Tajny agent (tłum. Gąsiorowska)/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Tajny agent
Data wydania 1908
Wydawnictwo Biblioteka Dzieł Wyborowych
Druk Drukarnia Ed. Nicz i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Maria Gąsiorowska
Tytuł orygin. The Secret Agent
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VII.

Dyrektor Wydziału wyjątkowych przestępstw przeszedł wązką błotnistą uliczką na obszerny plac do wielkiego gmachu, gdzie zażądał rozmowy z młodym, prywatnym sekretarzem, (bez pensyi) wielkiego męża stanu.
Ładny, z gładką twarzą młodzieniec, któremu starannie uczesane włosy nadawały pozór dużego, schludnego ucznia, wysłuchał prośby dyrektora z miną trochę niepewną.
— Czy on zechce pana przyjąć? Tego nie mogę przewidzieć. Przed godziną przyszedł tu z Izby, ażeby rozmówić się z podsekretarzem, a teraz już gotów jest wracać. Mógłby po niego posłać; ale przychodzi sam, dla ruchu, jak przypuszczam. To jedyna sposobność do przechadzki podczas obecnej sesyi parlamentu. Nie skarżę się na to: nawet lubię te przechadzki. Idzie oparty na mojem ramieniu i nie otwiera ust przez całą drogę. Ale w tej chwili jest zmęczony i — no! i w niekoniecznie słodkim humorze.
— Mój interes ma związek z wypadkiem w Greenwich.
— O! A on jest bardzo rozgoryczony na was. Ale jeżeli pan żądasz, pójdę i zapytam...
Przybrawszy zmienioną minę, sekretarz otworzył drzwi i wsunął się do gabinetu, śmiało, jak grzeczne, a pieszczone dziecko. Po chwili ukazał się na progu i skinieniem głowy wezwał dyrektora, który wszedł na wezwanie do obszernego pokoju i został sam na sam z wielkim mężem stanu.
Wyniosłego wzrostu i tęgiej budowy, z długą bladą twarzą, rozszerzoną u dołu podwójnym podbródkiem, okolonym rzadką, szpakowatą brodą, wielki mąż robił wrażenie człowieka potężnego. Z głowy, osadzonej na grubej szyi, patrzyły wyniośle oczy z podpuchniętemi dolnemi powiekami, a na bladej, dużej twarzy sterczał nos orli, napastniczy. Błyszczący cylinder i para zniszczonych rękawiczek, także ogromnych, leżały na końcu stołu.
Wielki mąż w obszernych, wygodnych butach, stał przed kominkiem i nie wyrzekł ani słowa na powitanie.
— Chciałbym wiedzieć, czy to początek nowej kampanii dynamitowej? — odezwał się odrazu, niskim, łagodnym głosem. — Nie wchodź pan tylko w szczegóły. Nie mam na to czasu.
Dyrektor, stojąc przed tą potężną, szorstką postacią, podobny był do wątłej, smukłej trzciny, szumiącej koło dębu.
— Nie. O ile można twierdzić cośkolwiek z niezachwianą pewnością, to mogę upewnić, że nie.
— Tak. Ale wasze pojęcia o bezpieczeństwie — odrzekł wielki mąż, wskazując pogardliwie plac przed gmachem, — wystrychnęły na głupca Sekretarza Stanu. W tym samym pokoju, przed miesiącem, upewniano mnie, że nic nie grozi...
Dyrektor z całym spokojem zwrócił oczy w kierunku, wskazanym przez wielkiego męża.
— Pozwoli mi pan zauważyć, sir Ethelredzie, że nie miałem dotąd sposobności do dania jakichkolwiek zapewnień.
Wyniosłe spojrzenie zogniskowało się teraz na dyrektorze.
— Prawda! — odrzekł niski, łagodny głos. — Posłałem wtedy po Heata. Pan jesteś jeszcze nowicyuszem na swojem stanowisku. Jakże tam panu idzie?
