Tajny agent (tłum. Gąsiorowska)/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Tajny agent
Data wydania 1908
Wydawnictwo Biblioteka Dzieł Wyborowych
Druk Drukarnia Ed. Nicz i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Maria Gąsiorowska
Tytuł orygin. The Secret Agent
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VIII.

Matka pani Verlokowej uporczywem swem natręctwem zdołała rozrzażyć iskrę współczucia w zainteresowaniu się jej losem kilku kupców, z którymi poznajomiła się za czasów jeszcze nieboszczyka swego małżonka. I skutkiem tego wyjednała sobie umieszczenie w pewnym przytułku dobroczynnym, założonym przez zbogaconego kupca dla ubogich wdów po jego kolegach.
Plan ten stara kobieta przeprowadziła w tajemnicy i wytrwale. W owym to czasie, córka jej, Winnie, nie mogła powstrzymać się od podzielenia się z mężem uwagą, że „matka wydaje codzień na dorożki pięcioszylingowe sztuki“. Uwaga ta nie miała w sobie ani źdźbła niechęci. Winnie uwzględniała słabostki matki. Tylko dziwiła ją ta nagła mania jeżdżenia dorożkami. Pan Verlok, dosyć hojny na swój sposób, mruknął coś niewyraźnie, odpychając z niechęcią uwagę, która mu przeszkodziła w rozmyślaniach. Rozmyślania jego bywały teraz częste, długie i głębokie, a odnosiły się do rzeczy ważniejszych, niż wydatek pięciu szylingów. Nie tylko ważniejszych, ale i trudniejszych do rozważania z filozoficzną pogodą.
Osiągnąwszy cel tajemniczych zabiegów, mężna staruszka wyznała wszystko przed córką. Dusza jej pełna była tryumfu, ale serce udręczone. Lękała się i podziwiała spokojny, doskonale nad sobą panujący charakter córki, której niezadowolenie objawiało się jedynie groźnem milczeniem. Ale poskromiła wewnętrzną trwogę i nie pozwoliła jej zamącić pozornej pogody, jaką nadawały jej czcigodnej postaci, potrójny podbródek, wspaniała tusza i bezwładne nogi.
Piorunujące wrażenie tej wiadomości było tak niespodziewane, że pani Verlokowa, usłyszawszy ją, wbrew zwyczajowi przerwała robotę. Oczyszczała wtedy z kurzu meble, stojące w pokoju za sklepem. Zwróciła głowę do matki.
— A dlaczego matka to zrobiła? — zawołała zgorszona i zadziwiona.
Wstrząśnienie musiało być silne, jeżeli ją wytrąciło ze zwyczaju przyjmowania obojętnie i bez pytań wszelkiego rodzaju zdarzeń, stanowiącego jej siłę i bezpieczeństwo.
— Czy matce było tu niedość dobrze?
Wyrwało się jej przypadkiem to zapytanie, ale zaraz odzyskała równowagę, zabierając się na nowo do okurzania mebli, gdy staruszka siedziała, dotknięta boleśnie, niema, w białym czepcu i matowej czarnej peruce.
Winnie skończyła okurzać krzesło, przesunęła ścierką po mahoniowym grzbiecie obitej włosienicą sofy, na której pan Verlok lubił wypoczywać rozciągnięty, w kapeluszu i paltocie. Zajęta była pilnie robotą, lecz, po chwili, pozwoliła sobie zadać drugie pytanie.
— W jaki sposób udało ci się to zrobić, matko? — Można było usprawiedliwić tę ciekawość, nie sięgającą do samej głębi rzeczy, czego pani Verlokowa unikała z zasady. Staruszka przyjęła zapytanie skwapliwie, bo dawało to sposobność do szczerej rozmowy.
Obdarzyła córkę wyczerpującem objaśnieniem, pełnem nazwisk i zaopatrzonem hojnie w uwagi nad zmianami, jakie czas czyni w powierzchowności ludzi. Wymieniała nazwiska kupców, „przyjaciół biednego ojczulka, moja droga“. Z wielkiem rozczuleniem rozwodziła się nad dobrocią i uprzejmością pewnego bogatego piwowara, baroneta i członka parlamentu, prezesa zarządu dobroczynnych towarzystw, do którego dostała się, dzięki protekcyi sekretarza „bardzo grzecznego, ale chudego i nikłego jak cień, moja droga“.
Winifreda wycierała dalej kurze, dopóki trwało opowiadanie, a potem wyszła do kuchni, spokojna jak zawsze, nie robiąc najmniejszej uwagi.
Uroniwszy parę łez na znak zadowolenia, że córka przyjęła straszną nowinę z takim spokojem, matka zastanowiła się nad pieczołowitością, jaką Winnie otaczała swoje meble — meble, będące teraz jej własnością; chwilami matka byłaby wolała, żeby się było stało inaczej. Piękne jest bohaterstwo, ale zdarzają się okoliczności, w których rozporządzenie garstką starych mebli może mieć ważne i groźne następstwa. Teraz matka potrzebowała dla siebie paru sztuk, bo instytucya, która ją miała przytulić do swego miłosiernego łona, nie dawała swym pupilom nic, oprócz gołych desek i ścian, wyklejonych taniem obiciem. Delikatność matki, która wybrała najmniej warte i najbardziej zniszczone meble, nie zrobiła wrażenia, bo Winnie, ze zwykłą swą filozofią, nie zgłębiającą rzeczy do dna, uważała, że matka bierze to, co dla niej jest najdogodniejsze. A rozmyślania, w jakich tonął pan Verlok, oddzielały go nakształt chińskiego muru, od świata daremnych wysiłków i łudzących pozorów.
