W klatce (Orzeszkowa)/XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Pytanie W klatce • Część II
VII • Eliza Orzeszkowa
Urzeczony
Pytanie W klatce
Część II
VII
Eliza Orzeszkowa
Urzeczony

VII.

Odpowiedź.

I minęło jeszcze dni kilkanaście; sielanka w Jodłowéj snuła się ciągle, spokojna jeszcze... do czasu.
A cała okolica brzmiała dziwną, niepojętą dla jéj mieszkańców wieścią, że bogata pani Warska rozkochała się w biednym doktorze, że i on za nią głowę traci i t. d. i t. d.
Ulubiona garderobiana pani Warskiéj zapomniała o mądréj przestrodze Ignacego i, przyjechawszy do N., na nabożeństwo, szepnęła parę słówek swojéj cioci, pani Owsickiéj. Ta powziętą od siostrzenicy wiadomość zapakowała do ponsowego worka, razem ze „Złotym Ołtarzykiem” i powiozła ją do pani Rzepowéj, przyjaciółki swojéj z sąsiedztwa. U pani Rzepowéj kilka słóweczek Marylki, zamienionych na dwadzieścia wielkich słów, połknęło chciwe ucho Harasimowicza młodszego, który, wracając do domu, spotkał pana Barszcza, jadącego konno do Wiercina.
— Czy słyszał sąsiad nowinę?
— Jaką nowinę? — spytał Barszcz z wysokości swego kasztanka.
— Nasz doktor... hę? słyszał sąsiad?
— Cóż? nie słyszałem.
— Zaczłapał się po uszy w téj ładnéj bestyjce...
— W kimże to?
— A no, w mojéj znajoméj, w pani Warskiéj.
— Nie może być! A ona?
— A i ona zakochana w nim szalenie.
— No proszę, i cóż z tego będzie?
— A cóż? może pobiorą się.
— Dyabła tam! A na co to jéj potrzebne? — zadecydował Barszcz i pojechał.
Przybywszy na miejsce, rzekł do pana na Wiercinie:
— Czy pan wiész o awanturze?
— O jakiéj awanturze?
— Pani Warska... cóś... tego...
— Aha, ta z zadartym nosem! No cóż?
— Cóś tego... tego... rozumiész pan? skompromitowała się.
Ostatni wyraz akcentował z dumą; niedawno wyuczył się go z mozołem wymawiać od pana Rodryga.
— Nie może być! — zawołał, z radości podskakując na krześle, Rodryg, który serdecznie nienawidził pani Warskiéj za swoje omylone nadzieje. — I z kimże to tak, co?
— A rozumié się, z pięknym doktorem — odparł Barszcz, smokcąc kostkę od kotleta.
— Ha, ha, ha! sacre bleu! Tak nosa zadzierała, a z felczerem... Barszcz! weź jeszcze jeden kotlet za nowinę.
Nazajutrz Wierciński z Wiercina pojechał do państwa Jęczmionkowskich. Miał on wielkie o sobie rozumienie i wielkie na przyszłość zamiary; ale jako człowiek, który strawersował całą Europę i był zdegutowany wsią, potrzebował dystrakcyi i prowadził romans „sous main” z panną Zenobią Jęczmionkowską. Po jego ztamtąd wyjeździe, pani Jęczmionkowska piechotą poszła do najbliższéj sąsiadki, która widziała Klotyldę na odpuście, i zakomunikowała jéj, po długiém opowiadaniu, że pani Warska... Panny Jęczmionkowskie, którym przed rozmową matka powiedziała: — „Sortez vous en, mes filles” — podsłuchały wszystkiego pode drzwiami i, wróciwszy do domu, opowiedziały, co słyszały, swojéj Kaśce, którą pompatycznie zwały panną służącą. Kaśka nie miała nic pilniejszego do zrobienia, jak opowiedziéć całą rzecz lokajowi Pawełkowi, który dnia owego, zdjąwszy quasi-liberyą Jęczmionkowskich, woził niepiękne rzeczy z obory na pole. Głupowaty Pawełek, chichotając, opowiedział wszystko, co posłyszał od Kaśki, ekonomowi, który bardzo lubił, „jak mu bajki gadali”, a ekonom przy kolacyi ubawił całą tą historyą swoję żonę. Nazajutrz pani ekonomowa pojechała do N.; po drodze spotkała panią Owsicką i oznajmiła jéj, iż wié z najpewniejszych ust, że ślub pani Warskiéj z panem Dolewskim odbyć się musi wkrótce... że pani Warska zdesperowana i t. d. i t. d.
O prowincyo! jakże ty się kochasz w wielkości! Jesteś żabą, a dmiesz się, aby dorównać wołowi; chwytasz muszkę, a czynisz z niéj słonia! Wołowi nie dorównasz, a staniesz się tylko pękata pretensyą i złością. Lecz ileż nieszczęsnych muszek zadusisz w jadowitym uścisku swych języków!
Pani Owsicka, usłyszawszy tę historyą, plunęła i pochwyciła się za głowę.
— A, panie mój kochany! — krzyknęła, — cóż to za koszałki opałki! A toż niestworzone rzeczy powymyślali. Zgiń maro, przepadnij, z takiemi językami, co i ją krzywdzą, i jego!...