— Zdaje mi się, że robię codzień postępy.
— Naturalnie! Naturalnie! Mam nadzieję, że się panu to uda...
— Dziękuję, sir Ethelredzie. Dziś dowiedziałem się także czegoś nowego, a nawet w ciągu ostatniej godziny. W tej całej awanturze jest coś, czego nie bywa w zwykłym zamachu anarchistów. I dlatego tu przyszedłem.
Wielki mąż wziął się pod boki i potężnemi dłońmi wsparł na lędźwiach.
— Bardzo dobrze. Mów dalej. Tylko proszę, bez żadnych szczegółów.
— Nie będę trudził pana szczegółami — zaczął dyrektor spokojnie, z niezachwianą pewnością.
Podczas jego opowiadania, wskazówki na ciężkim, marmurowym zegarze, stojącym za plecami wielkiego męża, posunęły się o całe siedem minut. Dyrektor mówił, przedstawiając jasno i dokładnie wszystkie fakta, to jest szczegóły, tak, że zlewały się w doskonałą całość. Żaden szmer, żaden ruch nie przerwał mu mowy. Wielki mąż stał nieruchomy, jak posąg jednego z książęcych jego przodków, tylko odarty ze zbroi krzyżowca i obleczony w źle skrojony tużurek. Dyrektor zakończył nagle stanowczym wnioskiem, którego trafność i siła, przyjemnie zdziwiły sir Ethelreda.
— To, co jest na dnie tej sprawy, małoważnej pod wielu względami, jest niezwykłe i wymaga specyalnego postępowania.
Sir Ethelred przytaknął z głębokiem przekonaniem.
— Rozumie się! Ambasador obcego państwa wchodzi tu w grę! Co oni sobie myślą, ci ludzie, wprowadzający tu swoje metody? Turek postępowałby przyzwoiciej!
— Ale zapomina pan, sir Ethelredzie, że, ściśle mówiąc, nie wiemy nic pewnego... dotąd.
— Prawda! Ale jakbyś pan to nazwał? krótko...
— Bezczelną śmiałością, posuniętą do pewnego rodzaju dziecinnej naiwności.
— Ale nie możemy ich tłomaczyć naiwnością niegrzecznych dzieci — odrzekł wielki mąż, spuszczając oczy na dywan pod stopami dyrektora. — Muszą dostać porządnego klapsa za tę sprawkę... Jakież jest pańskie zdanie? Tylko proszę — bez szczegółów...
— Mojem zdaniem nie należałoby cierpić tajnych agentów, jako zwiększających niebezpieczeństwa, przeciw którym ich się używa. Że szpieg fabrykuje swoje wiadomości, to rzecz zwykła. Ale w zakresie politycznej i rewolucyjnej działalności, opierającej się na gwałtach — szpieg zawodowy może sfabrykować nawet same fakta. A że charakter tego wypadku daje mi do myślenia, ośmieliłem się przyjść tutaj.
— Bardzo słusznie. Cieszy mnie, że w waszej budzie są tacy, którzy mają trochę zaufania do sekretarza stanu...
Dyrektor uśmiechnął się.
— Sądziłbym, że... w tej fazie sprawy... może... lepiej byłoby zastąpić Heata...
— Co? Heat może osieł? Co? — wykrzyknął z widoczną urazą wielki mąż.
— Bynajmniej. Ale...
— Ale co?
