Trzy psy/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Trzy psy
Podtytuł Romansik obyczajowy i dość obyczajny
Pochodzenie „Kolce“, 1876, nr 48-51, 53
Redaktor J. M. Kamiński
Wydawca A. Pajewski i F. Szulc
Data wydania 1876
Druk Aleksander Pajewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


II.
Drugi pies.
„W moich oczach smętnych wiecznie
Często gości łezka,
Nikt nie kochał mnie serdecznie
Ukochałam pieska!“
(Śpiew starej panny).

Zostawiwszy pana Ignacego własnemu losowi i własnym myślom, pozwólmy mu dumać i tłuc sobie czoło, a sami jedźmy do dóbr Lisia­‑jama, gdzie w starym do ziemi schylonym i zębami czasu poszczerbionym dworku mieszka samotna, sentymentalna i melancholiczna panna Zofja Brukwicka, córa i jedyna spadkobierczyni Chryzantego i Pulcherji z Łapiguzów Brukwickich.
Jako demokrata z przekonań i z głęboko w sercu wszczepionych zasad, nie będę się rozwodził nad długim szeregiem przodków panny Zofji, z których jedni trzymali propinację, drudzy handlowali wieprzami i wołami opasowemi, inni zaś wypalali smołę i dziegieć — pominę wyliczanie znakomitych dzieł jakie dokonali na polu przemysłu i handlu krajowego — zamilczę o świetnej karjerze ojca panny Zofji i przystąpię wprost do opisania jej samej...
Dziewicy tej los przeznaczył od urodzenia wielką dozę szczęścia zarówno moralnego jak i materjalnego. Dał jej Lisiejamki, nie dał męża, (co także jest szczęściem, bo mogła trafić na jakiego ladaco) i oprócz tego, kazał jej być bohaterką niniejszej opowieści, co jakkolwiek nie stanowi szczęścia, jednak musi być rzeczą przyjemną skoro pewien rzeźnik prosił mnie żebym napisał „książkę“ o jego romansie z dozgonną towarzyszką życia...

W moich oczach tęsknych wiecznie
Często gości łezka,
Nikt nie kochał mnie serdecznie,
Ukochałam pieska.

W tej zwrotce, którą panna Zofja bardzo często śpiewała przy fortepjanie, malował się cały stan moralny tej dziewicy.
Niejednokrotnie puszczała wyschłe palce po pożółkłych klawiszach i drżącym głosem nuciła tę piosenkę, jakby chciała w niej wypowiedzieć wszystko... całą swoją boleść, cały smutek, nienawiść do mężczyzn i wszystkie zasady filozofji na swój sposób pojętej...

Gdyby kiedy gniew mój stały
Jął się nieco kruszyć,
Pilnuj że mnie piesku mały,
Nie daj serca ruszyć...!

Owóż takie było, zadanie kudłatego pinczera, który pojmował prawdopodobnie słowa pieśni, gdyż po każdej zwrotce odzywał się takiem smutnem, takiem żałobliwem wyciem i skomleniem, że aż milkły wróble na dachu, a myszy w norach swoich zamyślały się głęboko nad psychologicznem znaczeniem tęsknoty, oraz nad zawikłaną teorją westchnień długich i urywanych. Powiadają że mysz nie myśli... — myśli, bo od czegóż ma maleńką główkę i bystre przenikliwe oczki, myśli może nawet rozsądniej od niejednego literata, bo przynajmniej myśli swych nie przelewa na papier.
Zresztą, jeżeli nie wierzycie, zapytajcie Krasickiego co mysią epopeję napisał, Lafontain’a, który stare myszy maluje zwykle jako wzór matek i ideał poświęceń oraz cnót rodzicielskich.
Pewien stary artylerzysta powiedział że serce kobiety jest jak bomba, musi ono w swoim czasie wybuchnąć ogniem i iskrami uczucia, oraz musi trafić w jaką ofiarę. Jeśli trafi w młodzieńca, to tem lepiej, jeśli trafi w starca to okropnie, a jeśli w psa... to tem gorzej dla psa i dla bomby...
Dlaczego panna Zofja za mąż nie poszła, o tem nie wie nawet pani burmistrzowa z Łysobyk, kobieta, która wie wszystko,.. jednak musiała mieć kiedyś jakiegoś wybranka, bo w najgłębszej skrytce jej toalety znajduje się zwitek listów związanych niebieską wstążeczką, jakaś minjatura z wąsami, i pęczek włosów czarnych jak smoła.
Pamiątki te pochodziły z epoki, w której dawano pannom na pamiątkę włosy i kiedy kobieta nie śniła o posiadaniu więcej realnych wartościowych wspomnień. Pomiędzy pamiątkami panny Zofji był nawet sonecik napisany czerwonym atramentem, na najpiękniejszej bibule jaka istniała w ówczesnym papierowym świecie!...
Sonet ten zaczynał się w ten sposób:

Przysięgnąć chciej boska Zofijo,
Że kochasz mnie miłością wieszczy
Bo serce me z obawy trzeszczy,
Żebyś nie była żoną czyją?

O pięknaś ty! z łabędzią szyją,
Potężna moc twych wejrzeń kleszczy,
A dusza ma w cierpieniach wrzeszczy
I pulsa w skroni jak młot biją.

Zapewne, nie ulega kwestji że sonetu tego nie pisał Petrarka, ale bądź co bądź, w tych trzeszczących rymach znać było serce, a każdy kto ma serce już jest Petrarką, z tą tylko różnicą że pisze sonety cokolwiek gorsze pod względem formy...
Na tej zasadzie śmiało utrzymywać można że i każda panna, chociażby nie miała najmniejszego wyobrażenia o sonetach, tercynach, oktawach i innych wynalazkach muz i poetów, może być tak dobrą jak prawdziwa Laura.
„O i ja kiedyś byłem farysem!“ woła poeta.
„O i ja kiedyś byłam Laurą“ może powiedzieć panna Zofja, i dodać dla rymu:
„Będzie piętnaście lat temu z górą.“
Rola Laury zostawiła ślady na obliczu panny Zofji, twarz jej wybladła, wywiędła, stała się jak starożytny pargamin, wązkie usta zacisnęły się w wiecznym sarkastycznym uśmieszku, perłowe niegdyś ząbki teraz zbolałe, nasuwały się materacykiem z ziół aromatycznych, tylko jedne oczy nie straciły nic ze swego blasku, owszem sypały iskrami prawdziwego ognia...
Panna Zofja była sympatyczną istotą, pomimo swoich śmieszności, pomimo miłości dla kudłatego psa, ukochanego Azorka, pomimo trzydziestu siedmiu lat życia i materacyka na twarzy, po bliższem zapoznaniu się robiła wrażenie przyjemne.
Oczytawszy się romansów, szukała w życiu samej poezji, przez co robiła same tylko głupstwa, i gdyby nie opieka poczciwego staruszka — rządcy, to Lisiejamki, pannę Laurę i nieoszacowanego Azorka, dawno by już sprzedano przez publiczną licytację, wraz ze wszystkiemi ruchomościami.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.