Tako rzecze Zaratustra/Wśród cór pustyni

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Friedrich Nietzsche
Tytuł Wśród cór pustyni
Pochodzenie Tako rzecze Zaratustra
Wydanie nowe
Data wydania 1922
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Ignis” S. A.
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Toruń, Warszawa, Siedlce
Tłumacz Wacław Berent
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część czwarta
Pobierz jako: Pobierz Cała część czwarta jako ePub Pobierz Cała część czwarta jako PDF Pobierz Cała część czwarta jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

WŚRÓD CÓR PUSTYNI

1

„Nie odchodź, rzekł wówczas pielgrzym, zwący siebie cieniem Zaratustry, pozostań z nami, — gdyż dawna głucha żałość gotowa nas znów ogarnąć.
Już stary wiła swem najgorszem zadrwił z nas w najlepsze i spojrzyj tylko: dobry, pobożny papież ma łzy w oczach i wypłynął już całkowicie na mórze posępku.
Ci królowie zaś nadrabiają widocznie miną: pośród nas wszystkich oni nauczyli się dziś tego najlepiej! Gdyby wszakże świadków tu nie było, trzymam zakład, wszczęłaby się i u nich ta zgubna igraszka —
— zgubna igraszka przeciągających chmur, wilgotnych smętków, przysłoniętego nieba, skradzionych słońc, wyjących wichrów jesiennych,
— zła igraszka naszego wycia i wołania na pomoc: pozostań przy nas, o Zaratustro! Wiele tu utajonej niedoli, co przemówić pragnie, wiele wieczora, chmur, wiele dusznego powietrza!
Karmiłeś nas tęgą męską strawą i krzepkiemi przypowieściami: nie dozwól, aby na zakończenie uczty opadły nas znów gnuśne kobiece duchy!
Ty jeden czynisz wokół siebie powietrze rzeźkiem i jasnem! Czyż znalazłem gdziekolwiek na świecie tak dobre powietrze jak w twej jaskini?
Wiele krain wszak widziałem, nos mój nawykł rozliczne powietrza badać i oceniać: u ciebie wszakże doznają me nozdrza największej rozkoszy!
Wyjąwszy może, — wyjąwszy może —, o daruj stare wspomnienie! Daruj mi starą pieśń poobiednią, którą stworzyłem niegdyś pośród cór pustyni: —
— u nich bowiem powietrze było równie dobre, jasne, wschodnie; tam byłem najdalej od chmurnej, wilgotnej, posępnej, starej Europy!
Wówczas lubiłem takie dziewczęta wschodnie, oraz ich błękitne niebo, na którem żadne chmury i żadne myśli nie zawisają.
Nie uwierzycie, jak były stateczne, gdy nie tańczyły, głębokie, lecz bez myśli, jak małe tajemnice, jak uwstężone zagadki, jak orzechy poobiednie —
jaskrawe i obce zaiste! lecz nie zachmurzone: tajemnicze, lecz dające się odgadnąć: tym dziewczętom kwoli usnułem wówczas taki oto psalm poobiedni.“
Tak mówił przelgrzym i cień; i zanim mu kto odpowiedział, pochwycił harfę starego wiły, podwinął nogi i spojrzał dokoła niedbałem i mądrem wejrzeniem: — nozdrzami wciągnął powietrze powoli i pytająco jak ktoś, co nowego kosztuje powietrza w nowych krajach. Wreszcie zaryczał, zda się, tak oto śpiewając.

2
Pustynia rośnie: biada, w kim się kryje!

— Ha uroczyście!
W rzeczy samej uroczyście!
Godny początek!
Afrykańsko uroczysty!
Godny lwa co najmniej,
Lub moralnego wyjca —
— lecz nie dla was to,
Przyjaciółki nie najmilsze,
U których nóg
Po raz pierwszy,
Mnie Europejczykowi pod palmami,
Sądzono spocząć, Sela.

Przedziwnie zaiste!
Oto siedzę tu,
Tak bliski puszczy, i zrazu
Tak puszczy znowu daleki,
Nadto w nicość spustoszony:
Mianowicie pochłonięty
Tą oazą małą: —
— ziewając właśnie, rozchyliła
Pyszczek swój milutki,
Pyszczek najwonniejszy:
I oto wpadłem tak,
Wgłąb, wskroś — między was,
Przyjaciółki nie najmilsze! Sela.