— Wszystko, co wiem o tej sprawie, wiem od niego. Jedynem mojem własnem odkryciem jest to, że Heat prywatnie posługiwał się tym człowiekiem. Czy można go za to ganić? Powiedział mi szczerze, że potrzebuje narzędzi do roboty. A może przyszło mu na myśl, że to narzędzie powinnoby być pod władzą naszego wydziału, zamiast pozostawać osobistą własnością inspektora Heata. Ale inspektor jest stary policyant. Może mi zarzucić, że obniżam wartość i psuję działanie takich narzędzi. Ja zaś uważam za obowiązek naszego wydziału wyplenienie tajnych agentów. Bo samo istnienie tych ludzi na żołdzie obcych państw niweczy w pewnej mierze działalność naszego wydziału. Ich obecność wśród rewolucyonistów, którym dajemy przytułek, zagraża bezpieczeństwu. Zapewnienia, jakie dawał inspektor Heat, nie były bezpodstawne — a jednak — zdarza się taki oto wypadek... Pomijam szczegóły sir Ethelredzie...
Wielki mąż przed kominkiem skinął zachęcająco.
— Bardzo dobrze. Staraj się być jak możesz najtreściwszym.
— W całem poprowadzeniu tej sprawy przebija jakieś szczególne niedołęztwo i głupota, co mi daje otuchę, że pod tem kryje się coś innego, niż pojedynczy wybryk fanatyzmu. Nie ulega wątpliwości, że to rzecz ułożona z celem. Wykonawca został poprowadzony za rękę na samo miejsce, a potem pozostawiono go z pośpiechem własnemu przemysłowi. Z tego wniosek, że przywieziono go z zagranicy umyślnie, dla wykonania zamachu. I trzeba przypuszczać, że nie znał nawet tyle angielskiego języka, ażeby módz zapytać o drogę — jeżeli odrzucimy fantastyczną hypotezę, że był to głuchoniemy. Zginął wypadkowo. Ale pozostaje jeszcze zagadkowy fakt: adres wypisany na ubraniu, a znaleziony dziwnym trafem. I w tym właśnie drobnym, niepojętym szczególe tkwi wyjaśnienie całej sprawy. Dlatego, zamiast wyprawić na śledztwo Heata, postanowiłem zająć się tem osobiście. Wyjaśnienie usłyszę w pewnym sklepie na Brett-Street, z ust tajnego agenta, zaufanego szpiega na żołdzie nieboszczyka barona Stott-Wartenheima...
Dyrektor zamilkł, a po chwili dodał:
— Ci ludzie, to prawdziwa plaga...
Chcąc podnieść opadające powieki i spojrzeć na twarz mówiącego, wielki mąż dźwigał coraz wyżej głowę, co mu dawało pozór niewymownej wyniosłości.
— Czemu nie pozostawić tej roboty dla Heata?
— Bo to stary policyant. A oni mają odrębne pojęcie moralności. Mój sposób postępowania wydałby mu się strasznem wykroczeniem przeciw obowiązkom. Uważa on, że jego obowiązkiem jest związać tę zbrodnię z jaknajwiększą liczbą wybitnych anarchistów, na podstawie drobnych wskazówek, jakie zebrał na miejscu. Ja zaś — według jego zdania — dążę do wykazania ich niewinności.
— Doprawdy? Takie jest jego zdanie? — mruknęła dumna głowa, podniesiona wysoko.
— Tego się obawiam, Heat jest doskonałym urzędnikiem. Nietrzeba zawiele od niego wymagać. Prócz tego... potrzebuje mieć wolne pole do działania, więcej wolności, niż możnaby bezpiecznie udzielić inspektorowi. Nie mam bynajmniej zamiaru oszczędzać tego człowieka, tego Verloka. Tak prędkie wykazanie jego związku z tą sprawą wstrząśnie go do głębi. Nietrudno będzie nastraszyć go. Ale nasz właściwy cel leży dalej, po za nim. I dlatego potrzebuję pańskiego upoważnienia, żeby mu dać takie rękojmie osobistego bezpieczeństwa, jakie uznam za potrzebne.
— Zapewne — odrzekł wielki mąż. — Prowadź pan sam dochodzenia; prowadź tak, jak ci się spodoba.
— Muszę wziąć się do tego bez straty czasu, zaraz dziś wieczorem — dodał dyrektor.