I poczciwa babina, przypomniawszy sobie, że była piérwszą przyczyną „koszałek opałek”, bo pod sekretem powiedziała pani Rzepowéj, że Lucyan Dolewski często w Jodłowéj bywa, wyjęła wielką szpilkę z pultynka i nakłuła nią sobie język, a potém, zamknąwszy swoje oburzenie do ponsowego worka ze „Złotym Ołtarzykiem”, pobiegła do matki Lucyana.
— O ratuj mnie, święty Antoni Padewski! — zawołała, wbiegając do sypialnego pokoju pani Dolewskiéj i padając na stołek; — otóż powymyślali dziwolągi na biednego pana Lucyana, otóż nabajali, że aż uszy bolą słuchać!
— Jezus Marya! cóż to takiego? co mogli złego powiedziéć o moim Lucysiu? — zawołała przestraszona pani Dolewska.
Pani Anna opowiedziała historyą o przyśpieszonym ślubie... i t. d.
Matka Lucyana schwyciła się za głowę.
— A to horrendum, moja pani! — zawołała. — Tak krzywdzić kobietę i posługiwać się do tego imieniem mojego syna, który ją czci i szanuje, jak świętą jaką! Ja jemu to wszystko powiem; jego noga nie postanie już w Jodłowéj.
W kwadrans potém Owsicka zasapana poszła do domu; worek jéj był lżejszy, bo wyrzuciła zeń swoje oburzenie, które zato boleśnie zaciężyło na szlachetném sercu matki Lucyana.
Młody doktor był nieobecny; wyjechał z N. do jednego ze swych pacyentów. Pani Dolewska dnia tego dwa razy więcéj gderała na Marysię, oparzyła sobie rękę gorącą wodą i co chwila gubiła kluczyki; ale gdy upłynęło parę godzin, a Lucyan nie wracał, gniew jéj zaczął opadać i poczuła, że nie będzie miała siły zmartwić syna dla „głupich ludzkich gawęd”.
Po południu przyjechał Lucyan, a na jego widok Dolewska ostatecznie zdecydowała w duchu, że nie może „biedaka martwić”; postanowiła tylko dowiedziéć się „co tam między nimi zachodzi”. Bo lubo ani przez chwilę nie uwierzyła w to, co mówiono, toć przecie i ją dziwiło częste bywanie Lucyana w Jodłowéj. Myślała sobie kilka razy: „a może się pobiorą”! ale przychodziła rozwaga: „ona taka bogata”! — „I cóż ztąd, że bogata”? — odzywała się duma matki: „a on rozumny, piękny, poczciwy i mógłby także zostać bogatym przez pracę i umiejętność, gdyby gdzie w szeroki świat wyjechał”.
Rozmyślała tak nieraz pani Dolewska, robiąc pończoszkę, albo krzątając się koło gospodarstwa i czekając powrotu syna z Jodłowéj, ale ani razu o nic go nie zapytała.
— A nuż, myślała, jemu przykro będzie, że się ja w jego sprawy mieszam.
Ale w dniu, w którym Owsicka ciężar zebranych plotek wyrzuciła ze swego worka na macierzyńskie jéj serce, postanowiła zapytać Lucyana o wszystko.
— Może oni i kochają się, gołąbki — myślała. — Niech im Bóg i Najświętsza Panna błogosławi. Ale co z tego będzie? Już to on taki rozumny, to musiał wszystko dobrze obmyśléć; niechże i mnie powié.
Po obiedzie Dolewska wyszła do bawialnego pokoju i zawołała syna.
— Lucysiu, moje dziecko — rzekła, siadając na kanapie, — siadaj tu obok mnie, mam z tobą do pomówienia.
— Co mi powié moja kochana mateczka? — zapytał Lucyan, siadając przy niéj i całując jéj rękę.
— Widzisz, moje dziecko — mówiła matka, — Owsicka była dziś u mnie i mówiła... — Zająknęła się, patrząc w twarz syna i nie wiedząc, jak ma przystąpić do swego pytania.
— Cóż mówiła Owsicka? — spytał łagodnie Lucyan.
— Mówiła, że... że ty tak często bywasz w Jodłowéj...
— Alboż się kiedy z tém kryłem przed tobą, moja matko? — rzekł Lucyan z uśmiechem.
— Broń Boże! moje dziecko; ja téż nie dla tego to mówię. Ale widzisz, ludzie gadają...
— Cóż ludzie gadają?
— Że ty, moje dziecko, kochasz się w pani Warskiéj.
— I cóż ztąd, że ludzie o tém mówią? — spytał Lucyan po krótkim namyśle, w czasie którego wzruszenie odbiło się na jego twarzy.
— Nic, nic, moje dziecko, — żywo odparła Dolewska, spostrzegłszy zmianę w twarzy syna i drżąc na myśl, że mu sprawiła przykrość. — Ale widzisz, jabym chciała wiedziéć... czy to prawda.
Lucyan wstał, milcząc, przeszedł parę razy przez pokój, a potém, stając przed matką, rzekł stanowczym głosem:
— Ludzie prawdę mówią, moja matko. Ja kocham panią Warską.
