Verte/Część pierwsza/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Verte
Data wydania 1921
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk L. Kapela
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część pierwsza
Pobierz jako: Pobierz Cała część pierwsza jako ePub Pobierz Cała część pierwsza jako PDF Pobierz Cała część pierwsza jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


X.

Po gwałtownym ataku płaczu Elża uspokoiła się, ucichła. Wtulona w kąt kanapki rozmyślała długo i poważnie. Rzecz cała po rozwadze wydała się jej mniej tragiczną, mnóstwo występowało szczegółów W obronie Tomka; Elża chwytała je skwapliwie, byle go oczyścić. Pomimo ciężkich przeżyć w swem krótkiem małżeństwie z Gorskim, młoda kobieta miała duszę nie zepsutą, ufną i bardzo łatwą do przebaczenia uraz, szczególnie ludziom kochanym. Nie chciała wierzyć w wyrafinowane kłamstwo u Tomka, jakkolwiek nie była tak naiwną, by ogólnie nie widzieć tej wady, szeroko wśród ludzi rozpowszechnionej. Tomek nie kłamie, tylko go coś poniosło — tłumaczyła sobie tolerancyjnie i całe zajście przypisała swemu fatum, które znowu się zbudziło i pokazuje pazury. Wierzyła święcie w istnienie tej tajemniczej a złej siły prześladującej ją od kolebki. W zeszytach swych i rękopisach pod tytułem: „Fatum,“ przygotowanych do druku, miała różne wiersze i odezwy do swego przeznaczenia; w jednych urągała z jego mocy, w innych błagała, by przestało nad nią czuwać. Gdy była szczęśliwą, zwykła mawiać: „fatum śpi — nie trzeba go budzić.“ Prowadziła na ten temat długie dysputy z Arturem Dovencourt-Houwe, który zasadniczo potępiał jej wiarę we własny fatalizm; gorszyła tem panią Urszulę, z jednym Tomkiem zgadzała się pod tym względem, gdyż i on wierzył w przeznaczenie i w zły los, prześladujący człowieka często niewinnego. Oto Fatum zemściło się i na nim. Elża broniła Tomka, a oskarżała Karolcię, będąc pewną, że scena w lesie — to wybieg tej dziewczyny w celu usidłania Tomka i zdobycia go dla siebie. Co on jej mówił, nie słyszała, płącz zaś panny Słupskiej mógł być rezultatem jego słów stanowczych a przeciwnych jej zamiarom. Elża zastanowiła się. Dlaczegożby Tomek miał odsuwać Karolcię? może on ją kocha, może on do niej pisywał z Mińszczyzny, może to było ostateczne porozumienie i dziewczyna płakała ze szczęścia na piersiach narzeczonego? Instynktownie Elża usuwała takie przypuszczenia, chociaż nie miała również pewności co do uczuć Tomka, bo ich nigdy nie wyznał, odgadywała je raczej intuicyjnie. Ale intuicja nie zawiodła jej nigdy, czyżby teraz?... Zresztą zachowanie się Toma względem niej, tak podczas zimy, jak nawet i od dnia wczorajszego dowodziło jasno, że jest nią zajęty, że ona jest mu bliska. Czyż byłby tak zmiennym? Wzmianka proboszcza o owej domniemanej białorusince zirytowała Elżę na krótko, wytłumaczyła to sobie złośliwością Poberezkich, mszczących się za Dziunia. Wiedzieli wszakże, kim Tomek jest zajęty; podwójną intrygą chcieli te zabiegi zmącić, bo i te jej zaręczyny...
Elża drgnęła, jakby nagle otworzyło się przed nią okno z przeszłości tak niedawnej, a mglistej, przez które spłynął blask jakiś uroczy i upojne wionęło ciepło. Mgnienie oka i znowu: Tomek.... las... Karolcia...
— Sama go o to spytam, — przemknęła myśl zbawcza.
Ale wnet zastanowienie przyszło zimne, obmierzłe.
— Ach ta wieczna bierność oczekiwania, będąca rolą kobiety.
Zerwał się w niej bunt. Przecie na tyle jest świadoma uczuć Tomka, by bronić swych praw, a przynajmniej zbadać, czy je ma istotnie. Więc ona będzie milczeć dzięki jakimś wstecznym skrupułom, a Tomek tymczasem będzie się spotykał w lesie z tamtą dziewczyną, która nie lęka się wszelkich wykroczeń poza ramy etyki niewieściej. Zresztą, czyż jest to wykroczeniem: okazywać ukochanemu, że się go kocha, być szczerą kobietą, nie zaś bierną niewolnicą, oczekującą laski pańskiej.
— Spytam go sama.
Z tem postanowieniem poszła na kolację. Lecz na widok Tomka cala jej odwaga prysła.
— Nie, za nic tego nie potrafię.
