludność tego miasta.
Wątpliwa pod względem moralnym, była ona tłem, na którem rozwijała się początkowa historja Władywostoku. Przez dłuższy czas była tu jeno mała twierdza rosyjska, pod okopami której czaiła się niewielka osada, gdzie się mieściły szynki, podejrzane restauracje, domy gry i wszystko, co jest plagą daleko wysuniętych na kresy placówek kulturalnych. Na krańcach osady gnieździli się w norach ziemnych i szałasach z pudeł przeróżni zbrodniarze, zbiegowie z więzień, śmiałe, niespokojne, awanturnicze żywioły, ponieważ tu na kresach, gdzie rząd był zainteresowany w jak największej liczbie mieszkańców, niebardzo wglądano w przeszłość tych, którzy z każdym rokiem zwiększali ludność nowego miasta, przyszłej „perły Dalekiego Wschodu“.
Po pewnym czasie na widowni miasta zjawiły się nowe osobistości: dwóch niemieckich majtków-zbiegów z jakiegoś statku, Holender, którego ścigało prawo karne, oraz Szwed i Finlandczyk, rzuceni tu na brzeg oceanu Spokojnego igraszką losu. Do nich przyłączył się wkrótce jakiś Rosjanin, zdaje się z liczby uciekinierów z katorgi. Założyli do spółki mały sklep, gdzie sprzedawano wódkę, tytuń, wino, zapałki, sardynki, świece, smołę i powrozy. Sklepik był bardzo niepokaźny, ale właściciele wzbogacali się z błyskawiczną szybkością i wkrótce zaczęli skupować place, budować domy przy najlepszych obecnie ulicach.
Przyczyny takiego powodzenia kryły się poza obrębem sklepiku i nawet samego miasta. Ta paczka przedsiębiorczych awanturników miała całkiem inny interes na otwartem morzu, posiadała bowiem kilka niewielkich a zwinnych i dobrze uzbrojonych żaglowców, które napadały na morzu Japońskiem na drobne statki japońskie, chińskie i amerykańskie, prowadzące proceder przemytnictwa, a także na dżonki koreańskie, wiozące drogie futra, leczniczy, drogocenny dżen-szeng, wiosenne rogi jelenie, złoto i inne towary, kupione lub zrabowane w granicach rosyjskiego Dalekiego Wschodu. Wszystko to składano potem w miejscu bezpiecznem, później zaś sprzedawano.
Przedsiębiorstwo grupy międzynarodowych awanturników trwało bardzo długo. Właściciele jego stali się bogaczami, honorowymi obywatelami miasta, piastowali wysokie godności, posiadali zaufanie ludności i wreszcie zawiesili czynności na morzu, poświęcając swe zdolności całkiem legalnym przedsięwzięciom. Jednak pewnego razu jakiś młody i odważny prokurator rozpoczął dochodzenie sądowe co do przeszłości tych potentatów Dalekiego Wschodu. Zapłacił jednak życiem za swoją śmiałość. Zaproszony na polowanie na jelenie, „przypadkowo“ dostał kulę pomiędzy oczy. Z jego śmiercią ustały wszelkie próby rzucenia światła na mroczne życie tych „szanownych obywateli.“ Gdy przyjechałem do Władywostoku, niektórzy z nich jeszcze żyli.
Wszyscy kłaniali im się prawie do ziemi, a w sekrecie rozpowiadali straszliwe, krwawe szczegóły ich życia i działalności na brzegach Oceanu Spokojnego.
Korzystając z niemożliwości rozpoczęcia bezpośrednich prac z powodu przebudowywania lokalu dla mego laboratorjum, poznawałem okolice miasta i najbliższe miejscowości na półwyspie Murawjew-Amurski i w obydwóch zatokach.
Pewnej niedzieli, wziąwszy strzelbę, poszedłem w góry, porośnięte drobnym i rzadkim lasem. Była to bezludna miejscowość. Dziwiło mię to bardzo, gdyż o jakieś dwa kilometry pod temi górami wrzało duże miasto portowe, w zatoce „Złoty Róg“ krążyły handlowe i wojenne statki pod flagami różnych państw, prawie 300,000 mieszkańców wiodło czynne życie, a tu, w górach, panowała pustka i cisza. Olbrzymie jastrzębie, szybkie sokoły i czarne orły o białych ogonach ciężko unosiły się z ziemi, lub z samotnie stojących skał i odlatywały; w gęstych zaroślach dębów uganiały się małe zające — mieszanina zająca białego i królika; wiewiórki gziły się pośród gałęzi niewysokich drzew; śród kamieni pełzały węże i jaszczurki, a olbrzymie pająki-krzyżaki snuły swe mocne a zdradliwe sieci pomiędzy drzewami.
