Trędowata/Tom II/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Trędowata
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk Drukarnia Dziennika Poznańskiego
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
II.

W Ruczajewie zapadł cichy wieczór zimowy. Śnieg sypał gęsty, rozpylając się w białe tumany. Od ganku obszernego dworu odjechały sanki, które przywiozły Stefcię. Weszła witana przez rodziców, rodzinę i służbę. Twarze rozjaśniły się na jej widok. Stefcia w objęciach matki zapomniała o istotnym powodzie przyjazdu. Tuliła się do niej z cichym łkaniem. Pani Rudecka odgadła, że to coś innego, niż żal po babce.
— Spóźniłaś się trochę, dziecko — mówił ojciec — już po eksportacji. Jutro pogrzeb.
— Ja, ojczusiu, wyjechałam natychmiast, ale telegram był spóźniony.
Wszyscy przyglądali się Stefci z ciekawością, matka z rozczuleniem. Od czasu wyjazdu z domu dziewczyna wyładniała i nabrała powagi, zwłaszcza dystynkcji, potęgującej naturalny wdzięk. Ojciec znalazł w niej różnicę nawet od jesieni: w jego oczach Stefcia zwątlała. Jej śliczna cera nabrała tonów bledszych, stała się podobną do konchy perłowej. Różowe, kształtne usta uśmiechały się mniej wesoło. Oczy mogły zastanawiać. Fijolet ich wzmocnił się, delikatne bronzowe obwódki i długie rzęsy ocieniały je w sposób nieco tragiczny. Błyszczące iskry krasiły je, nadawały wyraz bujności temperamentu i lekkiej egzaltacji. Odgadywało się w ich głębiach uczucia jeszcze inne: tęsknoty, smutku, może nawet żalu niewypowiedzianego jasno... Jeden z jej młodych kuzynów, Narnicki, wyraził się o niej, że jest tak natchniona, że dawne djabliki w jej oczach wprawdzie nie zginęły, lecz stały się innemi, mniej błyszczącemi, ale więcej przykuwającemi. Nastrój całego domu był poważny, więc niezwykła powaga Stefci nie raziła. Ją zastanawiał ojciec i matka. Widziała w nich zmianę, spoglądali na nią z obawą. Troska malowała się zwłaszcza na czole ojca. Gdy dziewczyna wspomniała rodzicom coś o panu Macieju, oboje przybledli i zamienili z sobą szybkie spojrzenia. Stefcię to zaniepokoiło. O Waldemarze starała się nie mówić. Nikt zresztą o niego nie pytał.
Tylko raz kuzyn Narnicki zagadnął ją znienacka:
— Czy Słodkowce to prywatny majątek, czy jedno z dóbr ordynackich?
— Prywatny majątek.
— A w jakim wieku jest ordynat?
— Ma trzydzieści dwa lata.
Stefcia zaróżowiła się najniepotrzebniej.
— Ach to zupełnie młody człowiek! — zauważył Narnicki, patrząc na nią badawczo.
Pan Rudecki podchwycił:
— Widziałeś jego portrety w dziennikach, gdy obejmował ordynację po śmierci Janusza i po wyprawie do Afryki.
— Tego nie pamiętam. Ale przypominam sobie, że podobizny jego podawały pisma po wystawie. Przystojny człowiek, a nadewszystko...
— Wspaniały... czy tak? — rzekł pan Rudecki.
— I typowy wielki pan. Można to poznać odrazu. To nie jakiś dorobkiewicz, udający pana, ale karmazyn rodowy? Widać to nawet z twarzy. Ma przytem wiele pewności siebie i dumy, ale w dobrym rodzaju.
Stefcia miała ochotę wypowiedzieć, jakim jest Waldemar, ale czuła, że nie potrafi o nim mówić obojętnie. Ograniczyła się do krótkiej uwagi.
— Kuzyn ma słuszność. Prawdziwa arystokracja różni się pod każdym względem od swych naśladowców. Szczególnie przy bliższem poznaniu różnica występuje znamiennie i bardzo na jej korzyść.
Pan Rudecki spojrzał z ukosa na córkę.
— Byle nie przy najbliższem — szepnął do siebie, a głośno dodał:
— O tem najczęściej decydują fakty.
Nie bardzo zrozumiano, co chciał przez to powiedzieć.
Późno w nocy, gdy się wszyscy rozeszli, Narnicki swe uwagi o Stefci sformułował w jeden pewnik:
— Jest pod wpływem arystokracji, zwłaszcza ordynata — może nawet....
Nie chciał dokończyć myśli, gdyż Stefcię widział od dawna w swym programie życiowym — teraz punkt ten podkreślił jako stanowczy.
Pogrzeb na drugi dzień odbył się z licznym udziałem okolicznego obywatelstwa, chociaż zmarła nie była stałą mieszkanką Ruczajewa. Zwłoki złożono tymczasowo w rodzinnym grobie-Rudeckich, skąd potem miano je przewieźć do majątku Rembowskich.