Sir Ethelred wsunął jedną rękę pod połę tużurka i podnosząc wysoko głowę, spojrzał na dyrektora badawczo:
— Będziemy dziś mieli posiedzenie do późnej nocy — wyrzekł. — Przyjdź pan do Izby z nowemi odkryciami. Powiem memu sekretarzowi. Wprowadzi pana do mego gabinetu...
Dyrektor zadziwił się i niezmiernie ucieszył.
— Przyniosę napewno wiadomość, jeżeli pan będzie miał czas...
— Nie będę miał czasu — przerwał dostojnik. — Ale pana przyjmę. I teraz nie mam czasu... Więc pan sam pójdziesz?
— Tak, sir Ethelredzie. Sądzę, że tak będzie najlepiej.
— Hm! Hm! A w jaki sposób... Czy zamierzasz się przebrać?
— Trochę. Zmienię naturalnie ubranie...
Wielki człowiek odwrócił powoli głowę i przez ramię rzucił ukośne spojrzenie na ciężki, marmurowy czasomierz, słabo i cicho tykoczący. Złote wskazówki skorzystały ze sposobności, i wykradły już dwadzieścia pięć minut...
Dyrektor, który ich nie mógł dojrzeć, zaniepokoił się. Ale dostojnik zwrócił ku niemu spokojne oblicze.
— Bardzo dobrze — powiedział, i umilkł, jakby na złość urzędowemu zegarowi. — Ale co panu nasunęło tę myśl?
— Jakże to mam nazwać, sir Ethelredzie? Niechęć nowego przybysza do starych metod... Pragnienie zdobycia wiadomości z pierwszej ręki... Niecierpliwość... To moje dawne rzemiosło, ale uprząż odmienna. Trochę mnie uwiera... w paru miejscach...
— Mam nadzieję, że się do niej przyzwyczaisz — wyrzekł wielki mąż, wyciągając rękę, miękką w dotknięciu, ale dużą i szeroką, jak ręka rolnika.
Dyrektor uścisnął podaną dłoń i wyszedł. W pierwszym pokoju, młodzieńczy sekretarz czekał na niego, siedząc na krawędzi stołu. Zeskoczył i zbliżył się, tłumiąc wrodzoną żywość.
— I cóż? Dobrze poszło? — zapytał od niechcenia.
— Jaknajlepiej. Zyskałeś pan moją dozgonną wdzięczność — odparł dyrektor, którego ściągła twarz wydawała się drewniana w zestawieniu ze sztuczną powagą sekretarza, gotową każdej chwili rozpłynąć się w dołeczkach młodocianego uśmiechu i wesołym chichocie.
— Śliczne! Ale, mówiąc poważnie, nie wystawisz pan sobie, jak jest rozdrażniony temi napaściami na bill o rybołówstwie, przez niego wzniesiony...
— Czytuję dzienniki — objaśnił dyrektor.
— Ohydne? Co? Ale pan nie wiesz ile roboty musi wykonać on w ciągu dnia...
— A jednak poświęcił całe półgodziny, na wysłuchanie o mojej bardzo drobnej płotce — wtrącił dyrektor.
— Małej? Hm! To szkoda żeś pan nie odłożył tego na inny czas... Ten człowiek jest zupełnie wyczerpany. Czuję to, gdy się opiera na mojem ramieniu... Ale proszę, czy on jest zupełnie bezpieczny na ulicy? Dziś popołudniu, Mullins puścił w ruch swoich ludzi. Pod każdą latarnią sterczy policyant, a co drugi człowiek, którego spotkaliśmy, to zdeklarowany „szpicel“. To mu będzie działało na nerwy. Więc pytam, czy te łotry zagraniczne nie poczęstują go jakim pociskiem — co? Byłoby to narodową katastrofą. Kraj nie może obejść się bez niego...
— Nie mówiąc już o panu. Bo przecież wspiera się na pańskiem ramieniu — zauważył spokojnie dyrektor. — Poszlibyście obaj razem...