Parę razy na polanach zrywały się przepiórki i zapadały w gąszczu. Już straciłem nadzieję polowania, gdy nagle z jakimś wyjącym piskiem wysunęło się z poza kamieni ciemno-brunatne zwierzątko o długim włosiu. Biegło szybko, kierując się w stronę nagiego szczytu. Wystrzeliłem. Zwierzątko upadło, zaczęło się wić na jednem miejscu, ale po chwili podniosło się i z wielką szybkością pobiegło dalej. Zatrzymał je drugi nabój grubego śrutu. Podszedłem i zobaczyłem ciemno brunatne zwierzątko o białej sierści na piersiach i brzuchu i o długich, jasnych włosach, rosnących z rzadka pośród ciemnego futra. Było bardzo podobne do niedużego psa, tylko bardziej puszyste i zupełnie dzikie. Gdym je obejrzał szczegółowo, przekonałem się, że jest to szop[2], obecnie znikający na obszarach Dalekiego Wschodu i pozostający jeszcze w Korei i we wschodniej części chińskiej prowincji Heilunkiang, czyli Mandżurji.
Przez cały czas mego pobytu i podróży po kraju Ussuryjskim jeszcze raz spotkałem szopa. Było to na rzece Majche, niedaleko od kopalni węgla.
Klub myśliwski po pewnym czasie mego pobytu we Władywostoku zaprosił mnie na polowanie na aksisy-jelenie, (Cervus axis), których znaczna ilość przechowała się na wyspie Askolda, leżącej w zatoce Piotra Wielkiego. Do pionowo wystających z morza brzegów tej skalistej wyspy dowieziono nas niewielkim statkiem parowym. Zaczęliśmy się wznosić wąskiemi ścieżkami, wijącemi się pośród skał, wreszcie weszliśmy na cudowną płaszczyznę, pokrytą wspaniałym lasem z dębów, grabów i leszczyny. Rozstawiono nas w jednej linji i uprzedzono, że strzelać możemy tylko kulami ekspresowemi i zabijać wyłącznie samców.
Staliśmy, zachowując głębokie milczenie. Dwóch naganiaczy ze sforą psów gończych obchodziło las jednocześnie od obydwóch brzegów. Po długiem oczekiwaniu lekki wiatr przyniósł nam odgłos trąbki myśliwskiej, a w chwilę później bardzo dalekie szczekanie puszczonych na trop psów. Ujadanie zaczęło zbliżać się szybko do linji strzelców. Można już było odróżnić różne tony głosów goniącej psiarni: basowe, przeciągłe lub urwane, cienkie i dźwięczne jak dzwonki, czasem wprost niecierpliwe, histeryczne skomlenie lub rzadkie wycie. Przede mną wznosił się niewysoki, okrągły szczyt, całkowicie pozbawiony roślinności. Na nim ujrzałem kilkanaście ciemnych postaci jeleni. Zatrzymały się i nadsłuchiwały, widocznie daleko pozostawiwszy za sobą psy, pędzące ich śladami. Wziąłem lornetkę i przyjrzałem się jeleniom. Stały, strzygąc długiemi uszami, ostrożnie obracając głowy i węsząc. Powinny były wyjść na mnie, lecz, niestety, były to samice, a więc nie miałem prawa strzelać do nich. Krew się we mnie burzyła na myśl, że obok mnie przemknie bez wystrzału całe to stadko, ja zaś będę tylko patrzył i klął!
Nareszcie stado ruszyło dalej, gdyż psy już się zbliżały. Szły na moje stanowisko, ale w chwili, gdy miały już wpaść do zarośli, które były przedemną z lewej strony rozległ się strzał, któregoś ze szczęśliwszych myśliwych. Cała gromada natychmiast się rozproszyła i odrazu znikła mi z oczu. Byłem nawet rad, że się tak stało, bo nie miałbym żadnej pokusy. Stałem już znacznie spokojniejszy, gdy nagle usłyszałem przed sobą trzask suchych gałęzi. Myśląc, że to jedna z samic zabłądziła i wyszła na mnie, spojrzałem w tę stronę, i nogi mi zadrżały ze wzruszenia! O jakie 60 kroków przede mną stał olbrzymi ciemnoszary samiec ze wspaniałemi rogami i, odrzuciwszy głowę w tył, nadsłuchiwał. Zdala już grały psy gończe. Przygotowałem się do strzału, lecz najlżejszy ruch wystarczył, by jeleń spostrzegł mnie w krzakach. Jednym susem skoczył i rzucił się w tył, zawadziwszy jednak rogami o suchą gałąź dębu, złamał ją i poniósł ze sobą. Odbiegł zaledwie pięć kroków, gdy przebrzmiał mój strzał. Zwierzę padło, jak rażone piorunem. Kula przebiła i zdruzgotała mu w kilku miejscach kręgosłup.
