Trzy psy/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Trzy psy
Podtytuł Romansik obyczajowy i dość obyczajny
Pochodzenie „Kolce“, 1876, nr 48-51, 53
Redaktor J. M. Kamiński
Wydawca A. Pajewski i F. Szulc
Data wydania 1876
Druk Aleksander Pajewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


I.
Cerber z jedną głową.
......„Cerbero il gran vermo
„La boccha aperta, e mostrocci le sanne
„Non avea membro, che tenesse fermo.“
(Dante, Inferno, Canto VI. 22, 23, 24).

Potężny buldok siedział na ganku przed dworkiem opuszczonym i zaniedbanym dosyć... Znać było że brak jest pani w tem ustroniu, kwiatki pod oknami były zeschłe i zwiędłe, szyby staremi gazetami zalepione, ławki pokrywała na palec gruba warstwa kurzu... I budynki folwarczne nie były w lepszym utrzymane porządku, dach na oborze i stodołach świecił licznemi dziurami, gołębnik przewrócony spoczywał spokojnie w gnojówce, szopa ongi na skład narzędzi gospodarskich służąca przygarbiła się i pochyliła do ziemi...
Jedyną ozdobą całego tego zakątka była stajnia, snać szczególnemi względami pana ciesząca się, bo i drzwi miała porządne i okna całe i kilku ludzi uwijało się koło niej.
Tak wyglądał folwark Wroniepiórko należący do pana Ignacego Krzykalskiego, człowieka najzacniejszego ze wszystkich znanych pod słońcem.
Ten pan Krzykalski był to stary kawaler, czterdzieści lat burzliwego żywota spędziło mu z czoła bardzo niegdyś gęstą czuprynę... i dziś tylko zaokrąglone kształty i wąs rudy jak miotła obfity, świadczyły że zdrowie tego obywatela jest w stanie kwitnącym, i dającym najświetniejsze nadzieje na przyszłość...
Doktór z sąsiedniego miasteczka przez lat dwanaście nie zarobił od pana Ignacego ani złamanego szeląga.
Za to zarabiali bardzo wiele potentaci finansowi, pan Szapsia Drejkönig i Pinkwas Gelbwirginien — gdyż obadwaj ci słowianie wyznania mojżeszowego mieli ogromny apetyt na Wroniepiórko i nabywając ziarno jeszcze nie siane, okowitę na którą kartofli nie sadzono i inne tak zwane produkta przyszłości, wciągali zacnego pana Ignacego w sieć, niby dwa wielkie pająki chciały ułowić potężnego bąka...
Miewał też pan Ignacy częste wizyty owych sąsiadów, a szczególniej tego pierwszego.
Pewnego czerwcowego południa, wjechał na dziedziniec pan Szapsia Drejkönig, na biedce obdartej zaprzężonej w jednego bułanka ślepego, kulawego i z odgniecioną od chomonta piersią.
Wjechał i odbywał rekolekcje przed gankiem, ponieważ nikt na jego spotkanie nie wyszedł, buldok tylko zeszedłszy z ganku, pocichu, nie szczekając, zbliżył się do biedki i oparł na niej przednie łapy pokazując przyszłemu dziedzicowi Wronichpiórek, zęby straszne i białe jak kość słoniowa.
Była to straszna dla pana Szapsi chwila. Zdawało mu się, że lada moment straszne zęby tego potwornego psiska wpiją się w jego delikatne ciało, że podrą mu żupan, zjedzą aksamitną czapkę i jego samego wraz z baryłką, biczem, lejcami, próżnym workiem i chomontem...
Chciał krzyczeć, ale nie mógł — osądził więc że najwłaściwiej będzie czekać... Czekał więc, a pies położył się przy biedce i nie spuszczał go z oczów, gotów rzucić się za najmniejszem poruszeniem obserwowanego.
Szapsia utrzymywał, że przez cały czas jego handlowego zawodu, chwile spędzone na oczekiwaniu przed dworem w Wronichpiórkach kosztowały go najdrożej.
Nareszcie, od stajni ukazał się pan Ignacy w słomianym kapeluszu, letniej bluzie i butach z ogromnymi cholewami.