Dolewska złożyła ręce, jak do modlitwy, i przez kilka chwil patrzyła na syna, milcząc.
— I cóż z tego będzie? — spytała cicho.
— Nie wiem, — odpowiedział Lucyan.
— A onaż, czy ciebie kocha? moje ty dziecko jedyne.
— Nie wiem, matko.
— Jakto, nie wiész? czyście nigdy ze sobą o tém nie mówili? Już téż, kiedy ją kochasz, to, zwyczajnie jak między młodymi, musieliście o tém mówić ze sobą.
— Nigdy, moja matko.
— A czy ty wiész, Lucysiu, co ludzie jeszcze mówią?
Lucyan milczał.
— Ludzie mówią — ciągnęła Dolewska, — że ty się żenisz z panią Warską.
Na te jéj słowa nagły rumieniec zalał twarz Lucyana; usta mu drgnęły.
— Moja matko — odrzekł po chwili, — nie myślałem dotąd nigdy, do jakiego końca doprowadzi mię miłość moja dla pani Warskiéj. O miłości téj nigdy jéj nie mówiłem, ale prawdą jest, iż kocham ją całą siłą mojéj istoty. Ty wiész najlepiéj, moja matko, że oprócz ciebie, ona jest piérwszą kobietą, którą kocham; jakkolwiek skończy się nasz stosunek, ona téż będzie ostatnią. Czuję, że w miłość dla niéj wlałem całe uczucie, do jakiego zdolne jest moje serce.
Mówił to stanowczo, ale trochę zniżonym przez wzruszenie głosem, a serce matki odgadło wszystko, czego nie dopowiedziały jego słowa. Zdjęło ją snać przykre uczucie obawy, bo westchnęła ciężko i rzekła:
— Daj Boże, mój Lucysiu, aby się to wszystko szczęśliwie skończyło. Ja ci rad dawać nie będę, sam lepiéj wiész ode mnie, jak w tym razie masz postępować. Ale chciała-bym przecie, abyś się już dowiedział o swoim losie, bo ludzie powiadają, że w miłości złe, im późniéj przychodzi, tém gorzéj, a dobre, jeśli ma przyjść, to niech przyjdzie jak najprędzéj.
To mówiąc, wstała, przyciągnęła głowę syna do swojéj piersi i, położywszy na niéj znak krzyża, pocałowała jego czoło.
Była już u drzwi, gdy uderzyła się po obu kieszeniach i zawołała:
— A gdzie są moje klucze? Lucysiu, moje dziecko, poszukaj-no moich kluczy.
Ale piérwszy raz w życiu Lucyan nie spełnił tego rozkazu matki, bo go nie słyszał. Stał u okna, z oczyma wpatrzonemi w przestrzeń, a w myśli szaloném kołem wirowały mu słowa matki:
— Ludzie mówią, że ty się żenisz z panią Warską.
Pani Dolewska sama znalazła klucze na kanapie i wyszła z pokoju, brząkając niemi, a po chwili Lucyan na gniadoszu swoim wyjeżdżał z miasteczka drogą ku Jodłowéj.
Matka Lucyana, sama nie wiedząc o tém, dolała, według przysłowia, oliwy do ognia. Bo taką jest nieubłagana logika namiętności, że dopóki nie otrzyma przedmiotu swych pragnień, niéma dla niéj spokoju, niéma stagnacyi. Coraz silniejsza i bardziéj gwałtowna, wzrasta, aż dojdzie do swego kulminacyjnego punktu. Wtedy lada słowo, lada drobnostka potęguje ją tak, że pierś ludzka staje się dla niéj za ciasną i musi objawić się wtedy na zewnątrz, jak długo w wulkanie wrzący podziemnie ogień. Miłość Lucyana dla Klotyldy szybko dążyła do kulminacyjnego punktu, popchnęły ją doń słowa matki.
Kiedy młody doktor zatrzymał w Jodłowéj spienionego konia pod gankiem, słońce miało się ku zachodowi. Spotkawszy Ignacego, Lucyan zapytał go o panią Warską, a otrzymawszy odpowiedź, iż „pani jest w swoim gabinecie”, szybko przebiegł salony. W gabinecie nikogo nie znalazł i wyszedł na ganek.
Pod cieniem jednego z rozłożystych drzew mirtowych, na szlezongu, okrytym ponsowym aksamitem, leżała Klotylda. Oczy miała zamknięte, a wpół otwarte usta; długie rzęsy rzucały cień na lekko zarumienioną twarz; wkoło ust krążył uśmiech. Z za przezroczystéj białéj koronki widać było, jak pierś jéj podnosiła się zwolna i spokojnie; jedném ramieniem, z którego się osunął szeroki koronkowy rękaw, otoczyła sobie głowę, druga ręka leżała na książce otwartéj, śród fałdów jéj sukni. Gałęzie mirtu pochylały się nad nią, zdobiąc jéj włosy i suknią zielonemi listkami.
Zmęczona upałem dziennym, a może konną jazdą, któréj oddawała się z cechującym ją we wszystkiém zapałem, ukołysana ciszą, zarumieniona, uśmiechnięta do snu swojego, owiana bielą i zielenią orzucona, ukazała się oczom Lucyana.