Po wybraniu części, pozostawała jeszcze reszta mebli na Brett-street. Ale oprócz Winifredy był przecież Stevie. Wprawdzie biedak ten był trochę... dziwny, ale miał prawo do połowy matczynej chudoby. Tylko, że obdarowanie go tą własnością, mogłoby wpłynąć na rozluźnienie węzłów, których matka nie chciała osłabić. Pan Verlok może będzie względniejszy dla szwagra, używając jego mebli. A gdyby też przyszło panu Verlokowi do głowy, żeby ten szwagier wyniósł się z jego domu, razem ze swoimi gratami? Nie! Stevie musi pozostać wydziedziczonym i zależnym... Więc w chwili, gdy miała już opuścić dom na Brett-street, powiedziała do córki:
— Nie potrzeba czekać na moją śmierć, nieprawdaż? Wszystko, co tu pozostawiam, należy do ciebie, moja droga...
Winnie już w kapeluszu, stojąc za plecami matki, poprawiała kołnierz od jej płaszcza. Wzięła jej ręczny woreczek i jej parasol, spokojna i obojętna. Nadeszła chwila wydania trzech szylingów i sześciu pensów na dorożkę za ostatnią prawdopodobnie przejażdżkę matki. Wyszły przez drzwi sklepowe. Ekwipaż, który na nie czekał, stanowił dowód, że rzeczywistość bywa czasem potworniejsza od karykatury. Wleczoną przez kalekę konia dorożką kierował woźnica o jednej ręce. Z tego powodu nastąpiło pewne powikłanie. Matka, ujrzawszy żelazny, zakrzywiony pręt, sterczący z lewego rękawa woźnicy, straciła nagle bohaterskie męstwo, podtrzymujące ją w ostatnich czasach. Cofnęła się. Gwałtowne perswazye zachrypniętego dorożkarza wydobywały się z trudnością ze ściśniętego gardła. Oparty o kozioł, oburzał się. — O co idzie? Czy można tak ludzi poniewierać? Przecież nie dostałby pozwolenia na powożenie, gdyby...
Posterunkowy policyant uspokoił go przyjaznem spojrzeniem i, zwracając się do kobiet, wyrzekł:
— Od dwudziestu lat powozi dorożką. Nie słyszałem nigdy, żeby miał jaki wypadek...
Świadectwo policyanta załagodziło sprawę. Skromne zbiegowisko, złożone z siedmiu osób, przeważnie małoletnich, rozproszyło się. Winifreda wsiadła za matką do dorożki. Stevie wgramolił się na kozioł. Jego otwarte usta i niespokojny wzrok świadczyły o stanie umysłu, w jaki wprawiły go zaszłe zdarzenia. Wąską ulicą dorożka posuwała się, wolno podskakując, z wielkim szczękiem żelaztwa i brzękiem szyb, a kulawy koń z uprzężą, wiszącą luźno na jego chudym grzbiecie, dreptał wytrwale, jakby podrygiwał na końcach palców.
Wyjechawszy na szerszą ulicę, Winifreda zauważyła:
— Ten koń niewiele wart.
Oczy jej nieruchome błyszczały w cieniu dorożki. Na koźle Stevie zamknął nagle usta, wymówiwszy jeden tylko wyraz: — Nie bij!
Woźnica, trzymając lejce, okręcone wokoło żelaznego pręta, nie zważał na to. Stevie powtórzył zadyszany: — Nie bij!
Dorożkarz zwrócił ku niemu brudną i czerwoną twarz, najeżoną białymi szczecinowatymi włosami. Czerwone oczy błyszczały od wilgoci. Grube wargi miały fioletową barwę. Brudnym grzbietem ręki, w której trzymał bat, potarł szczecinę, pokrywającą ogromny podbródek.
— Nie bij! — wyjąkał z uniesieniem Stevie. — To boli!
— Nie bić? — powtórzył dorożkarz, zamyślając się i uderzył konia batem.
Uczynił tak nie dlatego, żeby miał serce okrutne, ale dlatego, że potrzebował zarobić pieniądze za kurs. Dorożka toczyła się, szczękając i brzęcząc. Ale na moście zrobiło się nagłe zamieszanie. Stevie zeskoczył z kozła. Rozległy się wołania na chodniku, ludzie zaczęli biedz, dorożkarz stanął, klnąc zachrypłym głosem z gniewu i zdumienia. Winnie spuściła okno i wysunęła głowę, blada jak widmo. W głębi dorożki matka wołała z niepokojem:
— Czy się co stało chłopcu? Czy się co stało chłopcu?
— Nic mu się nie stało, ani nie spadł z kozła, tylko, jak zwykle, wzruszenie odjęło mu mowę. — Bąkał, stojąc przed oknem.
— Za ciężko... Za ciężko...
Siostra położyła mu rękę na ramieniu.
— Stevie! Siadaj natychmiast na kozioł, i nie waż się zeskakiwać!
— Nie! Nie! Idę... Muszę iść...
Usiłując wytłomaczyć tę konieczność, bełkotał coraz niewyraźniej. Nietrudno mu też było dotrzymać kroku staremu, podrygującemu koniowi. Ale siostra, powtórzyła stanowczo rozkaz.