Tomek był chmurny i szorstki. Spoglądał na Elżę z wyrzutem, rzadko zresztą. To ją najpierw wzruszyło, potem oburzyło, wreszcie rozbawiło. Zaczęła wesoło rozmawiać z Uniewiczem, w głosie jej drgały jednakże nienaturalne tony, oczy podkrążone sino i obrzękłe trochę powieki świadczyły wymownie, że humor to raczej kapryśny, niż rzeczywisty. Gdy młody Burba dostrzegł te znamiona niechybnych łez, stracił całą władzę nad sobą. Gryzł usta, mienił się na twarzy. Łaszącego się Kajtusia tak silnie i z pasją odepchnął od siebie, że niedźwiedź zatoczył się, siadł na tylnych nogach i, mrucząc złowrogo, patrzał małemi ślepkami w oczy pana, jakby pobłażliwie pytając: „cóż to znowu za poufałość grubjańska.“ Pan Cezary zerknął na syna, zdziwiony jego zachowaniem się, lecz, rzuciwszy dyskretne spojrzenie na Elżę, domyślił się jakiś kwasów pomiędzy młodymi, przypomniał sobie szczególną minę i dziwny wygląd Elży, gdy wchodziła na ganek z udanym bólem głowy, zniknięcie Tomka od południa i wreszcie ploteczki proboszcza.
— Czyżby to?...
Przyjrzał się jeszcze Uniewiczowi. Pan Mel miał wyraz zagadkowy, ale jakby uświadomiony.
Burba, zaczął z tego frontu.
— Jakże tam, panie Melu, kapucynek w budce przy Łuci, czy nie?
Uniewicz błysnął z pod rzęs na starego. Porozumieli się.
— Na dworze, — odrzekł smętnie, — ale w zawieszeniu „ni tudy, ni siudy“ ani pod krzyż, ani do budki. Pogoda niepewna.
— Hm! szkoda, że niepewna; jutro Zmartwychwstanie, powinno być i pogodnie i... ciepło.
— Tak może wypchnąć tego kapucynka z budki, kiedy tam zanadto lezie, — rzekła Burbina wesoło i naiwnie.
— At... nie znasz się Urszuleczko na barometrze, już my z panem Melem wiemy najlepiej.
Kąciki ust Elży zadrgały leciuchno. Tomek był jak chmura.

Zaledwie świt zaczął przesiąkać mętną, posrebrzoną mgłą przez szyby okien, gdy Burbina zbudziła Elżę.

— Chciałaś jechać na rezurekcję, serce, czas.
Stara kobieta, pochylona nisko nad śpiącą, gładziła ręką ciemne jej włosy. Głosem miękkim, pieszczotliwym powtórzyła:
— Wstawaj, detynko, z łózia. Alleluja trza zaśpiewać. Mężczyźni czekają na ciebie z polewką, już gotowi, bo to szmat drogi do kościoła.
Elża usiadła na pościeli, przecierając oczy.
— Tak rano, babciuniu?...
— Ach, ty śpiochu kochany. Cóż, kiedy trzeba i wstyd byłby, jakbyś nie pojechała.
Serdecznie pocałowała ją w czoło. Młoda kobieta, ujęta pieszczotą babki, zarzuciła jej ręce na szyję, tuląc się do niej gorąco.
— Miła ty jesteś, Elżusiu, aż pachnie od ciebie świeżością i zawsze strojna; aj, ty kokietko, czy estetko, nawet śpiąc, o tem nie zapominasz.
Pochyliła się jej do ucha i szepnęła:
— A nie bądź, detyno, serce, zbyt surowa dla naszego Tomka, to złoty chłopak, nie gniewaj się na niego.
Elża odczuła, że babka już „coś Wie.“
— Ja się nie gniewam, babciu; cóż on winien że go... kochają.
— Kochaj ty jego, detynko, tak mu to wystarczy.
Uścisnęła czule Elżę i prędko wyszła z jakimś łzawym lśnieniem w oczach.
Po gorącej polewce winnej, suto zaprawnej jajami i goździkami, wyjechano do odległego o kilkanaście wiorst kościoła. W ogromnym powozie odkrytym, czterokonnym siedziały panie i pan Cezary na przedniem siedzeniu, pomimo certowania się Elży, która chciała zająć ławeczkę, ustępując dziadkowi miejsca przy babce. Lecz stary Burba ofuknął ją.
— Moja waćpanno, kobietą jesteś, a ja nie paralityk, rycerskość dla niewiast to dodatek herbowy Burbów. Siadaj przy Urszulce, nie dziwacz się. Ot mi facecja! Córka czy wnuczka, przedewszystkiem kobieta.
Nie było rady na upór rycerski pana Cezarego. Tomasz z Uniewiczem pojechali lekkim amerykanem.