Młody człowiek cicho się zbliżył do szlezonga i stanął ze wzrokiem przykutym do obrazu, jaki mu się ukazał.
Stał i patrzył — i stracił pojęcie czasu i miejsca. Coraz bardziéj płonącym wzrokiem ogarniał uśpioną kobietę. Nagle ugiął kolano i namiętnie przycisnął do ust przezroczyste fałdy jéj sukni. Ale jakby sam przeląkł się tego, co uczynił, powstał szybko i zbiegłszy z ganku, zniknął w zakręcie alei.
Miłość jego doszła już była w owéj chwili do swego kulminacyjnego punktu.
Klotylda otworzyła oczy, przesunęła ręką po rozrzuconych nieco włosach i, oglądając się wkoło, rzekła do siebie:
— Dziwna rzecz, zdawało mi się, że on tu był! Musiało mi się śnić chyba.
Wstała, poprawiła fałdy sukni i, nucąc półgłosem, zeszła z ganku.
Słońce się zniżało, czerwonemi promieńmi przemykając się gdzie niegdzie między gałęźmi jodeł. Klotylda przeszła kilka alei i, zbliżając się do stawu, ujrzała, stojącego nad nim w zamyśleniu, Lucyana.
— Tak, to on tam był, — szepnęła do siebie; — nie widziałam go, ale przeczułam.
Potém, zbliżywszy się żywo, rzekła:
— Dobry wieczór panu.
Lucyan odwrócił się i, ujrzawszy Klotyldę, odrzekł, podając jéj rękę:
— Witam panią.
Powitanie to z obu stron było bardzo proste i zwyczajne, ale w twarzach swoich i spojrzeniach młodzi ludzie musieli wzajem dziwne wyczytać rzeczy, bo oboje poczuli, że nadszedł kres spokojnéj ich sielanki, że ostatnie jéj słowo miało być wyrzeczone.
Lucyan wszakże opanował się i piérwszy przerwał milczenie, mówiąc o rzeczach obojętnych; poszli daléj obok siebie, wązką śród trawnika ścieżką i obeszli parę razy gładką szybę stawu. Od czasu, gdy się poznali, piérwszy raz rozmowa im nie szła; Lucyan gwałtownie bladł chwilami, Klotylda rumieniła się.
Słońce zaszło zupełnie, mrok zapadł.
— Pójdźmy do domu, bo czuję chłód, — rzekła Klotylda.
Powietrze jednak było bardzo ciepłe.
We wschodnim gabinecie paliły się już szafirowe lampy, a światło ich, płynąc przez drzwi otwarte, rzucało błękitny odblask na kanapę, stojącą na ganku, pod dużém drzewem kwitnącéj pomarańczy.
Klotylda, milcząc, usiadła na téj kanapce i wskazała Lucyanowi miejsce obok siebie.
— Dziwnie zmęczoną czuję się dzisiaj, — ozwała się po chwili, przesuwając ręką po czole.
— Zdaje mi się — odrzekł Lucyan — że pani jesteś smutna.
Klotylda rzeczywiście miała oczy ciągle spuszczone, a gdy je podnosiła, migotał w nich taki dziwny blask, jakiego dotąd Lucyan w nich nie widział.
— Tak, smutna dziś jestem, — rzekła znowu po krótkiém milczeniu.
Piérwszy raz Lucyan z ust jéj usłyszał to wyznanie. Pochylił się nieco ku niéj i, patrząc w jéj twarz, rzekł powoli i zcicha:
— Smutek pani widzę nieraz; nie znam jego powodów i wiem, że nie mam prawa o nie pytać. A jednak dałbym za to życie, żeby go od pani usunąć.
Klotylda nie odpowiedziała, tylko ręką zakryła oczy. Lucyan w obie swoje dłonie ujął drugą jéj rękę. Klotylda nie wzbraniała mu tego. Zbliżenie takie, piérwszy raz zaszło między nimi; to téż głos młodego człowieka drżący był od wzruszenia, gdy znowu mówić zaczął:
— Dla czego pani nie chcesz przelać części swego cierpienia w oddane ci a gorące serce? Czy pani wiész, że najwyższą rozkoszą dla mężczyzny jest bronić od trosk i smutków życia ukochaną kobietę? Piérwszy raz, kiedym panią ujrzał, byłaś we łzach; często bywasz smutną i dziś taką jesteś, a mnie to tajone cierpienie pani gorącą lawą w pierś płynie...
Nie mógł mówić daléj, bo ręka Klotyldy zadrżała w jego dłoniach i magnetyczne to drgnięcie głos mu stłumiło. Odsłoniła oczy i zwróciła je płonące na Lucyana. Pod niebieskim promieniem lampy twarz jéj bladła i rumieniła się naprzemian, usta otworzyły się przyśpieszonym oddechem. Kilka razy chciała coś mówić, i znów wstrzymywała się.
Patrzyli tak na siebie przez chwilę, gdy nagle Lucyan poczuł silny, konwulsyjny uścisk jéj dłoni; dwie błyskawice strzeliły mu z oczu: przycisnął do siebie gorącą rękę Klotyldy i, schylając się ku niéj, rzekł gwałtownie:
— Klotyldo! ja ciebie kocham!