Chwała, cześć wielorybowi,
Skoro swego gościa
Podjął on tak mile! — pojmujecie
Me uczone napomknienie?
Chwała jego brzuchowi,
Skoro takim był,
Tak lubą brzucha oazą,
Jako ta: o czem wszakże powątpiewam,
— niedarmo jestem z Europy,
Co nieufniejsza jest z nałogu, niźli wszystkie
Podstarzałe już małżonki.
Obyż Bóg naprawił to!
Amen!

Oto siedzę tu,
W najmniejszej tej oazie,
Niby daktyl jaki,
Brunatny, przesłodki, swem złotem spęczniały,
Żądny dziewczęcych krągłych ust,
Bardziej jeszcze tych dziewczęcych,
Lodowatych, ostrych i śnieżystych
Ząbków: jako że za nimi
Tuży serce wszystkich daktyli gorących. Sela.

Onym owocom południa
Podobny, nazbyt podobny,
Spoczywam tu, zaś drobnych
Chrząszczów roje
Wciąż mię węszą i igrają.
A wraz z nimi jeszcze mniejsze,
Swawolniejsze i grzeszniejsze
Chęci i zachcianki, —
Również przez was oblegany
Nieme przeczuć pełne
Dziewczęta-koty,
Dudu i Suleika,
Osfinksiony, aby w jedno słowo
Wiele uczuć wepchać:
(Niech mi Bóg wybaczy
Ten grzech względem języka!)
— siedzę tu, chłonąc najlepsze powietrze,
Powietrze raju zaiste,
Świetlne, lekkie, złotem prążkowane,
Najlepsze powietrze, jakie kiedykolwiek
Z księżyca tu zleciało —
Zrządzeniem przypadku,
Czy też ze swawoli?
Jak starzy powiadają poeci.
Ja, sceptyk, podaję to
W wątpliwość, niedarmo jestem
Z Europy,
Co nieufniejsza jest z nałogu, niźli wszystkie
Podstarzałe już małżonki.
Obyż Bóg zaradził temu!
Amen!

Powietrze spijając najpiękniejsze,
O nozdrzach rozdętych jako czary,
Bez przyszłości, bez wspomnienia,
Siedzę oto tutaj,
Przyjaciółki me najmilsze,
I przyglądam się tej palmie,
Co się kłoni, jak tancerka,
I w swych biodrach się przegina,
— patrzysz długo, wtórzyć będziesz!
Niby tancerka, co, jak mniemam,
Już za długo niebezpiecznie
Wciąż i wciąż na jednej nodze tkwiła?
— przyczem, zda się, zapomniała
O swej drugiej nodze?
Ja bo daremnie
Szukałem brakującego
Bliźniaczego jej klejnotu
— mianowicie drugiej nóżki —
W świętem pobliżu
Jej przerozkosznej, przeuroczej,
Powiewnej, rozwiewnej i strojnej spódniczki.
A jeśli mnie, przyjaciółki piękne,
Całkowicie ufać chcecie:
Ona ją straciła!
Przepadła!
Na wieki przepadła!
Druga noga!
O, jakaż szkoda tej drugiej nóżki!
Gdzież bo przebywa smutna opuszczona?
Ta noga samotna?
Może z trwogi drży przed jakim
Ponurym płowym
Kudłatym lwem potworem? Lub nawet
Poszarpana leży obgryziona —
O żałość i biada! o, biada! obgryziona! Sela.

Och, nie płaczcież mi,
Serca czułe!
Nie plączcież mi,
Serca daktylowe!
Łona mleczne,
Lukrecjowe
Torebki sercowe!
Przestań płakać,
Blada Dudu!
Mężem bądź, Suleiko! Otuchy! otuchy!

— A może jednak
Coś pokrzepiającego, ku serc pokrzepieniu
Zdałoby się tutaj?
Namaszczone słowo?
Uroczyste pokrzepienie? —

Ha! bywaj-że, godności!
Godności cnoty! Godności Europejczyka!
Dmij-że, dmij-że znowu,
Miechu cnoty!
Ha!
Raz jeszcze ryknąć,
Moralnie zaryczeć!
Jako lew moralny,
Przed córami zaryczeć pustyni!
— Gdyż cnoty skowyty,
O dziewczęta wy najmilsze,
Ważą więcej, niźli wszelki
Europejczyka zapał i żarliwość jego.
I oto jawię się już,
Jako Europejczyk.
Inaczej nie mogę, dopomóż mi Bóg!
Amen!

Pustynia rośnie: biada, w kim się kryje!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Friedrich Nietzsche i tłumacza: Wacław Berent.