Słońce wyjrzało zza boru wielką tarczą ognisto-purpurową, gdy procesja wytoczyła swe ruchome dzwona z szeroko rozwartych drzwi kościelnych. Odwieczna pieśń Zmartwychwstania rozbrzmiała donośnie po wiosennych niwach, lała się potokiem szczerej modlitwy, z rozgrzanych serc płynącej. Zwycięski łopot chorągwi głuszyły rozkolebane dzwony. Potężny był ich śpiżowy hymn, podnosił dusze uroczyście nastrojone ku wyżynom, gdzie boski unosi się duch i w pięknie swem panuje. Ci, których wiara była zasadą i źródłem życia, czuli jakby rozwite skrzydła u ramion, szumiące dostojnie na chwałę Zbawiciela; czuli się niesieni ku Niemu i wraz z pokorą i uwielbieniem słali pod święte stopy buchający z serc żar radości. Obojętniejszych przenikał jednak dreszcz szczególny, jaki nawiedza ludzi wobec niepojętej lecz wszechogromnej potęgi. Ogarnąć i przeniknąć ją trudno, ale tajemnica niepokoi, gdy się widzi zapał i natchnienie tych, dla których jest ona prawdą. Tradycyjna wielkanocna pieśń, Alleluja, niezmiennie powtarzana przez pokolenia, budziła w najobojętniejszych nerw gorętszy i poszanowanie dla swej wiekowej tradycji. Ci, co chcieli ją analizować i istotę jej panowania odgadywać, w jej treści i melodji odczuwali przedewszystkiem majestat imponujący. I to jest właśnie jej siłą, jej wsadzą wszechmocną. Przetrwa nowe pokolenia, w nowe pójdzie stulecia zawsze niezgłębiona, zawsze niedościgła i nigdy nie dająca się zniweczyć, gdyż wiecznie mocarna, wiekuistą swoją trwałością.
Rozmyślając tak, szła Elża Gorska z boku procesji, wchłaniała w siebie przepyszny zespół podniosłego śpiewu z organem dzwonów, rozkołysanych zda się na kraj cały w królewskim wschodzie słońca.
Kaskady światła, jak niezmierne złote zalewisko, spadały na odkryte głowy, kąpiąc je w blaskach. Słońce ucałowało monstrancję, monarszą purpurę sypiąc na jej złoto, krzesząc iskry ogniste na ostrych iglicach jej gwiazdy. Zagrały barwami chorągwie i wstęgi, rozjaśniły się porannym rumieńcem białe mury świątyni. Cały przestwór powietrzny rosisty i chłodny krasił i ogrzewał — bóg natury, słońce, i spływał deszczem promieni pod stopy — Boga świata. Dwie, niezmożone w swej władzy, potęgi panowały tu wszechmocnie.
— Przetrwają wszystkich i tych, którzy wierzą, i tych, co nie wierzą, — wszystkie filozofje, analizy, debaty. Nie ostoi się nic przed ich koniecznością niezbędną, by istniał świat.
Elża nie spuściła głowy z pokorą, patrzało śmiało na ten tryumf nowego poranku, uwieńczonego przepychem wzniosłej modlitwy. W źrenicach młodej kobiety krystalizowały się wrażenia i skupiały uczucia w świetlane płomyki zapału. Unosił ją prąd wartki nie samej wiary, jako takiej, lecz raczej ekstazy, uroku tej chwili. Kochała siłę i piękno, tu jedno i drugie odbywało swój pochód koronny, bo było koroną istnienia.
Zorzę zachwytu w oczach Elży dostrzegł Tomasz Burba i... nie umiał jej sobie wytłumaczyć; natomiast Uniewicz badał ukradkiem, ale pilnie wymowę źrenic i twarzy Gorskiej, śledził fale myśli, przepływające przez jej rysy, i doszedł do niezbitej, jak mu się zdawało, definicji:
— Ona nie idzie utartym szlakiem nakazanej religji, ona stwarza sobie własną wiarę i swoje umiłowane dogmaty; najpierw siła, potem piękno, nakoniec dobro. Za siłą i pięknem pójdzie zawsze i wszędzie, za samem dobrem nigdy. I, o ile te pierwsze idee zdolna jest wyobraźnią przewyższyć i upiększyć, o tyle ostatniej nie potrafi może docenić. To trochę poganka.
Elza odczuła badawczy wzrok na sobie. Jakby pod dotknięciem igły magnetycznej, zbudziła się z zadumy i bystro spojrzała na Tomka. Patrzył na nią po swojemu... ale... to nie stąd atak. Rzuciła głową w drugą stronę do Uniewicza...
— Aa... ten patrzy.
Nie spuściła oczu pytających i zainterpelowała go zdziwionym szeptem:
— Cóż to, rogi ogniste mam na głowie, jak Mojżesz?...
— A jeśli tak, to jakie są pani przykazania?... — obosiecznie spytał pan Mel.
Przytrzymała go teraz uważnym wzrokiem.
— Nie jesteśmy chyba na górze Synai?... i... moje przykazania nie pochodzą od Jehowy.
— Wiem... Chciałbym je właśnie poznać.
— Nie zbuduje się pan niemi.
— Jestem już tak — rozbudowany, że nic mi nie grozi nadto. Przykazania zaś pani nie są maczane w mdlącym ulepie cnoty, ale są prawdopodobnie — estetyczne. To nie buduje, lecz... ozdabia.
— Czy nie przypuszcza pan, że są zarazem pesymistyczne? To zaś łamie...
— Może, ale jedynie w zastosowaniu do wszelkich poziomów, choćby najczcigodniejszych. Sumarycznie biorąc tę kwestję, podciąga pani zapewne pod strychulec poziomu wiele rzeczy ważnych, nawet wyższych, lecz bez aureoli pięknej fantazji. Najgłębszą i zacną, ale realną prawdę zmieni pani zawsze na wizjonerską utopję, byle posiadała szerokie, silne skrzydła.