Namiętność przekroczyła punkt kulminacyjny i wybuchnęła na zewnątrz słowem.
Widoczne drżenie przebiegło całe ciało Klotyldy; pochyliła głowę, ukryła twarz w dłoniach i cicho jęknęła:
— Boże mój, Boże! zlituj się nade mną!
Lucyan drżącém ramieniem otoczył jéj złamaną postać, pochylił się ku niéj i, ustami dotykając prawie jéj wonnych włosów, mówił:
— Klotyldo moja, czego ty się lękasz? czegoś i w téj chwili smutna jeszcze? Tyś piękna i dobra, mnóztwo ludzi zginało pewno kolana przed tobą. Ale tak, jak ja, nikt cię kochać nie mógł. Ty stałaś się dla mnie wszystkiém; przyszłość moja jest tylko z tobą, albo jéj wcale dla mnie niéma. Ja w miłość dla ciebie wlałem wszystkie siły mojéj istoty, których dotąd na nic zużytkować nie mogłem. Siły te oddawna burzyły się w mojéj piersi, dławiły mię, dopominały się o użycie; dusiłem się i targałem w mojéj klatce. Ty, Klotyldo, zstąpiłaś ku mnie, jak zbawienie; przy tobie odetchnąłem szeroko, pełnią życia, pełnią uczucia. I nie wiem już teraz, czy uczucie to istnieje we mnie i przeze mnie, czy ja istnieję w niém i przez nie. Wielu zapewne ludzi mówiło ci te same słowa, ale żaden z nich tak czuć nie mógł. Oni tam na szerokim świecie mieli obszerne pole działania, mieli bogactwo, mieli sławę. Ja nic nie mam, oprócz miłości dla ciebie: w nią wlałem wszystkie siły mojéj duszy — całą istotę moję. Klotyldo! jam w oczach twoich wyczytał niebo moje; powiédz, że mnie kochasz! Co zaczęła mowa twego spojrzenia, niech dopowiedzą usta... Nie lękaj się... nie bądź smutna, droga!... jam silny i godny ciebie. Z ufnością i śmiało wesprzyj się na mojém ramieniu, złóż piękną głowę na mojéj piersi... Nigdy, nigdy na mnie się nie zawiedziesz... Klotyldo... powiédz mi, że mię kochasz!...
Mówił coraz ciszéj i coraz silniéj przyciągał do siebie owładniętą wzruszeniem kobietę.
Zmrok i cisza była wokoło; drżące ramiona Lucyana opasały kibić Klotyldy; głowa jéj opadła na jego piersi i kwitnące gałęzie pomarańczowego drzewa ujrzały, jak usta jego namiętnemi pocałunkami okrywały jéj gorące czoło i miękkie zwoje jéj włosów.
Nagle Klotylda podniosła głowę, wydarła się z objęć Lucyana i, powstawszy, cofnęła się parę kroków.
Młody człowiek chciał ku niéj postąpić, ale wyciągnęła rękę, jakby usunąć go pragnęła od siebie.
— Nie zbliżaj się do mnie, Lucyanie — rzekła zniżonym i przeraźliwym głosem — dziś straszny jest dzień dla mnie... Ja ci nic nie powiem... bo jestem... jestem... nie, nie mam siły wymówić... odjedź! odjedź!...
Pierś jéj podniosła się konwulsyjném, głośném łkaniem, dwa strumienie łez zalały twarz płonącą gorączkowym rumieńcem i, śród łkania, powtórzyła raz jeszcze:
— Odjedź — błagam cię... i nie wracaj, aż cię wezwę!
Potém zbiegła z ganku i zniknęła w cieniach ogrodu i wieczoru.
Lucyan uczynił z razu poruszenie, jakby ją chciał gonić, ale stanął nieruchomy i, niosąc obie ręce do czoła, jęknął prawie:
— Boże mój, co się ze mną dzieje? Nie pójdę za nią — odjadę; trzeba szanować jéj wolą... Tak, ale jutro wrócę... koniecznie wrócę!...
Przebiegł szybko salony i po chwili na dzielnym gniadoszu pędził szeroką drogą. W rozpalonéj jego głowie wrzała i wirowała myśl: „ona mnie kocha”, a nad nim niebo chmurzyło się coraz ciemniéj, drzewa szumiały, schylone silnym wiatrem, a zdala od krańców widnokręgu odzywał się huk grzmotu zapowiedzią nadchodzącéj burzy...
Późno już było, gdy młody doktor wszedł do swego pokoju. Na biurku leżał zapieczętowany list. Machinalnie rzucił nań wzrokiem, lecz zaledwie spostrzegł pismo adresu, drżącą ręką rozerwał kopertę i czytał:
„Kochany Lucyanie!