Już dostrzegałem w krzakach nadbiegające psy, gdy nagle na stanowisku mego sąsiada huknął wystrzał, a wnet po nim duży jeleń, przesadzając krzaki i zwały kamieni, pędził przez zarośla. Dałem do niego dwa strzały, po których upadł, a psy natychmiast wsiadły na niego. Jeleń jeszcze żył i strzelec, idący za psami, dobił go pchnięciem noża.
Podczas polowania nawet nie słyszałem, że na linji była dość ożywiona strzelanina. Po polowaniu, gdy już wszystkie psy ściągnęły, pokazało się, że zabito tego dnia sześć jeleni, a do drugiego z upolowanych przeze mnie, strzelano z pięciu stanowisk, gdyż mknął on wzdłuż linji strzelców, aż dobiegł do fatalnego dla siebie krzaku, przed moją pozycją. Oprócz moich dwóch kul nie miał w sobie żadnej innej.
Całe polowanie, które składa się z jednego round’a, zajęło nam nie więcej niż dwie godziny. Do wieczora pozostawało dużo czasu, postanowiłem przeto zwiedzić kopalnię złota, znajdującą się na wyspie.
W skałach z piaskowców i zielonych pokładów geologicznych, przecinając je pionowo do powierzchni ziemi, tkwi gruba na dwie stopy żyła szarych i białych kwarców, zawierająca bardzo drobne ziarnka złota, trudne do rozróżnienia gołem okiem. Jakiś przedsiębiorca zbudował fabrykę, w której tę rudę złotą zapomocą różnych sposobów przekształcają w drobny, jak mąka, pyłek; z niego dopiero wyciągają złoto, rozpuszczając je albo w rtęci, albo w słabych rozczynach cyjanku potasu.
W kopalni pracowało kilku Rosjan i trzydziestu Chińczyków. Rosjanie byli dobrze uzbrojeni, w obawie przed chińskimi robotnikami, a najbardziej przed częstemi napadami piratów chińskich, którzy marzą o zajęciu tej kopalni.
Na wyspie Askold oprócz mieszkańców kopalni złota, w osobnym domku przebywało wraz z rodzinami dwóch dozorców, ochraniających jelenie, z ramienia Towarzystwa Myśliwskiego. Jednakże najlepszemi obrońcami jeleni byli mieszkańcy małej wioski koreańskiej, położonej na wąskiem wybrzeżu morskiem, tuż pod skalistym brzegiem wyspy. Koreańczycy pilnowali czy nie zbliża się jakiś podejrzany żaglowiec lub grupa dżonek i w razie grożącego niebezpieczeństwa zawiadamiali telefonicznie dozorców, którzy mieli dla obrony wyspy sporo karabinów i nawet jeden kulomiot Maxima. Piraci chińscy i koreańscy z pożądaniem spoglądali na wyspę, gdyż wiedzieli, że na niej przebywa około dwóch tysięcy jeleni. Wyprawy na wyspę Askold z brzegów Korei i Chin odbywały się po kilka razy na rok, przeważnie na wiosnę, a to z tego powodu, że wiosenne rogi jelenie, czyli tak zwane „panty“, przepełnione krwią i różnemi sokami, są uważane przez lekarzy azjatyckich za najsilniejsze i prawie najcudowniejsze lekarstwo przy wszelkich zaburzeniach nerwowych i przy przemianie materji w organizmie. Wartość dobrze spreparowanych, t. j. wygotowanych i wysuszonych rogów, dosięga niemal ceny złota.
Wobec tego piraci wschodni wytężali swoje siły i pomysłowość, aby się dostać na Askold i pograsować na nim, ale na przeszkodzie im stali Koreańczycy, którzy za prawo zamieszkiwania tam, połowu ryb i prowadzenia ogrodów warzywnych, sumiennie strzegli wyspy. Za swą wierność ucierpieli oni nieraz, bo piraci nocami dobijali do brzegu poto tylko, aby uczynić napad na tę osadę, podpalić ją i wyciąć mieszkańców. Z tej przyczyny ciemne skały Askolda i zawsze burzliwe morze często były świadkami krwawych potyczek i ponurych dramatów.
Towarzystwo Myśliwskie we Władywostoku, posiadając wyspę Askolda, na której hodowało jelenie-aksisy i eksploatowało „panty“, było jednem z najbogatszych towarzystw myśliwskich w Rosji. Trzeba mu też oddać sprawiedliwość, że prowadziło gospodarkę umiejętnie i racjonalnie. Podczas wojny rosyjsko-japońskiej załoga eskadry admirała Uriu wycięła na mięso wszystkie jelenie na wyspie Askolda.




Przypisy

  1. Rewolwer automatyczny fabryki Mauzera w Niemczech.
  2. Procyon lotor.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.