— Także pomysł! Kto kiedy słyszał coś podobnego. Biedz za dorożką!
Matka, strwożona i bezradna w głębi wehikułu, powtarzała błagalnie.
— Nie pozwalaj mu, Winnie. Zabłądzi... Nie pozwalaj mu...
— Naturalnie. Co więcej jeszcze! Pan Verlok bardzo się zmartwi, gdy się dowie o takiem głupstwie, Stevie, mogę cię upewnić...
Myśl o zmartwieniu pana Verloka, jak zwykle, wywarła na uległy charakter chłopca pożądane wrażenie: zaniechał oporu i wdrapał się na kozioł, z wyrazem rozpaczy na twarzy.
Dorożkarz zwrócił ku niemu wielkie, rozognione oblicze.
— Nie probój na drugi raz takich głupich figlów, chłopcze...
I jechał dalej, rozmyślając nad tem, co się zdarzyło. Ale, choć długie lata, spędzone na koźle, przyćmiły żywość jego umysłu, miał o tyle zdrowego sądu o rzeczy, że stanowczo odrzucił przypuszczenie, żeby chłopiec miał być pijany.
W głębi wehikułu kobiety, które dotąd w milczeniu odbywały zgrzytliwą i szczękającą podróż, po wypadku ze Steviem zaczęły rozmawiać. Pierwsza przemówiła Winnie.
— Zrobiłaś co ci się spodobało, matko. Jeżeli nie będziesz potem zadowolona, sama jesteś tylko winna. A nie zdaje mi się, żeby ci tam było dobrze. Czy ci brakło czego u nas w domu? A co ludzie pomyślą o nas, żeśmy cię tak rzucili na łaskę dobroczynności?
— Moja droga! — zaskrzeczała staruszka, usiłując zapanować nad hałasem. — Byłaś dla mnie najlepszą córką. A pan Verlok, to...
Słów jej zabrakło dla określenia doskonałości pana Verloka i tylko wzniosła w górę stare, załzawione oczy. A potem odwróciła głowę, niby dla zobaczenia gdzie są. Noc brudna, złowieszcza, hałaśliwa noc w południowej dzielnicy Londynu otaczała ją w tej ostatniej przejażdżce. W świetle gazu, bijącem ze sklepów, jej duża twarz miała pomarańczowe tony, w cieniu czarnego z fiołkowem kapelusza.
Cera jej nabrała żółtego odcienia, z wiekiem i skutkiem choroby żółciowej, rozwiniętej w ciągu smutnego i kłopotliwego życia za czasów małżeństwa, a potem wdowieństwa. Ta żółtość, gdy się zarumieniła, przechodziła w barwę pomarańczową. A teraz, ta kobieta zahartowana w ogniu przeciwności i w wieku, w którym rumieńce już się nie pojawiają, zarumieniła się wobec córki...
Co pomyślą ludzie... Wiedziała dobrze, co pomyślą ci, których Winnie miała na myśli: dawni znajomi ojca i ci, których tak gorąco prosiła o protekcyę. Nie przypuszczała dotąd, że potrafi tak dobrze prosić. Przez delikatność nikt nie pytał zbyt natarczywie o szczegóły jej położenia. Ale z jej zaciśniętych ust i tajonego wzruszenia każdy mógł wyprowadzić odpowiednie wnioski. Ci, których prosiła, przestawali pytać. I nieraz winszowała sobie, że nie ma do czynienia z kobietami, które, z natury ciekawsze, byłyby ją nagabywały, czem córka i zięć skłonili ją do tak smutnej ostateczności. Raz tylko, zapytana przez sekretarza bogatego piwowara o szczegóły położenia, wybuchła gwałtownym i niepohamowanym płaczem. Chudy i delikatny sekretarz zaniechał pytań i zasypał ją pocieszającemi słowy.
Łzy tej starej, otyłej kobiety, płynęły z prawdziwego bólu. Płakała, bo się zdobyła na czyn bohaterski i serce miała pełne miłości dla obojga dzieci. W tym wypadku jednak poświęciła Winifredę dla brata. Przemilczając prawdziwe pobudki swego czynu, narażała ją na obmowę, ale Winnie była niezależną i nie potrzebowała troszczyć się o zdanie ludzi, których może nigdy nie zobaczy; a biedny Stevie nie miał nic w świecie, na co mógłby liczyć — oprócz miłości matki.
Pierwsze wrażenie spokoju, jakie ogarnęło ją po zamążpójściu córki, rozwiało się z biegiem czasu i matka, siadając w samotności swego pokoju, rozpamiętywała doświadczenia, jakich świat nie szczędzi, owdowiałym kobietom. Zastanawiała się, że wszystko z czasem zużywa się i mija. Co do przywiązania Winifredy do brata, staruszka nie miała wątpliwości, ale co do małżeńskiego pożycia córki odrzuciła wszelkie złudzenia. Bardzo rozsądnie uznała, że im mniej będzie się wyzyskiwało dobroć pana Verloka, tem dłużej będzie ona trwała. Dobry ten człowiek kochał widocznie żonę, ale zapewne wolałby mieć jaknajmniej jej rodziny. Lepiej więc, żeby pozostał jeden tylko Stevie. I dlatego bohaterska staruszka postanowiła usunąć się od dzieci, spełniając czyn poświęcenia i mądrej przezorności.