— Czy pan wizjonerstwu zaprzecza stanowczo możność realizowania obrazów... niekiedy?
— Zrealizowana wizja straciłaby może swój czar i całe piękno. Z chwilą zniknięcia utopji...
— Nastąpiłoby szczęście z powodu zatrzymania dla siebie niedościgłej idei — podchwyciła prędko Elża.
— Albo vice versa, groziłoby... rozczarowanie.
— Nigdy! Osiągnięta utopja pozostanie zawsze doskonałą prawdą. To nie poziomy!
— Wszystko jedno, ale już proza.
— O, panie, i proza bywa piękną, gdy jest chrzestną córką fantazji. „Tylko z zamków na lodzie powstają na ziemi pałace” powiedział Mulford, — ja zaś dodam: i takie są najtrwalsze, najcudniejsze. Z tem chcę pozostać... chociaż...
Zapał jej zgasł nagle, cień zaćmił roziskrzone oczy.
— Już zwątpienie? — spytał pan Mel.
— Nie zasadniczo, ale względem siebie, — odrzekła nerwowo.
— Moje pałace pozostaną zawsze na lodzie.
— Manja fatalistyczna. Mulford nie pozwala wątpić.
— Może już dosyć tej dyskusji, ludzie się oglądają i dziwią — szorstko szepnął Tomasz Burba.
— Prawda, że to rezurekcja, — zauważył pan Mel.
— Musisz to sobie aż przypominać?...
— Cóż tobie znowu? moralisto? — zaszydził Uniewicz.
— Tomek ma rację, byliśmy nieuważni — ujęła się Elża.
Podeszła bliżej do czoła procesji, gdzie wolno sunął baldachim. Księdza, niosącego monstrancję, podtrzymywał Cezary Burba i Poberezki z Chodur. Teraz dopiero Elża spostrzegła całe towarzystwo szlachecko-ziemiańskie, skupione w pobliżu celebrantów. Zamieniła z niektórymi ukłony. Szła i panna Gozdecka sztywna, modnie wystrojona, dystyngowanym półuśmieszkiem godząca w kostjum wiosenny Elży. Na Tomasza i Uniewicza zerkała pogardliwie, jednak przysuwała się bliżej, celując w stronę Tomka, ale on skłaniał się ku Gorskiej.
Elża była głęboko zamyślona; rozmowa z Uniewiczem podrażniła ją, nasuwając dużo zagadek, refleksji bliższych i dalszych, tych zaś nie chciała poruszać z przyczyn, które również taiła przed sobą skrupulatnie. Zbudzoną przez pana Mela wyobraźnię skierowała na Tomka, czuła go bardziej przy sobie, niż szedł w istocie. Prąd jakiś gorący przebiegał między nim i nią, spójnia ta abstrakcyjna, a wartka, jak górski potok, zbliżając ich do siebie, złączyła w kościelnej nawie, gdzie usiedli przy sobie w ławce, nie widząc nikogo dookoła. Na nich jednak patrzyli niemal wszyscy, jakby ich otaczała wyłączna orbita, dla nich niewidzialna, dla innych wyraźna.
Oni tylko słyszeli łomot własnych serc.
Po nabożeństwie zebrało się całe towarzystwo na plebanji. Gościnność proboszcza zaznaczona bogato zastawionym stołem podnieciła humory mężczyzn i pań smakoszek. Wojskowo uszeregowane stały butelki, nęcąc bursztynami płynów; puszyły się dostatnie, złotawe baby, w białych czepcach lukru, z cukrowym kwiatkiem na czubach, rozwalały się krągłe jak rzeszota torty, po środku zaś królował potężny „baumkuch“, srogo sękaty, dźwigający na szczycie swej piramidy baranka z masła. Wielkie placki, polotne mazurki otaczały kruchym wieńcem solidniejszy punkt stołu — mięsiwa. Tu drwił sobie z ciast zgryźliwym ryjem miedziany prosiak, a wielka głowizna, paradująca w całości, ironicznie krzywiła się na obżarstwo ludzkie.
Kobiety poczęły podziwiać poczesne święcone, mężczyźni dobierali się do tłustych półmisków, krążyły kielichy. Proboszcz dzielił się z sąsiadami wielkanocnem jajeczkiem, dowcipkując przy życzeniach. Podszedł do Gorskiej.
— Jakże tam moja pszeniczka zaplonuje mi w tym roku?...
— Ależ ja nie jestem parafjalną pszenicą proboszcza, — śmiała się Elża.
— Ot tobie masz! Jakże?...
— Ja jestem taraszczańska.
— Ooo... wa! Prawda! A szkoda.
— Na nic zakusy, — buchnął śmiechem jowialnym wąsal Poberezki.
— Brakuje pszenicy proboszczowi, a święcone niczem Radziwiłła „panie kochanku“, gdzież proporcja, dobrodzieju?... — wołał Cezary Burba.
— Ale żeby ów Radziwiłł do Warowni przyjechał, takby się i swego stołu zawstydził, że taki skromny — odpalił proboszcz i w lansadach podszedł z talerzykiem do panny Gozdeckiej.
— A ot, kiedy znalazłem pszeniczkę?...
Uśmiechnęła się rozkosznie, mrużąc oczy.