Dzięki ci za twą pamięć o mnie; śpieszę z odpowiedzią, byś nie sądził, że nie chcę zachować stosunku z tobą, który, przeciwnie, jest mi zawsze bardzo cennym i miłym. Na dowód, żem nie przestał być twoim szczerym przyjacielem, podzielę się z tobą tém, co dziś jest główną treścią uczuć i myśli moich, a o czém, prócz najbliższych mi osób, nikt dotąd nie wié. Jestem zaręczony, Lucyanie, zareczony na seryo. Owa pani Kameleon, o którą mnie zapytujesz, a właściwie pani Klotylda Warska, sąsiadka twoja, jest moją narzeczoną. Kocham tę kobietę bardzo; piérwsza to poważna miłość mego życia, i czuję, że podniosła mię, uszlachetniła. Zresztą znasz panią Warską, nie będziesz się więc dziwił memu dla niéj uczuciu. Stosunek mój z nią zaczął się, jak w romansach — tajemnicą, poszukiwaniem, wyrzekaniem na losy i t. d. Potém poznałem ją bliżéj, za pośrednictwem owego długowłosego poety, który, pamiętasz, tak znudził i zniecierpliwił nas kiedyś w teatrze. Bywałem u niéj często. Był to karnawał, spotykaliśmy się na zebraniach, balach, maskaradach. Rodzice moi mieszkali w Warszawie, i nieoceniona moja matka, przez wzgląd na mnie, zapoznała się z panią Warską i zapoznała z nią moję siostrę. Obie młode panie zaprzyjaźniły się serdecznie, co mi także wielce było przyjemne i korzystne; słowem, po trzech miesiącach oświadczyłem się i zostałem przyjęty. Na wyraźne żądanie pani Warskiéj, zostało to w tajemnicy; nie mam sobie jednak nic do wyrzucenia, że względem ciebie przekraczam jéj rozkaz, bo uważam cię za brata, a siostra moja wié przecie o wszystkiém. Zresztą, ufam bez granic w twoję dyskrecyą, która jest à toute épreuve. Nie potrzebuję rozpisywać się dłużéj tą razą, bo wkrótce się zobaczymy. Ślub nasz będzie za miesiąc w N. Na tydzień przed dniem uroczystym przyjadę do Jodłowéj, a w przejeździe przez N. uściskam cię z radością, poczciwy mój druhu. Tymczasem... do zobaczenia.

Cypryan.”

P. S. A nie bałamuć mi tam narzeczonéj, piękny doktorze!”
Lucyan skończył czytać i papier wypadł z drżących jego rąk. Rozśmiał się głośno, długim, szyderczym śmiechem i rzekł:
— Los odpowiedział, wszystko skończone!...
Potém skrzyżował ręce na piersi, szklanym wzrokiem wpatrzył się w przestrzeń i tak pozostał nieruchomy i niemy.
Upływała noc, godzina po godzinie, a Lucyan nie zmieniał postawy. Czuł, czy nie czuł? myślał, czy nie myślał?... nie wiadomo... Temu, ktoby się nań wtedy patrzył, zdawało-by się, że skamieniał.
Za domem burza szumiała grzmotem, wichrami, błyskawicą. Przez otwartą furtkę okna wionął silny powiew wiatru i zagasił na biurku stojącą świecę. Światło błyskawic, chwilami wdzierając się przez szyby, czerwonym blaskiem oświetlało ciemną głąb’ pokoju i stojącą ciągle nieruchomą postać Lucyana.
Ucichła burza — pogodny świt letniego poranku zstępował na świat i szarym zmrokiem rozsuwał cienie w pokoju doktora.
A on stał ciągle na jedném miejscu, w téj saméj postawie, z tym samym wzrokiem; ani jeden muskuł jego twarzy nie drgnął, nie poruszyły się ni razu jego skrzyżowane na piersi ręce.
Kukawka zegaru oznajmiła trzecią ranną godzinę. W pokoju Lucyana ozwał się stłumiony jęk. W téj saméj chwili ciężka roleta u jego okna zapadła, cień zapełnił pokój i tajemniczym mrokiem osłonił wielką boleść człowieka.

∗             ∗

Nazajutrz w południe pani Dolewska w bawialnym pokoju stała na krześle i nakręcała zegar.
— Co się jemu stało, że leci jak szalony? — mówiła do siebie; — musiała Marysia poruszyć wagi. Żeby Lucyś wyszedł ze swego pokoju, tobym się go spytała, która godzina, a tak nie wiem sama, jak nastawić. Ale co to jest, że Lucyś tak długo nie wychodzi? Musiał wczoraj późno do domu wrócić.
Otworzyły się drzwi i wszedł Lucyan.
— Jezus Marya! — krzyknęła, spojrzawszy nań, pani Dolewska. — Co tobie jest, moje dziecko! jak ty wyglądasz?
I zestąpiwszy żywo z krzesła, podeszła ku niemu.
Lucyan był blady, wielką bladością zmęczenia i bólu; oczy miał zapadłe i podkrążone, między brwiami zarysowała mu się głęboka zmarszczka.
— Nic mi nie jest, moja matko — odpowiedział cichym, złamanym głosem — jestem trochę niezdrów, nic więcéj.
I pocałowawszy matkę w rękę, wyszedł z domu, a po chwili wyjeżdżał konno za bramę. Dolewska niespokojnie patrzyła przez okno, szepcąc modlitwę do Najświętszéj Panny Ostrobramskiéj.