Czuła, że przez to wzmocnią się prawa, jakie ma Stevie. Biedny chłopiec — dobry, pożyteczny w domu, choć trochę... dziwny — nie został zabrany razem z matką w taki, mniej więcej, sposób, jak meble, do niej należące. Ale co się stanie — myślała staruszka — w razie jej śmierci? A myślała o tem z trwogą. Ale, oddając go siostrze, usuwając się sama, pozostawiała go w korzystnej dlań zależności. Poświęcała się dla zapewnienia opieki i bytu synowi. Była to dla niej jedyna droga. W każdym razie uniknie srogiego niepokoju na łożu śmierci. Ale było to ciężko, ciężko, bardzo ciężko...
Dorożka brzęczała, szczękała, podskakiwała, jak jaki średniowieczny przyrząd do torturowania przestępców. Podniesiony głos matki brzmiał jękliwie.
— Wiem, moja droga, że będziesz mnie odwiedzała, gdy znajdziesz wolną chwilę. Wszak prawda?
— Naturalnie — odrzekła krótko Winnie, patrząc przed siebie.
— I tego biednego chłopca chciałabym widywać co niedzielę. On przecież chętnie spędzi dzień ze starą matką...
Winnie zawołała:
— Chętnie? Spodziewam się. Temu biedakowi będzie strasznie smutno bez ciebie. Szkoda, że matka nie pomyślała o tem wcześniej...
Nie pomyślała o tem! Mężna staruszka połknęła gorzki wyrzut w milczeniu. Winnie po chwili odezwała się tonem zupełnie różnym od jej zwykłego tonu.
— Będę z nim miała z początku kłopot, bo będzie się niepokoił...
— Ale co bądź będzie, nie kłopocz tem męża, moja droga...
I w taki sposób omawiały rodzinne sprawy w tych zmienionych warunkach. Matka wyrażała pewne obawy. Czy Stevie potrafi sam przebyć tak daleką drogę? Winnie utrzymywała, że teraz jest on mniej „roztargniony“. Na to zgodziły się obie. O wiele mniej. Prawie nic. Ale matczyny niepokój objawił się na innym punkcie. Trzeba dwa razy zmieniać linię omnibusową i przejść pieszo małą przestrzeń od jednego do drugiego punktu. To wielka trudność! Staruszka zatroskała się bardzo. Winnie ciągle patrzyła przed siebie.
— Nie niepokój się matko. Musisz go widywać, rozumie się...
Staruszka otarła załzawione czy.
— Nie! Lepiej może się tego wyrzec. Nie będziesz miała czasu przyjeżdżać z nim razem, a gdyby zmylił drogę, a ktoś przemówił do niego ostro, nazwisko i adres mogłyby mu ulecieć z pamięci, i możeby się zabłąkał...
Myśl o dobroczynnym przytułku, choćby tylko chwilowo, w czasie poszukiwań biednego chłopca, przeszyła boleścią jej serce. Spojrzenie córki zdradzało natężenie myśli, uporne, twarde.
— Nie mogę go odprowadzać do ciebie co tydzień — zawołała. — Ale nie troszcz się matko. Znajdę sposób zaradzenia temu, żeby nie zginął.
Dorożka podskoczyła gwałtownie; przed oknem zamajaczył rząd ceglanych filarów; nagłe ucichnięcie szczękania i brzęku oszołomiło obie kobiety. Otworzyły się drzwiczki i ochrypły głos wyszeptał z wysiłkiem:
— Jesteśmy już na miejscu.
Szereg małych domków parterowych, o jednem oknie każdy, rozciągał się naokoło ciemnej przestrzeni trawnika, zasadzonej krzewami i oddzielonej od oświetlonych okien szeroką drogą. Przed drzwiami jednego z tych domeczków z nieoświetlonem oknem zatrzymała się dorożka. Matka wysiadła pierwsza z kluczem w ręku. Winnie zatrzymała się chwilę, płacąc dorożkarzowi. Stevie, dopomógłszy do zniesienia mnóstwa drobnych pakunków, wyszedł z domku i stanął pod latarnią gazową.
Dorożkarz obejrzał cztery sztuki srebrne, leżące na jego dużej, brudnej dłoni i zaczął z trudem składać ten skarb w głębiach zniszczonego ubrania. Ruchy jego nie miały giętkości. Stevie stał z podniesionemi w górę ramionami, z rękoma, zanurzonemi głęboko w kieszeniach ciepłego paltota i przyglądał się koniowi, którego tylne nogi wydawały się dziwnie wysokie skutkiem wychudzenia. Krótki, sztywny ogon sterczał obcięty, niby dla niemiłosiernego żartu, a chuda szyja, podobna do deski ubranej w starą końską skórę, zwieszała się ku ziemi pod ciężarem wielkiej głowy. Uszy opadały niedbale, każde w inną stronę. Cała upiorowa postać tego niemego mieszkańca ziemi dymiła parą ze sterczących żeber i grzbietu.
Dorożkarz popatrzył na chłopca i trącił go w piersi żelaznym prętem, sterczącym z obdartego zatłuszczonego rękawa.
— Posłuchaj-no, chłopcze. Czyby ci się podobało siedzieć ciągle na koźle, za tym koniem, do drugiej rano?
Stevie spojrzał błędnym wzrokiem w małe oczki, z zaczerwienionymi powiekami.