— I także omyłka, księże proboszczu.
— Pszenica to nie miejscowa, a importowana — zachichotał Poberezki.
— Ach, wuju, jakiż styl — oburzyła się rozgniewana panna.
Pan Mel szepnął do Tomka:
— Import nie na wiele się przydał.
Ale Tomek nie słyszał.
Panie Poberezkie niechętnie patrzyły na Gorską, szczególnie starsza jego siostra oglądała ją krytycznie, nie spuszczając z niej wzroku. Elżę to drażniło; cicho spytała Tomka:
— Czego ona odemnie chce?
— Podziwia pogromczynię Dziunia.
— Ach tak. Chce widocznie zapamiętać, jak wygląda taka idjotka.
— Może lepiej: — tyranka, — odrzekł Tomek trochę smutno.
Popatrzała mu w oczy; w źrenicach obojga zapaliły się iskry.
— Elżuś... jedź ze mną amerykanem — szepnął żarem ust.
— Dobrze!
Odeszła od niego, lecz czuła, że i w niej i w nim iskry, poczęte w oczach, rozniecają pożar we krwi, targają nerwy. Ujęła się silnie w karby konwenansu, by stłumić ten płomień przed ludźmi, uciszyć zbyt głośne tętna. Ale nie umiała grać, a scena była pełna ciekawych widzów. Uratowało ją wspomnienie wczorajszego lasu; zimny strumień chłodnego zastanowienia zalał brutalnie jej wewnętrzny war. Zasępiła się, zmartwiała i już szczerze zmieniona przysiadła obok pani Urszuli.
Na stole mięsiwa były już mocno szarpnięte, na wety częstowano się ciastami i polityką, ale butelki szczękały bez przerwy. Mówiono o jakichś głuchych wieściach, zapowiadających wojnę. Poberezki, wytrawny badacz dyplomacji, dowodził najgłośniej:
— A ja wam mówię, kochani, że Mars już porządkuje swoje cekhauzy, ale nie głupi wysyłać jawnych laufrów. Coś się już węszy, węszy, druk gazety pachnie wojną więcej niż tuszem, i tak myślę, że już rychło dźwiękną tu austrjackie kopyta.
— Ejże, słyszymy o tem od ćwierć wieku, albo i więcej — wątpił proboszcz. — Tymczasem była turecka, japońska, bałkańska, ale europejska?... za ciężka jejmość, żeby iść na bagnety. Śpi sobie babcia.
— Na pruskie armaty, księżuniu — wołał Poberezki. — Co tam bagnety — przegryzka. Niechno gruchadełka Kruppa zagrzechoczą, to się wtedy przekonamy, czy owa jejmość śpi.
— To niby Prusom przepowiada pan inaugurację? — spytał Burba.
— Kto tam zacznie to zacznie, ale będzie miał ciężką łapę, a pukadełka esseńskie hukną sobie od morza do morza.
— Taż pozwól im, sąsiedzie serce, przeskoczyć i za morze, cóż tak skąpisz im kontynentu, kochany. Kiedy już hulaj dusza, tak od Ameryki do Australji bodaj.
— Ot, że Burba to i optymista, nie wierzy w wojnę — trząsł głową Poberezki. — A wam się zdaje, że wielka armja niemiecka, to tylko dla dekoracji Hohenzollernów stworzona? a ich hymn „Deutschland ueber alles” to tak sobie na wiatr ułożony?
— No, sztuka wielka, że oni go sami sobie ułożyli.
— Z wojny to nie kpijcie, panowie, bo, jak mówi Chmielnicki w „Ogniem i mieczem” — „dzień sądu idzie już przez Dzikie Pola, a gdy nadejdzie, — zadywytsia wsij świt bożyj”.
Wszyscy się trochę zamyślili, Poberezki z palcem podniesionym w górę, błyskający błękitem zapatrzonych oczu pod szybką szkieł, wyglądał jak prorok i powtórzył ciszej, zawodząco:
— Oj, zadywytsia, zadywytsia...
— Kraczesz, kochany — ocknął się Burba — sąd... to by tak... ale nie łatwo on przejdzie przez obecne obwarowania.
Obywatel aż skoczył z zawziętości.
— A Mugden, a Cuszyma?...
— Pięknie, ale to jeszcze nie sąd.
— Bodajże was, toć to draśnięcie w nos paznokciem, przed kułakiem w mordę, pierwszy pryszcz ropny toczącego „wilka“. Ale zagłada idzie... idzie, a już ten kułak kiedy wytnie szczutka, tak i wszystkie zęby wylecą. No, a co wtedy?..
Odezwał się Uniewicz:
— Mnie uderza tylko jeden, nie wybitny szczegół, ale może znaczący więcej, niżby się zdawało. Oto pojawienie się w tych czasach różnych dziadów „wołokitów”, niewidywanych tu przedtem, a natomiast zupełne zniknięcie węgrów z towarami. Dawniej i w Królestwie i na Wołyniu mnóstwo chodziło tych łubkowych pudeł, pieszych handlarzy, to byli szpiedzy.
— Więc tembardziej teraz powinniby się włóczyć w myśl przepowiedni pana Poberezkiego — zauważyła Elża.