— Dla młodego człowieka, byłby to łatwy sposób przejścia do potomności. Nie tak wielu angielskich ministrów zginęło z rąk skrytobójcy, żeby taki wypadek przeszedł bez śladu. Ale, mówiąc bez żartów...
— Obawiam się, że, chcąc przejść do historyi, będziesz pan musiał na to popracować... I, mówiąc bez żartów, jedyne niebezpieczeństwo, jakie wam obu grozi, to przepracowanie.
Sympatyczny sekretarz zachichotał, olśniony spokojnem, badawczem spojrzeniem dyrektora. Gdzieś w oddali, w korytarzu rozległo się gwałtowne dzwonienie, i młodzieniec nadstawił uszu.
— Już gotów do wyjścia — szepnął, pochwycił kapelusz i znikł.
Dyrektor wyszedł innemi drzwiami, w sposób mniej elastyczny. Przeszedł z powrotem wielki plac, wrócił spiesznie do urzędowego gmachu. Szedł ciągle prędko aż do drzwi swego prywatnego gabinetu. Zanim jeszcze drzwi zamknął, rzucił badawcze spojrzenie na biurko. Stał chwilę bez ruchu, a potem zaczął szukać na podłodze, usiadł na fotelu zadzwonił i czekał.
— Naczelny inspektor Heat już wyszedł?
— Wyszedł, Ekscelencyo. Przed pół godziną.
Dyrektor skinął głową, nie wstając zesunął z czoła kapelusz i pomyślał, że to jest zupełnie w stylu tego przeklętego Heata, usuwać cichaczem jedyny dowód... Ale myślał o tem bez urazy. Starzy i zasłużeni słudzy mogą sobie dużo pozwalać. Załatwiwszy się krótko z rozmyślaniem nad nieufnością Heata napisał kartkę do żony, polecając jej usprawiedliwić go przed dostojną opiekunką Michelisa, u której tego wieczora mieli być na obiedzie.
Krótka kurtka i niski, okrągły kapelusz, które wyjął z zasłoniętej firanką alkowy, gdzie stała umywalnia, rząd drewnianych wieszadeł i półka — zmieniły zupełnie jego powierzchowność, uwydatniając wydłużoną, poważną, śniadą twarz. Wyszedł z alkowy na pełne światło, podobny do widma chłodnego, zamyślonego Don Kiszota, posępnego zapaleńca, z zapadłemi oczyma. Wymknął się szybko, jak cień, z areny swojej codziennej działalności. Wyszedł na ulicę, podobną do błotnistego akwaryum, z którego wypuszczono wodę. Otoczyła go ponura, ciemna wilgoć. Ściany domów były mokre, na mokrych ulicach odbijały się światła. Gdy z wązkiej uliczki wyszedł na Strand, można go było wziąć za jedną z dziwnych, zagranicznych ryb, które tam każdego wieczora przemykają się po ciemnych zakątkach ulic.
Stanął na brzegu chodnika i wskoczył do wolno pełzającej dorożki, zanim woźnica spostrzegł z kozła, że ma pasażera.
Krótko trwała jazda. Dorożka stanęła na dany znak, pomiędzy dwoma słupami latarni, przed dużym składem bławatnym. Zapłaciwszy dorożkarza przez okienko, pasażer wyskoczył i znikł w ciemnościach, a woźnica odniósł wrażenie, że wiózł jakieś dziwne, nieziemskie widmo. Ale pieniądz, który mu w ręku pozostał, był najzupełniej rzeczywisty. Zaciął więc konie i odjechał, nie troszcząc się o zagadkowego pasażera.