— Koń nie jest kulawy... — wyszeptał z wysiłkiem dorożkarz. — Nie jest pokaleczony... Ale czyby ci się podobało tak co noc, nieraz do trzeciej i czwartej rano?... O głodzie i chłodzie... Za zarobkiem...
Jego zagasły głos wydobywał się chrapliwie z gardła. Błędne spojrzenia Steviego zaczynały stopniowo nabierać wyrazu przerażenia.
— Bo ja jestem nocny dorożkarz! — wykrztusił woźnica z rozpaczliwą przechwałką. — Musiałem wziąć co mi dali te eleganty w urzędzie. Mam kobietę i czworo bąków w domu... A na tym świecie niełatwo zarobić...
Twarz chłopca zaczęła drgać, aż wreszcie, jego uczucia wyraziły się w zwykłej, lakonicznej formie: — Źle! Źle!
Nie oderwał oczu od sterczących żeber konia. Smukła postać, różowe usta i biała, blada cera nadawały mu pozór delikatnego chłopczyka, mimo złotego puszku, porastającego na policzkach. Skrzywił się żałośnie, jak rozżalone dziecko. Dorożkarz, krępy i barczysty, wpatrywał się w niego załzawionemi, czerwonemi oczkami.
— Źle koniom, ale takim biedakom, jak ja, jeszcze gorzej! — wykrztusił zaledwie dosłyszalnym głosem.
— Biedny! Biedny! — bąkał Stevie, zanurzając jeszcze głębiej ręce w kieszeniach.
Nie mógł nic więcej powiedzieć, bo jego współczucie dla każdego cierpienia, dla każdej nędzy, jego chęć uszczęśliwienia konia i dorożkarza doprowadziły go do dziwacznego pragnienia... żeby ich zabrać do swego łóżka. A wiedział, że to jest niepodobieństwem. Bo Stevie nie był obłąkany. Pragnienie to wypływało z dawnych wspomnień. Kiedy jako dziecko, krył się w ciemnym kącie, strwożony, obity, nieszczęśliwy, siostra jego Winnie zwykle przychodziła i zabierała go z sobą do łóżka, jako do bezpiecznej przystani kojącego spokoju. Stevie, choć mógł zapomnieć nazwiska i adresu własnego, pamiętał dokładnie wrażenia. Pamiętał, że to łóżko było najlepszem lekarstwem w zmartwieniu. Ale, patrząc na dorożkarza i konia, rozumiał, że ich nie może tam umieścić.
Dorożkarz, zamiast wsiąść na kozioł, zbliżył się do nieruchomego towarzysza pracy, wziął cugle i podniósł prawą ręką wielki, znużony łeb konia, na wysokość swego ramienia.
— Chodź! — szepnął do niego.
Utykając poprowadził dorożkę. Żwir skrzypiał pod wolno obracającemi się kołami; na chwilę, pod światłem latarni przy bramie wjazdowej wynurzył się z mroku człowiek utykający, wiodący konia za cugle — chude zwierzę, stąpające sztywno i uroczyście — i znikła dorożka, kołysząca się śmiesznie. Zawróciło wszystko na lewo. Niedaleko, o sto kroków, na tej samej ulicy była szynkownia.
Stevie pozostał sam pod latarnią, z rękoma w kieszeniach, patrząc błędnie, zadąsany. W głębi kieszeni obie jego słabe ręce zwinęły się w pięść. Stevie zawsze odczuwał gniew na widok czegoś, co pośrednio lub bezpośrednio budziło w nim śmiertelną obawę bólu. Szlachetne oburzenie rozsadzało jego wątłe piersi. Ale mając dość świadomości, żeby zrozumieć swą bezsilność, Stevie miał zamało rozwagi, by powstrzymywać uniesienie. Więc męka niepomiarkowanego współczucia, wywoływała napad nieszkodliwej, choć gwałtownej wściekłości. Oba te stany objawiały się nazewnątrz, tymi samymi niespokojnymi ruchami. Siostra zaś uspakajała to rozdrażnienie, nie zgłębiając nigdy jego podwójnego charakteru.
Tego samego wieczora, gdy matka pani Verlokowej, rozstając się z dziećmi dla ich dobra, rozstawała się właściwie z życiem, Winnie nie badała duchowego nastroju brata. Biedak był, naturalnie, rozdrażniony. Upewniwszy po raz ostatni matkę, stojącą na progu, że potrafi zabezpieczyć brata od zabłądzenia podczas wycieczek do niej, wzięła go pod rękę i odeszła. Stevie nic nie mówił, ale siostra, z wyrobionym od wczesnego dzieciństwa instynktem, odczuła, że chłopiec jest mocno wzburzony. Trzymając go silnie pod ramię szukała wyrazów odpowiednich do okoliczności.
— Teraz, Stevie, uważaj na skrzyżowaniu ulic i siądź pierwszy do omnibusu, jak na dobrego brata przystoi.
To odwołanie się do jego męzkiej opieki pochlebiło mu. Podniósł głowę do góry i wyprężył klatkę piersiową.
— Nie bój się, Winnie! Nie bój się. Znajdę omnibus — odrzekł urywanymi wyrazami.
Przed drzwiami szynkowni na rogu, w świetle gazowem, stała dorożka, bez woźnicy na koźle. Pani Verlokowa poznała wehikuł; miał tak nędzną minę, że ze zwykłą u kobiet skłonnością do współczucia dla konia, zawołała:
— Biedne zwierzę!