— Przeciwnie, pani, zrobili już, co do nich należało, misja spełniona.
— Niechże Bóg broni od wojny — szepnęły kobiety.
— Ha, ale tylko przez wielkie trzęsienie ziemi mogą runąć nasze kazamaty — zatargał dłonią Poberezki.
— A, ba! — mruknął uparty Burba. — Byle nie zatoczyć się ze Szluesselburga do Szpandawy, z pod papachy pod pikelhaubę; zamiana ryzykowna.
— Wstydź się, kochany sąsiedzie, tak wątpić w siły własne.
— Jaż nie wątpię, jeno dużo już widziałem i na skórze własnej noszę ślady swej młodzieńczej wiary.
— He! co nasza zawierucha 65-go, to nie huragan wszechświatowy, a ten prędzej czy później... nadciągnie.
— A komety, — wtrącił proboszcz — to także insygnia wojny; było ich kilka w ostatnich czasach; kometa Halley’a...
— Tak i cóż? — drwił Burba — mieliśmy się znaleźć w sferze jej ogona i... jakoś ta miła ewentualność nie spotkała nas.
— Ale kometa była.
— Co tam komety, przeczytajcie panowie Blocha, przeczytajcie Blocha, — mówił Poberezki, przejęty swojemi wróżbami, niby spirytysta objawieniem.
Rozpolitykowanych mężczyzn panie z trudem nakłoniły do wyjazdu. Pani Urszula zapraszała całe sąsiedztwo do Warowni na tradycyjny zjazd drugiego dnia świąt.
— Tam dokończymy, kochani, wojny i porozdajemy zwycięstwa — serdecznie pomagał żonie stary Burba.
Zrobił się mały tłok przy ganku plębanji, wołano na powozy, konie rżały ku sobie pożegnalnie. Zgrabny amerykan Tomka i śliczna para aksamitnych karoszów w żółtych szorach, zwycięsko jakoś wyminęła wszystkich, podjeżdżając. Tomasz stanowczo ale dziwnie miękko podał rękę Elży... i trochę się na nią zapatrzył.
— Jedziemy!
Zdecydowanie rzuciła naprzód figurą, opiętą w ciemne sukno, i, uniesiona prawie silną ręką Tomka, po niklowej sprężynie lekko wskoczyła na siedzenie. Burba, ujmując lejce z rąk stajennego, który siedział na tylnym koziołku, rzekł krótko:
— Na kozioł w powozie!
Uniewicz machnął wesoło kapeluszem.
— Przyjemnej podróży.
Karosze zerwały się do lotu, — pomknęli.
Złe błyski migotały w oczach panny Emilji Gozdeckiej, tembardziej, że Poberezki rzekł dość głośno do proboszcza:
— Szykuj, księżuniu, dobry kobierczyk pod amboną, bo rychło dwie ważne persony z niej spadną. Wprawdzie nie pszeniczka, ale żyto ci się ściele, dobrodzieju!
Na „amerykanie“ długi czas trwała cisza, tylko stukały kopyta rączych kłusaków po ubitej drodze małej osady żydowskiej. Skręcili wkrótce na trakt szeroki, obsadzony po obu stronach zagajnikami młodych sosen. Zapach żywiczny, wiosenny wionął z tych roztoczy, pobudzając krew i nerwy do życia, do kochania. Elża spojrzała śmiało na swego towarzysza. Był poważny, wzruszony ale i podniecony, nozdrza falowały mu szybkim tempem. Odwrócił głowę, spotkali się wzrokiem.
— Ach ty... łotrze! — wyrwało się Elży szeptem pośrednim między niegroźną wymówką a serdecznem uczuciem.
Tomek zadrżał i zrobił taki ruch, jakby ją chciał porwać w ramiona, ale się powstrzymał, ujął jej rękę i, patrząc w tęskne oczy kobiety, spytał głucho, a rzewnie:
— Czy bardzo źle myślisz o mnie, Elżo?...
Potrząsnęła głową przecząco.
Tomek wyprostował się energicznie.
— Tak, ja ci winienem wyjaśnienie, ty nic nie wiesz, więc nic cię pytać nie mam prawa. Ale słuchaj mię, Elżo.
Dłonią przykrył jej rękę, leżącą na kolanach. Pochylony patrzał na nią głęboko.
— Słuchaj, jedyna, mówię jak na spowiedzi. Od czasu poznania ciebie ty już panujesz w mojej duszy i serce tobie oddałem. Poprzednie uczucie dla Słupskiej znikło bezpowrotnie, to była tylko zresztą zmysłowa podnieta, szał zmysłów zaostrzony jej miłością, ta dziewczyna jest mi oddana, lecz jej nie skrzywdziłem, bo uczciwa. Teraz... ona gotowa na wszystko, ale ja kocham ciebie, Elżo... Uczucie moje i... męskie pragnienia zawarłem tylko w tobie. Miłuję cię bardzo gorąco.
Zaległa krótka, głucha chwila. Tomek zgniótł nerwowo drżącą rękę kobiety i zaczął mówić ciszej:
— Byłaś wczoraj w Pysznym Borze, na Atamanie; nie wiem jak to się stało, ale to byłaś ty, ten gwałtowny tętent to była ucieczka przed... ujrzaną sceną. Więc daję ci słowo honoru, że nie umawiałem się z tą dziewczyną, spotkanie zupełnie przypadkowe...