Tymczasem dyrektor wydawał polecenie kelnerowi małej, włoskiej restauracyi, na rogu ulicy — pułapki na zgłodniałych ludzi, znęconych rzędem zwierciadeł i białemi nakryciami restauracyi, bez powietrza, przepojonej właściwym sobie zapachem fałszowanej kuchni, urągającej ludzkości, która tam szuka zaspokojenia nędznych swych potrzeb. W tej atmosferze dyrektor uczuł, że zatraca resztę swej indywidualności. Miał uczucie osamotnienia i jakiejś występnej swobody, ale było to uczucie przyjemne. Kiedy po krótkim posiłku wstał i, czekając na zdanie reszty, spojrzał w zwierciadło, zobaczył w niem swoją cudzoziemską fizjognomię. Wpatrywał się w ten obraz smętnie i badawczo, a potem nagle podniósł kołnierz kurtki i podkręcił w górę końce swych czarnych wąsów. Zadowolniła go subtelna zmiana, jaką sprawiły te drobnostki.
— Dobrze! — pomyślał. — Trochę zmoknę, trochę się zabłocę...
Przypomniał sobie kelnera i pieniądze, leżące na stole. Kelner patrzył na nie, śledząc jednocześnie wysoką postać niemłodej panny, dążącej do dalszego stolika.
Dyrektor, wyszedłszy, zastanawiał się, że ludzie, bywający w tej restauracyi, zatracili zupełnie cechy swej narodowej odrębności. Byli równie wynarodowieni, jak potrawy, które im podawano. Jednakże nie spotykało się nigdzie indziej tych zagadkowych osobników. Niepodobna było wyobrazić sobie dokładnie czem ci ludzie zajmowali się we dnie, i gdzie nocowali. I on sam miał teraz takiż wygląd. Miłe uczucie swobody i niezależności ogarnęło go, gdy szklane drzwi restauracyi zamknęły się za nim z trzaskiem. Zapuścił się w błotnistą przestrzeń ulicy, zasianej latarniami, duszącej się w czerni słotnej, londyńskiej nocy, na którą składają się sadze i krople deszczu.
Brett-street leżała niedaleko. Odłamywała się na bok od trójkątnego placyku, otoczonego ciemnymi, tajemniczymi domami, przybytkami drobnego handlu, pustoszejącymi na noc. Tylko owocarnia na rogu roztaczała jaskrawe światło i barwy. Naokoło wszystko było czarne i przechodnie znikali w ciemnościach, minąwszy promień światła, oświetlający stosy pomarańcz i cytryn. Awanturniczy dyrektor Wydziału wyjątkowych przestępstw przyglądał się temu bacznie. Czuł błogą lekkość duszy, jakgdyby stał zaczajony w dżungli, o tysiące mil od biurek swego wydziału i urzędowych kałamarzy...
Posterunkowy policyant przesunął się jak posępny cień, obok jaskrawej świetności pomarańcz i cytryn i bez pośpiechu zapuścił się w Brett-street. Dyrektor, jak gdyby sam był członkiem sfer zbrodniczych, zatrzymał się w cieniu, czekając powrotu policyanta. Ale nie wrócił: zapewne wyszedł drugim końcem ulicy.
Dyrektor, poczekawszy zapuścił się w Brett-street i minął dorożkę, stojącą przed garkuchnią. Woźnica posilał się tam, a konie, spuściwszy nisko wielkie łby, zajadały obrok z worków założonych im za uszy. Dalej, po drugiej stronie ulicy, promień światła padał z wystawy sklepu pana Verloka, zawieszonej dziennikami, zastawionej tekturowemi pudełkami i książkami. Dyrektor przyglądał się jej uważnie z przeciwległego chodnika. Obok okna, z drzwi, stojących otworem, padało na bruk wąskie pasmo gazowego światła.
Na drugim końcu ulicy duża szynkownia roztaczała złowróżbne blaski. Te jaskrawe blaski, odcinając się od mroków otaczających skromny przybytek domowego szczęścia pana Verloka, czyniły ten mrok jeszcze posępniejszym, cięższym, bardziej złowrogim...

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Maria Gąsiorowska.