Stevie cofnął się nagle i zatrzymał siostrę...
— Biedny! Biedny! — powtórzył. — Dorożkarz także biedny sam mi powiedział...
Pochłonęło go zupełnie oglądanie starego konia. Nie chciał się ruszyć; próbował uporczywie wyrazić świeżo zbudzone w nim współczucie dla ludzkiej i końskiej niedoli. Ale mu to przychodziło z trudnością. Powtarzał tylko:
— Biedny koń! Biedni ludzie.
Wydawało mu się to zamało, więc znowu przystanął i zawołał:
— Wstyd!
Stevie nie celował w układaniu frazesów; może skutkiem tego i jego myślom brakło rozwinięcia i pogłębienia. Ten jeden wyraz miał wyrazić całe oburzenie i zgrozę, jaką w nim budziła okrutna konieczność, żywienia się męką — zadawaną drugim: ten biedny dorożkarz bił konia, bo musiał wyżywić swoje biedne dzieci! A Stevie wiedział, co to jest być bitym. Znał to z doświadczenia. Świat jest zły. Zły! Zły!...
Pani Verlokowa, jego siostra, strażniczka, opiekunka — nie umiała zagłębiać się w dociekaniach. Nie zrozumiała do czego odnosi się ten „wstyd”. Powiedziała tylko łagodnie:
— Chodź, Stevie! Nic na to nie poradzisz.
Potulny Stevie poszedł, lecz jego duma znikła: szedł ociężale, mówiąc oderwane słowa i sylaby. Zdawało się, że szuka wyrazu odpowiedniego do określenia swych myśli. I znalazł nakoniec.
— Zły świat, dla biednych ludzi!
I nagle zrozumiał, że o tem już dawniej wiedział. Ale to wznowiło tylko jego przebaczenie i wzmogło oburzenie. Czuł — że ktoś powinien za to zostać ukarany — ukarany surowo.
— Niegodziwy!
Pani Verlokowa widziała wielkie podniecenie brata.
— Nikt na to nie pomoże — powiedziała spokojnie. — Chodź! Tak się to mną opiekujesz?
Stevie przyśpieszył posłusznie kroku. Chlubił się, że jest dobrym bratem. Ale przykro mu było usłyszeć objaśnienie, jakie mu dała Winnie — niedobre objaśnienie. „Nikt na to nie pomoże!“ Szedł zasępiony, lecz nagle rozjaśnił się.
— Policya! — wyrzekł z ufnością.
— Policya nie jest od tego — objaśniła pani Verlokowa, przyśpieszając kroku.
Twarz chłopca przeciągnęła się. Rozmyślał. A im więcej rozmyślał, tem niżej opadała mu dolna warga.
— Nie jest od tego? — powtórzył. Nie jest od tego?
Utworzył on sobie jakieś idealne pojęcie o policyi, uważając ją za instytucyę do walki ze złem. Kochał czule każdego człowieka w niebieskim mundurze i ufał mu bezgranicznie. Oburzyła go teraz ta dwuznaczność członków policyi. Bo Stevie sam był szczery i otwarty. W przeciwieństwie do siostry, chciał zbadać rzecz do gruntu. Zapytał gniewnie i wyzywająco:
— Więc od czegóż oni? Winnie... Powiedz mi. Od czego są?
Winnie nie lubiła dysput. Ale, obawiając się zbytniego przygnębienia chłopca z tęsknoty za matką, nie uchyliła się od objaśnień. Odpowiedziała mu w formie może niezupełnie nieodpowiedniej dla żony pana Verloka, delegata Centralnego Czerwonego Komitetu, osobistego przyjaciela wielu anarchistów.
— Nie wiesz od czego jest policya, Stevie? Policya pilnuje, żeby nikt nie zabrał nic tym, którzy coś mają.
Nie wyrzekła słowa „kraść” — bo ten wyraz drażnił chłopca. Stevie był do przesady uczciwym. Niektóre zasady moralne wpajano mu usilnie — dlatego właśnie, że był trochę „dziwny”, a sama wzmianka o występku przepełniała go zgrozą. Łatwo przejmował się słowami. I teraz słowa siostry zrobiły na nim wrażenie.
— Co? — zapytał. Nawet kiedy kto głodny? Niewolno?
— Nawet wtedy — odrzekła pani Verlokowa ze spokojem osoby, nie zastanawiającej się nad skomplikowaną kwestyą rozdziału dóbr ziemskich, i zajęta w tej chwili upatrywaniem omnibusu odpowiedniej barwy. Ale poco o tem mówić? Ty nie jesteś nigdy głodny...
Rzuciła szybkie, ukradkowe spojrzenie na chłopca, już prawie młodzieńca, osądziła, że jest miły, sympatyczny, tkliwy, mimo że trochę — ale tylko trochę — dziwny. Nie mogła nań patrzeć innemi oczyma, bo był on jedyną szczyptą namiętności w jej mdłem życiu: na nim skupiła się jej litość, współczucie, poświęcenie. Nie dodała nawet: „i nie będziesz nigdy głodny, dopóki ja żyję“. A mogła to śmiało powiedzieć, bo zrobiła wszystko co potrzeba, dla osiągnięcia tego celu. Pan Verlok był bardzo dobrym mężem. Winifreda nie przypuszczała, że ktokolwiek może nie lubić chłopca... Nagle zawołała:
— Prędko, Stevie! Zatrzymaj zielony omnibus! Stevie, przejęty ważnością polecenia, trzymając siostrę pod rękę, drugą, wolną, wzniósł w górę i skinął na nadjeżdżający omnibus.