— Ona na ciebie ciągle czyha, — wybuchnęła Elża — i ja ją spotkałam prawie w tem samem miejscu w dniu twego przyjazdu, właśnie ona przyszła niby po... barwinek.
Burba uważnie patrzał na wzburzoną Elżę.
— I ty tam... byłaś z nią?
Śmiało podniosła na niego oczy.
— Tak, i także dla ciebie — Rywalki, zaśmiała się gorzko. — Ale ja się usunęłam natychmiast. Ona nic ci nie mówiła o tem?
— Nie. powiedziałem jej, że między nami już... wszystko skończone.
— Płakała, słyszałam.
— Tak.
Elża nie odrywała oczu od płonących źrenic Tomka.
— Czy wszystko, czy jesteś pewien, że wszystko... skończone?...
— Nie ufasz mi?
Ból był w jego glosie.
— Ufam ci, ale... nie umiem rywalizować.
Zadygotał cały.
— Ty z Karolcią? Nigdy! i... dałem ci słowo.
Przymknął oczy, rzucił ostro:
— A ja... czy nie rywalizuję?
— Z kim? — spytała odruchowo, z oburzeniem, lecz w tej samej chwili jaskrawa luna spadła na jej twarz. Uczuła jakby uderzenie miota w skroń. Dziwny, przykry wstrząs niby nagłe potknięcie się o próg, przy wejściu do przybytku szczęścia.
Burba przenikał ją oczami, zda się, na wskroś i powtórzył strasznym szeptem:
— Czy ja nie rywalizuję — z Arturem?...
Oczy Tomasza, ich moc zatrzymały ją; nie cofnęła się i nie upadła. Żywym ruchem podała mu rękę.
— Nie, — rzekła odważnie, — ja się nie waham, gdy idę na dobre, czy na złe idę, albo uciekam. Stamtąd... uciekłam — szepnęła cicho, schylając głowę.
— Wolałbym, abyś... była odeszła — rzekł poważnie.
— Nie analizuj, Tomku, nie analizuj.
— Nie chcę być dla ciebie ucieczką, pragnę być... celem.
Szarpnął lejcami tak silnie, że konie wbiły kopyta w ziemię. Amerykan stanął. Burba chwycił obie ręce Elży, twarz jego była w ogniu, pełna męki, szaleńcza prawie. Wybuchnął:
— Nie męcz mię, na Boga, mów, kochasz mnie, chcesz być moją?... chcesz dać mi szczęście, na życie całe?... mów!
— Tomku, uspokój się...
— Mów, ta niepewność mnie zabija. Chcę widzieć wyrok swój. Kochasz mnie?...
Szał jego zaraził ją, unosił.
— Kocham, tak ale...
Rzucił się ku — niej i znowu zatrzymał. Zmarszczył brwi.
— Ale... co?...
— Czy ja ci mogę dać szczęście, czy ja odpowiem twoim wymaganiom, bo ja, widzisz, mam swoje fantazje, ideały, nawet kaprysy, ja jestem fantastka, warjatka. Nie gnieć mi tak ręki, Tomku. Co tak na mnie ostro patrzysz?...
— Nic, nic, więc jakąż to jeszcze jesteś, czy masz być dla mnie?...
— Właśnie taką, jak mówię. Czy ja wogóle potrafię być dobrą żoną ze swojemi marzeniami, chimerami, utopjami.
— A jeśli ja właśnie wszystko to w tobie kocham i nie chcę, abyś się zmieniała w niczem, chcę cię taką, jaką jesteś.
— A moja literatura? Tomku? może być sobie głupia czy mądra, to już moja idea, czy moja idée-fixe, jak chcesz nazwij, ale stała się już moją drugą naturą, jej się nie pozbędę, dla ciebie.
— Więc o co ci chodzi, na Boga, czy ja mam ci zabronić pisać? Elżuś, za kogo ty mię masz? Ja cię nie będę odwodził od twoich ideałów, ani mrzonek. Jak nawet możesz tak mówić?...
— Ej, Tomku, ty nie wiesz, ale ja przy biurku wśród książek, szpargałów, w swoich zeszytach potrafię zapomnieć o obiedzie... o... wszystkiem, jak mię co poniesie, to już...
— A ja znowu nie chcę cię za gospodynię, tylko za żonę, słyszysz? Wystarcza mi, że mię kochasz. Czy kochasz mię, powtórz!
— Boję się, czy tak jak... ty byś chciał, jak... jesteś wart... jak się kochać... powinno.
— Chcę abyś mi była żoną, bo dla mnie z tobą już tylko mój los, mój byt.
Nie zrozumiał jej, odczuła to, a on całował teraz jej ręce gwałtownie, namiętnie, z ust jego wybiegały słowa pieszczotliwe, pełne uczucia, wrzące, jak jego krew rozogniona.
— Moja... moja, moja! — szeptał, obejmując ją i łowiąc jej usta.
Chociasz podniecona, usunęła się instynktownie.
— Tomek... zaczekaj... warjacie!