— Jak się masz, stary szachraju! zawołał zdaleka!
W żydka duch wstępować zaczynał.
— Czy myślisz szabasować na tej biedzie? Czemu nie złazisz, do licha?
Szapsia nie śmiał głosu wydobyć, z obawy aby nie rozdrażnił buldoka...
— A to komedja! ogłuchł żydzisko jak pień! wołał pan Ignacy, skaranie Boże, jak będę potrzebował pieniędzy to nie usłyszy.
Żyd się uśmiechnął, ale obejrzeć się nie odważył.
Pan Ignacy przystąpił do samej biedki.
— Dla czego nie zsiądziesz? zapytał.
Na to Szapsia schyliwszy się do samego ucha dziedzica, rzekł głosem drżącym.
— Boję się za psa, proszę wielmożnego pana.
— Złaź, nic ci nie będzie — pójdź tu Cerber do nogi...
Żyd z wielkim strachem oglądając się na wszystkie strony, zsiadł z biedki, i obadwaj z panem Ignacym weszli do dworku, a psisko swoim zwyczajem rozłożył się na ganku i usnął.
Co mówił pan Krzykalski do szanownego Szapsi Drejkönig, co szanowny Szapsia odpowiadał panu Krzykalskiemu, to pozostanie na zawsze tajemnicą pomiędzy temi dwoma obywatelami, pozostanie tajemnicą tem bardziej, że pan Ignacy obecnie znajduje się prawdopodobnie w otchłaniach piekła, zaś Szapsia siedzi sobie w raju i spożywa marynatę z wielkiego Lewjatana.
To wszelako jest pewnikiem, iż musieli coś z sobą gawędzić, a spółczesna kronika twierdzi nawet, iż rozmawiali tak długo, że kasztanek miał czas wyskubać trawkę na przestrzeni siedmiu łokci kwadratowych dziedzińca.
Ściany, które jak twierdzą uczeni mają uszy, słyszały że pan Drejkönig tłomaczył panu Ignacemu jako niedogodnie, nierozsądnie a nawet nieprzyzwoicie jest być kawalerem; że każdy mężczyzna od samego urodzenia przeznaczony jest na męża i że w sąsiedztwie pana Ignacego w posiadłości zwanej Lisia­‑jama znajduje się piękność, która, oprócz przyrodzonych wdzięków, posiada dwa razy tyle gotówki ile potrzeba do spłacenia wierzytelności Szapsi, wraz z kosztami procesu i procentem prawnym pięć od sta od dnia wręczenia pozwu liczyć się mającym.
Wymowa Szapsi, jeżeli nie odznaczała się cyceronowską czystością stylu i pięknością form krasomówczych, miała jednak tę siłę przekonywającą, którą tak świetnie włada Gambetta.
Pan Krzykalski został zwyciężony, nie miał siły odparcia potężnych argumentów... poddał się.
Sam nawet, pobity nieubłaganą logiką i prawdą perory Szapsiowej, przyszedł do tego przekonania, że żona jest darem Bożym, o który każdy człowiek przyzwoity starać się powinien choćby miał się narazić na odprawę zwaną pospolicie odkoszem.
Już Szapsia odjechał, już i kurz na gościńcu spadł na ślady jego dwukołowej biedki, już psy wiejskie dawno przestały szczekać, a pan Ignacy, dumał nad ważnością sakramentu małżeństwa. Myśl jego szybowała w przestrzeniach rojeń i fantazji, w owych sferach uroczych, w których człowiek widzi to, czego nie ma i przez naturalną konsekwencję nie spostrzega tego co jest...
Zadumał się poczciwina, zadumał tak głęboko aż sen skleił mu powieki, a brzemienna myślami łysina pochyliła się i uderzyła z łoskotem w stół dębowy tak silnie, aż jej właściciel krzyknął przestraszony:
— Jezus! Marja! Józef!
Tak to rzeczywistość traktuje marzycieli. W jednej chwili rzuca ich z wyżyn nieba na ziemię — z eterów na bruk, z pierwszego piętra do piwnicy...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.