W godzinę później pan Verlok podniósł oczy z nad dziennika, który czytał, a przynajmniej trzymał w ręku i przy szczękaniu dzwonka ujrzał wchodzącą żonę, a za nią brata. Widok żony sprawił mu przyjemność. Na szwagra nie zwrócił uwagi, tak dalece pochłaniały go czarne myśli, które w ostatnich czasach zasłaniały mu świat. Popatrzył błędnie na przechodzącą. Zwykle w domu przemawiał głosem przyciszonym, ale teraz jego głosu nikt nie słyszał. Milczał też i przy wieczerzy, na którą wezwała go żona, zwykłem lakonicznem:
— Adolfie!
Usiadł przy stole, zsunąwszy tylko na tył głowy kapelusz. Było to nawyknienie, wyniesione z przebywania we francuskich kawiarniach, ale nadawało mu piętno wyzywającej tymczasowości, pomimo, że był tak wytrwale wierny domowemu ognisku. W czasie wieczerzy, po dwakroć na odgłos dzwonka pan Verlok wstawał, nic nie mówiąc, szedł do sklepu i wracał w milczeniu. Przez ten czas, pani Verlokowa na widok pustego krzesła odczuwała dotkliwie brak matki i patrzała przed siebie nieruchomym, kamiennym wzrokiem; a Stevie szurgał, bezustannie nogami, jakby go parzyła podłoga. Kiedy pan Verlok powrócił na miejsce, podobny posągowi milczenia, oczy pani Verlokowej zmieniły wyraz, a Stevie przestał szurgać nogami, pod wpływem wielkiego uszanowania, jakie odczuwał dla męża swej siostry. Wpatrywał się w niego ze współczuciem i uszanowaniem. Pan Verlok był zmartwiony. Siostra Winnie wykładała mu, podczas podróży omnibusem, że pana Verloka zastaną w domu zmartwionego i że niemożna go drażnić. Gniew ojca, drażliwość lokatorów matki i skłonność pana Verloka do nieumiarkowanego smutku, były głównymi środkami, używanymi dla skłonienia chłopca do panowania nad sobą. Z tych środków najsilniej działał ten ostatni, dlatego, że pan Verlok był dobry. Matka i siostra wpoiły chłopcu ten pewnik, oparty na niezachwianych podstawach. Wpajały, utwierdzały, gruntowały tę wiarę w celach sobie wiadomych. Pan Verlok nic o tem nie wiedział. I trzeba oddać mu tę sprawiedliwość — nie domyślał się nawet, że chłopcu wydaje się dobrym. Jednakże tak było istotnie. Pan Verlok był pierwszym mężczyzną, którego Stevie uznawał za dobrego, bo lokatorowie matki bywali zwykle przelotnem zjawiskiem i tak odległem, że tylko ich buty, które czyścił, robiły wrażenie rzeczywistości; a wobec dyscyplinarnych środków, używanych przez ojca, zrozpaczona matka i siostra nie miały odwagi wysławiać jego dobroci. Byłoby to okrucieństwem wobec ofiary tej dobroci. Pan Verlok zaś był stale choć tajemniczo dobry. A zmartwienie dobrego człowieka — jest świętością.
Więc patrząc na tę troskę, sam Stevie był stroskany. I dlatego szurgał nogami. Wzruszenia zwykle objawiały się u niego ruchliwością kończyn.
— Siedź spokojnie, mój drogi — upomniała go siostra stanowczo i łagodnie.
Zwróciwszy się do męża, zapytała obojętnie:
— Czy wychodzisz dziś wieczorem?
Samo to przypuszczenie obudziło wstręt w panu Verloku. Potrząsnął posępnie głową, wpatrując się w ser, leżący na stole. A potem nagle powstał i wyszedł — wyszedł na ulicę, przeprowadzony odgłosem dzwonka. Zrobił to bez żadnego określonego celu, pod wpływem nieposkromionego niepokoju. Nie potrzebował wychodzić. W całym Londynie nie znalazłby tego, czego potrzebował. Ale wyszedł — wiodąc za sobą korowód czarnych myśli, przez ciemne ulice i przez jasno-oświetlone ulice i do dwóch jaśniejących rzęsistem światłem barów i napowrót do domu, gdzie zasiadł w sklepie za kontuarem i gdzie otoczyły go natrętnym rojem, niby sfera dzikich, zgłodniałych psów. Zamknął sklep i, zagasiwszy gaz, zabrał je z sobą na górę, cały ten orszak, okropny dla człowieka, udającego się na spoczynek.
Żona już się była położyła, a jej zażywna postać, rysująca się niewyraźnie pod kołdrą, z głową zatopioną w poduszkach, przedstawiała uosobienie senności, świadczącej o doskonale zrównoważonej duszy. Wielkie jej oczy, szeroko otwarte, patrzały nieruchomo, odcinając się czarnością od śnieżnej białości pościeli. Nie poruszyła się, gdy mąż wszedł.
Miała ona zawsze doskonałą równowagę ducha. Przekonanie, że niewarto rzeczy zgłębiać do gruntu stanowiło jej siłę i mądrość. Ale jednak nieprzerwane milczenie męża gnębiło ją. Działało jej poprostu na nerwy. Nie poruszając się, wyrzekła spokojnie:
— Zakatarzysz się, chodząc tak w samych skarpetkach.