— Nie broń mi tego szczęścia, Elżuś, przecie to nasz cudny dzień, narzeczoną moją jesteś.
— Jeszcze nie, a Karolcia?...
— Nie wierzysz mi? — krzyknął głucho — przecież ci mówiłem!
— Całowałeś ją, szalałeś, ja nie całowałam dotąd nikogo własnem pragnieniem, nawet męża.
— Ależ ja jestem mężczyzną, Elżo, czyż ty tego nie rozumiesz?
— Tak... ja wiem, lecz...
Nie umiała sformułować czegoś, co ją dręczyło, nie mogła zerwać stanowczo, bo nie zdołała uchwycić tej siatki, osnuwającej urok obecnej chwili. Tomek zdarł ją bez wahania. Otoczył Elżę ramionami, przycisnął mocno do piersi i wołał gorączkowo:
— Ty, tylko ty dla mnie; tamto... był drobiazg... tylko zmysły, tamto nie istnieje.
... Ty wszystko... ty!... ty!...
Porwał jej usta przemocą, zdusił palącym węglem swoich, całował je, wpijał się z dziką zachłannością. Świat wirem zakręcił mu się w mózgu.
— Puść... Tom!... ty!... — jęknęła Elża.
Nie słyszał, nie chciał słyszeć.
Sama oderwała się od niego.
— Duszę się... dość!... Ach, Tomek!... jakiś ty... patrz, co się ze mną stało, jestem jak wiatrak.
— Co... kapelusz spadł?... no nic... jedyną moja najmilsza...
Wyciągnął ramiona. Ponownie chciała się bronić, gdy wtem konie zarżały i ruszyły naprzód.
— Bój się Boga, powóz nadjeżdża... Tomek!... kapelusz mój, patrz na trawie — wołała Elża, trzepiąc rękami z komicznym przestrachem — podnieś prędzej, furmani zobaczą, prędzej Tomek!...
Zeskoczył na ziemię, ujął szybko kapelusz i zastanowił się, otrzeźwiony.
— A myśmy gdzie zajechali?...
— A no, w zagajnik, konie same podeszły, myśmy nic nie słyszeli nawet — dokończyła z zawstydzeniem.
Wskoczył na siedzenie.
— Elzuchna ty moja, widzisz, straciliśmy pamięć i przytomność, ja właściwie, czy i ty... co...
— Są dowody przecie, ej, fe! to wstyd tak się ogłuszyć, jak my.
— Jaki tam wstyd, rozum tracę dla ciebie...
— Patrz, patrz, nadjeżdżają już nas widzą.
Tomasz skręcił konie na miejscu i skierował je na drogą. Ale powóz zrównał się z niemi. Pan Cezary wychylony głęboko, wołał tubalnie:
— Cóż to wypadek mieliście?... Hę!...
Oboje starzy i Uniewicz, nawet stangreci patrzyli uważnie na młodą parę. Tomasz zrozumiał, że trzeba sprawą jakoś wyświetlić.
— Konie nam się spłoszyły.
— A... czego?... pewnie powoziła Elżunia.
— O, dziadziu, ja umiem jeździć — zawołała, wpychając rozluźnione włosy pod kapelusz. Na ustach jej paliła się świeża krew i uśmiech igrał figlarnie zagadkowy.
— Poprostu rozbiegały się karosze — informował Tomek decydująco, — lecz miał przytem zbyt promienną minę.
A stangreci wątpili, sądząc po spokojnym wyglądzie koni.
— Musi lejc się przełożył, daj dlatego poszły w bok.
— Dobrze, że kranc zwrotny, a to by się hamerykan przewalił, — rzekł drugi.
Stary Burba wedle własnej obserwacji uznał kwestję za wyczerpaną.
— No, to jazda! Wracajcie nam prędko.
Powóz ruszył pierwszy, wyprzedzając amerykan.
— Je suppose, qu’ils sont déjà au bord, — rzekł pan Cezary domyślnie.
— Justement, ou bien en plaine mer, — potwierdził Uniewicz.
— Pani Urszula zaakcentowała swoje przeczucia krótkim „uhm“... i zaczęło się cichutko modlić.
W Warowni, w wielkiej sieni, odbywało się właśnie dzielenie święconem jajkiem z całą służbą dworską i folwarczną, gdy zatętniało, zaszumiało i rozpędzone karosze, okapując białą pianą, skry sypiąc z oczów, stanęły przed gankiem.
Uniewicz na schodach wzniósł ręce do góry.
— Hooo... laaa! Ależ, po kawalersku!
Cezary Burba ujrzał przez okno syna, który na rękach wynosił z amerykana ukochaną. Wygląd jego wystarczał mu, — rzekł śpiesznie do służby:
— No, idźcie, kochani, do czeladnej, stoły tam na was z poczęstunkiem czekają, bo ot... przyjechali młodzi państwo.
Wyszedł na ganek uroczyście, nastrojony poważnie, a tryskający niecierpliwą radością.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Dzień świąteczny świecił w Warowni rzęsistą pozłotą wiosennego słońca, ogólną pogodą i szczęściem mieszkańców starego dworu. „Wesoły nam dziś dzień nastał“ — wołał często pan Cezary, ściskając syna i przyszłą synową.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.