Lucyan minął miasteczko, zwolna pojechał wiorst parę w stronę Jodłowéj i znowu zwolna skręcił konia, wrócił do domu i zamknął się w swoim pokoju. Kiedy Dolewska przeze drzwi zawołała go na obiad, wyszedł spokojny na pozór, usiadł przy stole, ale nic nie jadł i nic nie mówił. Kilka razy otwiérał usta, jakby chciał cóś powiedziéć, lecz tylko smutniéj jeszcze szklanym wzrokiem wpatrzył się w przestrzeń. Dolewska z przerażeniem spoglądała na niego, ale nie pytała o nic, nie gdérała nawet na Marysię, nie szukała swoich kluczy, tylko często ze zmęczonéj twarzy syna przenosiła wzrok niespokojny na czarny krucyfix, stojący u łóżka.
Po obiedzie Lucyan znowu siadł na koń, znowu odjechał parę wiorst w stronę Jodłowéj, wrócił i poszedł do swego pokoju.
Nadszedł wieczór; o zmroku pani Dolewska długo modliła się przed krucyfixem i ciężko musiało być jéj na sercu, bo z oczu na pomarszczone policzki upadło kilka łez.
Marysia, nie napędzana tą razą, z własnego natchnienia podała samowar. Pani Dolewska podeszła pode drzwi syna, chcąc go zawołać, lecz, pomyślawszy, posłała mu herbatę przez Marysię.
Gdy służąca wróciła, pani Dolewska zapytała:
— Co pan Lucyan robi?
— Nic — odpowiedziała Marysia.
— Nie czyta?
— Nie.
— I nie pisze?
— Nie.
Pani Dolewska westchnęła i wzięła się do pończoszki; ale gdy wkrótce robota jéj z rąk wypadła, a już zaczynało ściemniać się, rzekła do Marysi:
— Idź, zanieś lampę do pokoju pana Lucyana.
A kiedy dziewczyna wróciła, spytała :
— Co pan Lucyan robi?
— Nic, proszę pani.
— Herbatę, wypił?
— Ani zaczął.
Dolewska poszła sama do pokoju syna. Na biurku stała nieporuszona szklanka herbaty, a Lucyan siedział nieruchomie na fotelu, ze wzrokiem utkwionym w przestrzeń.
— Lucysiu — rzekła Dolewska — kładąc mu rękę na ramieniu.
Drgnął lekko, jakby się ze snu obudził.
— Czy nie będziesz pił herbaty?
— Dziękuję ci, moja matko, nie będę — odpowiedział tym samym złamanym głosem, jakim mówił zrana.
Dolewska odeszła i od progu wróciła.
— Czyś ty bardzo chory? — spytała.
— Nie, matko, zdrów jestem zupełnie — odpowiedział, nie zmieniając postawy.
Dolewska wróciła do swego pokoju i, zamiast wziąć się swoim zwyczajem do pończoszki, uklękła przed krucyfixem.
W parę godzin potém cisza głęboka panowała w miasteczku i w domu doktora; wieczór był późny... wszyscy spali.
Lucyan wstał z fotelu, na którym nieruchomie kilka godzin przesiedział, wziął w rękę list rozłożony i wpatrzył się w wyraz „narzeczona”. Po chwili pochwycił się obu rękoma za głowę i zawołał prawie głośno:
— Boże mój! ja tego nie rozumiem, to być nie może!
W bawialnym pokoju około drzwi jego coś zaszeleściało, ale Lucyan nic nie słyszał; uchylił roletę z okna i patrzył na piękną noc letnią.
— Nad jéj domem — rzekł pół-głosem — te same gwiazdy świecą... a ja nigdy już tam nie będę... być nie powinienem!...
Znowu podniósł obie ręce do czoła i zawołał:
— Ach, umrzéć!...
Krzyk ten wydarł się z jego piersi boleśnie, jakby mu serce pękało.
— Lucysiu! — ozwał się ode drzwi cichy i miękki głos kobiecy.
Lucyan nie słyszał.
— Lucyanie! — powtórzył głos z taką miłością i pieszczotą, że doszedł uszu pogrążonego w rozpaczy...
Odwrócił się Lucyan i ujrzał stojącą we drzwiach swoję matkę. Miała na sobie codzienną czarną suknią, tylko z głowy zdjęła czepeczek i srebrne włosy opływały jéj szyję i opadały na pomarszczone czoło.
— Matko moja!... tak późno, nie śpisz jeszcze?... — rzekł Lucyan powoli, nierozbudzony jeszcze z letargu, w jakim go pogrążyło cierpienie.
— Nie śpię, Lucyanie — odrzekła pani Dolewska, siadając i przyciągając go do siebie — byłam niespokojna, myślałam żeś chory i przyszłam zobaczyć cię. Serce matki przeczuło boleść syna i spać jéj nie dało. Ty cierpisz, dziecko moje najdroższe.
— Strasznie, matko moja, niewypowiedzianie! — odpowiedział Lucyan po chwili milczenia.
— O! biedne moje dziecko! — jęknęła matka; ale szybko, wchłaniając w siebie boleść, dodała:
— Może jest na to jaka rada?
— Żadnéj — odrzekł Lucyan.
— Czy ona ciebie nie kocha?
— Nie wiem.
— I nie pytałeś jéj o to?
Lucyan stał i długo patrzył w milczeniu, aż znowu podniósł obie ręce do czoła, a klękając przed matką i pochylając głowę na jéj kolana, zawołał:
— Matko! ona jest narzeczoną innego...