Stefcia w orszaku żałobnym odmówiła ramienia Narnickiemu. Szła sama, trochę z boku, brnąc w śniegu, zmiecionym ze środka drogi. Czarne ubranie i welon krepowy dodawały smukłości jej zręcznej postaci. Szła smutna i zamyślona. Zmarłą babkę widziała przed rokiem, wówczas, gdy Prątnicki bywał w Ruczajewie, jako starający się.
Siwa staruszka wzbudzała poszanowanie, przy wielkiej słodyczy obejścia. Rysy twarzy, jakkolwiek zwiędłe, zachowały do końca regularność linji. Zastygła w nich tragedja, przebyta w zaraniu życia. Stefcia była żywym portretem babki, co stwierdzały stare jej fotografie.
Od wczesnego dzieciństwa słysząc o jakiejś smutnej historji w młodości babki, Stefcia interesowała się nią niezmiernie. Ale jakiego rodzaju mogły być te smutki, nikt nie chciał jej objaśnić. Staruszka, zapytana wręcz, zbladła, zalecając wnuczce, aby na przyszłość nie zadawała podobnych pytań.
Babka Stefci oddawna cierpiała na serce, uważano bardzo, aby jej nie rozdrażniać. Z tego powodu nie wiedziała długi czas, że Stefcia nie jest w domu. Wiadomość o zerwaniu z Prątnickim staruszka przyjęła ze wzruszeniem, nie chciano tego ponawiać.
Śmierć staruszki była dla Stefci zagadką. Na wszelkie jej pytania ojciec odpowiadał:
— Dowiesz się potem.
— Może ja gram tu jaką rolę? — pytała siebie Stefcia.
Ciekawość dręczyła ją, zachowanie się ojca niepokoiło. Gniewał ją także Narnicki. Stefcia łatwo odgadła, że on ma względem niej zamiary. To ją zirytowało, postanowiła zaraz po pogrzebie wyjechać z powrotem do Słodkowic. Zadrżała na tę myśl, oczy zaćmił obraz Waldemara, widziany ostatni raz, krótko lecz pamiętnie. Powitanie ich w parku nie schodziło jej z myśli. Wówczas wyraźnie odczuła, że jest kochaną. We własnej duszy odkryła tę prawdę już dawno. W czasie jego długiej nieobecności utwierdziła ją w tem tęsknota tak silna, jak sama miłość. Kiedy przy pożegnaniu pocałował ją w rękę, żar jego pocałunku wstrząsnął nią, biorąc górę nad zamieszaniem z powodu obecności wszystkich. Widziała jego sanki, oczekujące przed gankiem. Jacenty wyjawił ich cel. Waldemar miał odprowadzić na stację. Coś jednak zaszło, że tego nie uskutecznił. Może pani Idalja przeszkodziła? Na nią-by nie uważał. Więc pan Maciej?
Ostry ból przeszył serce Stefci, ale rozumiała, że trudno wymagać od starego magnata, aby tolerował postępowanie wnuka, idące w takim kierunku. Ta pewność spotęgowała jej żal i trzeźwiła ją.
— Nie wolno, nie wolno mi myśleć o nim! — powtarzała sobie z uporem.
Idąc po kopnym śniegu, zmęczyła się, rozmyślania o Waldemarze zaciężyły jej. Ogarnęło ją znużenie. Gdy podszedł Narnicki, podając jej ramię, tym razem nie odrzuciła go. Oparła się na nim ciężko. Nie mówili do siebie nic. Stefcia pochyliła głowę i przymknęła oczy. Chciała sobie uprzytomnić, że idzie w ten sposób z Waldemarem, lecz nie potrafiła, czując, że tego z tamtym nie można porównać. Wstrząsnęła się. Narnicki pochylił się do niej.
— Czy ci nie zimno, kuzynko? Może jesteś zmęczona? Zaprowadzę cię do sanek.
— O nie, wolę iść piechotą.
Narnicki patrzał z boku na jej śliczny profil, widział jej poruszenie, lecz składał to na wrażenie wyłącznie pogrzebowe. Szary, mglisty dzień i długi kondukt, wijący się pod górę z czarnym wozem i krzyżem, nasuwał posępne myśli. Na szczycie pagórka czerniały wysokie świerki cmentarne, gąszcz krzyżów tulił się pod masą drzew. Zimowe ptactwo świergotało, mieszając swe głosy z monotonną, urywaną nutą śpiewu. Ciężki żal owiewał idących ludzi. Za żałobnym orszakiem płynęły przejmujące głosy dzwonów, na spotkanie szumiały tęsknie świerki. Kondukt sunął wolno, poważnie, wiodąc pomiędzy drzewa i krzyże jedną z dusz ludzkich, skołataną życiem.