Słowa jej, pochodzące z troskliwości żony i przezorności kobiecej, zaskoczyły znienacka pana Verloka. Zostawił na dole buty, ale zapomniał włożyć pantofli i chodził po sypialni cicho na podeszwach, jak niedźwiedź w klatce. Na głos żony stanął, spojrzał na nią i wpatrywał się tak długo bezmyślnem spojrzeniem lunatyka, że aż poruszyła się mimowolnie. Ale nie podniosła czarnej głowy, zatopionej w białej poduszce, ani nie wysunęła ręki podpierającej twarz.
Pod bezmyślnem spojrzeniem męża — wspomniawszy opustoszony pokój matki — uczuła dotkliwy ból osamotnienia. Nigdy jeszcze dotąd nie rozłączała się z matką. Całe życie spędziły razem. A teraz wiedziała, że matka opuściła ją — opuściła na zawsze. Pani Verlokowa nie miała złudzeń. Ale przynajmniej Stevie pozostał. Zaczęła mówić:
— Matka zrobiła jak chciała. Według mnie, niema to sensu. Pewna jestem, że nie miała powodu przypuszczać, że ją uważam za ciężar. Bardzo źle postąpiła, porzucając nas...
Pan Verlok nie był człowiekiem oczytanym, ilość alegorycznych określeń, jakie znał, nie była wielka, jednakże w tych okolicznościach odrazu nasunęła mu się myśl o szczurach, uciekających z tonącego okrętu. O mało że nie powiedział tego głośno. Zrobił się podejrzliwy i zgorzkniały, czyżby ta stara miała taki doskonały węch. Ale zrozumiał odrazu bezzasadność tego podejrzenia i przygryzł język. Bąknął tylko z przymusem:
— Może to i lepiej się stało...
Zaczął się rozbierać. Pani leżała bez ruchu. Ale serce jej zamarło przez chwilę. Jakto? Więc to może i lepiej?.. Dlaczego? Lecz nie pozwoliła sobie na dociekania. Utwierdziła się tylko w przekonaniu, że bezpieczniej jest nie zgłębiać wielu rzeczy. Praktyczna i na swój sposób subtelna, nie tracąc czasu, wyprowadziła na plac brata.
— Ale co ja zrobię, żeby pocieszyć chłopca przez te pierwsze dni, nie wiem doprawdy. Będzie tęsknił, dopóki się nie oswoi z rozłączeniem z matką... A to taki dobry chłopiec. Nie dałabym sobie rady bez niego.
Pan Verlok rozbierał się roztargniony. Taka cisza panowała w domu, że słychać było tykotanie zegara na korytarzu. Położywszy się, leżał milczący i nieruchomy. Grube ręce wyciągnął na kołdrze. W tej chwili — był bliski wyznania wszystkiego, szczerze przed żoną... Spojrzawszy jednak z pod oka, zobaczył jej szerokie plecy osłonięte bielizną i tył głowy z zaplecionymi na noc włosami w trzy warkocze. Powstrzymał się. Pan Verlok kochał swą żonę tak, jak zwykle kocha się żonę — po mężowsku, jako swoją własność. Te włosy uczesane na noc, te potężne barki — miały w sobie coś uroczystego, jakąś świętość domowego spokoju. Leżała nieruchoma, ciężka i niekształtna, jak ociosany z gruba posąg, a jej szeroko otwarte oczy spoglądały w przestrzeń nieruchome. Pan Verlok łatwo tracił śmiałość. Był ociężały tą ociężałością, która bywa podstawą łagodności. I dlatego cofnął się od wyznań. Będzie jeszcze czas na nie. Przez parę minut leżał, borykając się z troskami, w sennej ciszy pokoju. Potem nagle przerwał milczenie, oznajmiając niespodziewanie:
— Jutro wyjeżdżam na ląd stały.
Może żona już zasnęła? Nie wiedział. Ale usłyszała go. Oczy miała wciąż otwarte i coraz silniej utwierdzało się w niej mniemanie, że lepiej nie badać rzeczy do gruntu. Nie, było zresztą nic nadzwyczajnego w tej wycieczce męża. Zwykle jeździł po towar do Brukselli i Paryża. W sklepie na Brett-street utworzyła się już klijentela dobranych amatorów...
Pan Verlok czekał przez chwilę, a potem dodał.
— Zabawię tydzień, może dwa. Każ pani Neale przychodzić na cały dzień.
Pani Neale pełniła czynność posługaczki na Brett-street. Nieszczęśliwa ofiara małżeńskich związków z pijakiem stolarzem, zgnębiona mnóstwem drobnej dziatwy. Z czerwonemi rękoma, opięta po samą brodę w fartuch ze zgrzebnego płótna, roztaczała skargi na los nieszczęśliwy, wyziewając odór araku i mydlin, przy akompaniamencie szorowania i brzęku blaszanych kubłów.
Pani Verlokowa odrzekła z pozorną obojętnością:
— Nie potrzeba trzymać kobiety przez cały dzień. Dam sobie radę z pomocą chłopca.
Wysłuchała uderzeń zegara, zapadających w otchłań wieczności i zapytała:
— Czy zgasić światło?
Pan Verlok odburknął chrapliwie:
— Zagaś...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Maria Gąsiorowska.