Cała rozpacz, do jakiéj zdolna jest pierś ludzka, zamykała się w słowach tych i w jego głosie.
Długie milczenie zapanowało w pokoju. Dolewska oparła głowę syna na swojéj piersi, oczy wzniosła w górę, jakby ztamtąd wzywała pomocy, a dłoń machinalnie przesuwała po czarnych i gęstych włosach Lucyana. Stopniowo natchnienie jakieś występowało jéj na twarz, oczy rozjaśniły się niezwykłą myślą. Obu rękoma podniosła głowę Lucyana, niby dziecięcia, a patrząc w twarz jego z nieopisaną miłością i słodyczą, mówiła:
— Lucysiu, dziecię moje! jam nigdy sama nie cierpiała tak, jak ty dziś cierpisz; bo życie moje było spokoje, choć smutne i ciężkie. Ale rozumiem ciebie, dla tego, widzisz, że cię kocham nad wszystko na świecie, że zdaje mi się, iż serce moje i twoje to jedno. Wiem więc, że cierpisz bardzo; ale dziecko, toć tam w książkach waszych piszą podobno, że człowiek nie powinien upadać pod cierpieniem, ani dać się złamać boleści. Ja tych książek nie czytam, ale ty wiész o tém lepiéj, niż ja. Powstań, dziecię moje, wezwij pomocy Boga i swéj własnéj woli. Jedna kobieta cię zawiodła: żyj dla ludzi, dla mnie, dla pracy!
Mówiąc to, pani Dolewska z prostéj i gdérliwéj kobiety stała się natchnioną i mądrą matką.
O macierzyństwo! jakież uczucie i jakaż mądrość na ziemi dorówna tobie?
Lucyan, jakby podniesiony słowami matki, powstał i spokojniejszym już głosem mówił po chwili:
— O moja matko! jam ją kochał jak szalony, jam w miłość dla niéj wlał całego siebie. I cóż dziwnego, że gdy zniknęła ona dla mnie na zawsze, ja siebie samego odnaléźć nie mogę? Daremnie umysł mój sili się na rozwiązanie zagadki; nie rozumiem tego, co było, nie rozumiem tego, co jest. Przez dni tyle spojrzeniem i uśmiechem, rumieńcem i bladością, radością i smutkiem, mówiła mi, że mnie kocha... a jednak była już narzeczoną innego... Kogóż więc zwodziła? mnie, czy jego? Komu kłamała? mnie, czy tamtemu? Byłże-by w niéj fałsz i grzeszna próżność zalotnicy? Czyż zaćmi się przede mną piérwszy mój ideał? Nie, w to nie wierzę: ona prawa i czysta! A jednak... właśnie dla tego, że w zło nie wierzę... nic nie rozumiem...
Milczał przez chwilę i znowu mówił, jakby do siebie:
— Jeżeli kocha jego, pocóż mnie pociągała ku sobie? jeżeli mnie kocha, czemuż ma zostać jego żoną?... nie rozumiem... może dla tego, że on bogaty? Straszne przypuszczenie! wobec którego anioł zmienia się w potwora, słońce w blaszkę pozłacaną, gwiazda... spada z nieba i tarza się w błocie... Nie, to być nie może!...
— Lucysiu — nieśmiało odezwała się pani Dolewska — a żebyś pojechał do niéj i otwarcie spytał jéj o wszystko?
Smutnie uśmiechnął się Lucyan.
— Nie, matko — rzekł — to być nie może. Obecność moja mogła-by jéj sprawić niepokój albo cierpienie... a ja nie chcę tego. Aby okupić dla niéj jednę chwilę spokoju i szczęścia, jabym dał życie całe... A teraz, gdym już powiedział jéj, że ją kocham, mogłaż-by ona być ze mną, jak za owych dni minionych?... Nie, matko — mówił daléj coraz wolniéj i ciszéj — ja nigdy tam nie będę i nigdy jéj nie zobaczę...
Nagłym ruchem przycisnął obie ręce do serca.
— Och, jak na myśl tę strasznie serce boli! Matko, jam chory bardzo, zatraciłem samego siebie, zatraciłem moje życie, które się tobie należy!... Przebacz, matko moja!...
Ukląkł przed matką, otoczył ją ramionami i głowę położył na jéj piersi.
— Lucyanie — ozwała się po chwili milczenia pani Dolewska — słowa nie pomagają boleści takiéj, jak twoja. I cóż zresztą ja biedna, nieuczona kobieta, powiedziéć ci mogę? Ale spocznij na piersi matki, ona tylko, ona jedna, nigdy cię zawieść nie może. Niechaj łzy moje ochłodzą twoję biedną głowę; niech krzyż święty odżegna od ciebie złego ducha rozpaczy i sprowadzi ku tobie pomoc niebieską.
To mówiąc, drżącą ręką nakreśliła w powietrzu znak krzyża i pochyliła się nad głową syna, a łzy kropliste i obfite spadały z jéj oczu i tonęły w gęstych kędziorach Lucyana.
Gasnąca lampa słabo oświetlała tę smutną grupę, śród głuchego milczenia nocy.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.