W ceremonji pogrzebowej jest zawsze ponury i groźny nastrój. Bezmierny smutek, beznadziejność skłania do głębszych rozmyślań. Nigdy nie rozwiązane zagadnienia tajemnicy pozagrobowego bytu, nieprzenikniona abstrakcja przyszłego istnienia, muszą oddziaływać poważnie, nawet przerażać. Odczuwa się niepokój i dreszcz obawy, a jednocześnie budzi się zaciekawienie, jak tam jest i co się roztacza przed ludzkim duchem. Stefcia, zwykle bardzo wrażliwa, odczuwała to głęboko. Śmierć wydała jej się pierwszy raz straszną. Czuła, że kocha życie, kocha świat. Nie ukrywała już swych uczuć przed sobą, kochała Waldemara całą potęgą młodej duszy. Dawna skłonność do Prątnickiego, przy nowych uczuciach, była kroplą mgły wobec oceanu, sam Prątnicki karykaturą, robaczkiem. Bo każda rzecz wzniosła zagłusza nędzną. Kłosy zawsze zaćmą kąkole, choćby te były najbarwniejsze.
Z uczuciem smutku wsiadła Stefcia do sanek po skończonym pogrzebie. Śpiewy, dzwony, woń kadzidła — rozdrażniły ją. Nerwy miała poruszone, bujna jej wyobraźnia przedstawiała wizje męczące. Ocknęła się w domu, zgodziła się nawet na ciągłą obecność Narnickiego, byle zapomnieć, byle zrzucić z siebie nieznośny ciężar.
W parę godzin po powrocie z cmentarza nadszedł telegram kondolencyjny do państwa Rudeckich ze Słodkowic, z podpisami obu Michorowskich, pani Idalji i Luci. Drugi był do Stefci od Waldemara, w mniej ceremonjalnym, serdecznym tonie. Waldemar wzmiankował o nagłem zasłabnięciu pana Macieja. Na Stefcię wieść ta podziałała piorunująco. Nie potrafiła ukryć wzruszenia. Na twarzy wykwitły ogniste wypieki.
— Co się mogło stać tak nagle — rzekła, pokazując telegram ojcu. Ale gdy Narnicki chciał wziąść, odebrała mu prawie z ręki. Zdziwiony wzruszył ramionami, lecz w domysłach swych posunął się naprzód. Nieczytana depesza Waldemara zaintrygowała go w dziwny sposób.
Pod wieczór mało osób pozostało w Ruczajewie, ale Narnicki nie wyjechał. Stefcia na wyraźną wolę rodziców musiała przebyć w domu jakiś czas.
Gdy znalazła się sama z ojcem w jego gabinecie, spytał ją ciekawie:
— Czy pan Maciej wiedział, jak się nazywała babcia?
— Wiedział i powiedziałam mu to jeszcze przed samym odjazdem, bo się pytał — odrzekła, blednąc z nieznanej trwogi.
— Czy wiedział również, jak z domu? To niemożliwe!
— Nie, o tem nie mówiłam nigdy, dopiero na końcu ordynatowi, gdy się zapytał.
— Ach! więc jednak pytał?
— Gdy wsiadałam już do karety.
— Ach tak! A czy pan Maciej był zupełnie zdrów, jak wyjeżdżałaś?
— Nie narzekał na nic.
— Musiał się od ordynata dowiedzieć i zachorował — szepnął pan Rudecki jakby do siebie.
— Co ojczuś mówi? Czego się miał dowiedzieć?
— Czekaj dziecko. Za chwilę zrozumiesz.
Otworzył biurko i wyjął spory pakiecik, starannie zawinięty w pożółkły papier, obwiązany czarną wstążeczką. Oddał go Stefci, mówiąc drżącym głosem:
— To dla ciebie, dziecko, od babci. Poleciła mi, to oddać tobie na pogrzebie. Babcia, umierając, troszczyła się o ciebie bardzo i oddała w twe ręce najdroższą swą pamiątkę. Była to jej świętość — uszanuj to, dziecko moje, i... niech cię Bóg strzeże! Dobranoc!
Poruszony, ze łzami w oczach, pan Rudecki ucałował oniemiałą Stefcię i prędko wyszedł z pokoju.
Stała na miejscu, jak przykuta, obracając w ręku pożółkły, dość ciężki pakiecik. Ulatywała z niego woń starych papierów. Stefcię ogarnął niepokój, strach paniczny i ciekawość, co się znajduje pod czarną wstążeczką związaną na krzyż. Palcami chciała wyczuć zawartość paczki, zrozumiała, że jest w niej książka. Pobiegła do siebie, szepcząc jak nieprzytomna:
— Najdroższa pamiątka babci — jej świętość... Przeznaczyła dla mnie... Dlaczego?
Głucha obawa przyspieszyła bicie jej serca. Stefcia wpadła do swego pokoju i zatrzasnęła drzwi.
— Czy oddałeś jej? — spytała pani Rudecka wchodzącego męża.
— Tak. Poszła do siebie. Biedne dziecko!
Pani Rudecka miała pełne oczy łez.
— Zmieniła się bardzo... Ale co sądzisz o niej?
— Kocha ordynata napewno.
— I znowu Michorowski! Boże! Boże!
— Wina twej matki, że tak mało znając jej historję, nie znaliśmy wcale nazwiska.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.