Strona:PL W klatce.djvu/325

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dolewska złożyła ręce, jak do modlitwy, i przez kilka chwil patrzyła na syna, milcząc.
— I cóż z tego będzie? — spytała cicho.
— Nie wiem, — odpowiedział Lucyan.
— A onaż, czy ciebie kocha? moje ty dziecko jedyne.
— Nie wiem, matko.
— Jakto, nie wiész? czyście nigdy ze sobą o tém nie mówili? Już téż, kiedy ją kochasz, to, zwyczajnie jak między młodymi, musieliście o tém mówić ze sobą.
— Nigdy, moja matko.
— A czy ty wiész, Lucysiu, co ludzie jeszcze mówią?
Lucyan milczał.
— Ludzie mówią — ciągnęła Dolewska, — że ty się żenisz z panią Warską.
Na te jéj słowa nagły rumieniec zalał twarz Lucyana; usta mu drgnęły.
— Moja matko — odrzekł po chwili, — nie myślałem dotąd nigdy, do jakiego końca doprowadzi mię miłość moja dla pani Warskiéj. O miłości téj nigdy jéj nie mówiłem, ale prawdą jest, iż kocham ją całą siłą mojéj istoty. Ty wiész najlepiéj, moja matko, że oprócz ciebie, ona jest piérwszą kobietą, którą kocham; jakkolwiek skończy się nasz stosunek, ona téż będzie ostatnią. Czuję, że w miłość dla niéj wlałem całe uczucie, do jakiego zdolne jest moje serce.