Tajny agent (tłum. Gąsiorowska)/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Tajny agent
Data wydania 1908
Wydawnictwo Biblioteka Dzieł Wyborowych
Druk Drukarnia Ed. Nicz i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Maria Gąsiorowska
Tytuł orygin. The Secret Agent
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


III.

— Idealizowanie uboży życie. Upiększanie odejmuje mu właściwy charakter powikłania — niweczy je. Pozostaw to moralistom, mój chłopcze. Historyę tworzą ludzie, ale nie tworzą jej w swojej głowie. Myśli, które rodzą się w ludzkich głowach, mają nieznaczny wpływ na przebieg zdarzeń. Historya rządzi; tworzy ją siła robocza i wytwórczość — potęga ekonomicznych warunków. Kapitalizm zrodził socyalizm, a prawa jakie kapitalizm ustanowił dla zabezpieczenia własności, wywołały anarchizm. Nikt nie zdoła dziś przewidzieć, jaką postać przyjmą w przyszłości urządzenia społeczne. Więc poco bawić się w prorocze fantazye? W najlepszym razie mogą one wyrazić tylko myśl proroka, ale nie mają żadnej objektywnej wartości. Zostaw tę zabawkę moralistom, mój chłopcze.
Michelis, skazaniec wypuszczony warunkowo z więzienia, mówił głosem spokojnym, głosem, który brzmiał jak stłumiony i martwy, pod warstwą tłuszczu, pokrywającego ciało apostoła. Wyszedł on niedawno z doskonale pod względem hygienicznym utrzymywanego więzienia, okrągły jak beczka, z olbrzymim brzuchem i tłustemi policzkami, o bladej przezroczystej cerze, jak gdyby stróże znieważonego społeczeństwa uwzięli się przez lat piętnaście nadziewać go tuczącem pożywieniem w wilgotnej i ciemnej celi. I od tej pory nie mógł dojść do zmniejszenia swej wagi, choćby o jedną uncyę.
Mówiono, że przez ostatnie trzy sezony jakaś bardzo bogata stara dama wysyłała go na kuracyę do Marienbadu — gdzie miał raz ukoronowaną głową jednego z państw budzić zaciekawienie publiczności, ale wtedy właśnie policya nakazała mu opuścić Marienbad w ciągu doby. Jego męczeństwo zostało uwieńczone zakazem przystępu do uzdrawiających źródeł. Teraz był już zrezygnowany…
Oparty na grzbiecie krzesła łokciem, w którym nie było śladów stawu, pochylił się na krótkich, grubych lędźwiach i splunął w ogień.
— Tak! miałem czas rozmyślać o różnych rzeczach — dodał z prostotą. — Społeczeństwo dało mi dużo czasu do rozmyślań.
Z drugiej strony kominka, w fotelu obitym włosienicą, na którym zwykle siadywała matka pani Verlokowej, uśmiechnął się posępnie, wykrzywiając bezzębne usta, Karol Jundt. Terorysta — jak się sam mianował — stary był, łysy, z białą kozią bródką, zwieszającą się z podbródka. W zagasłych oczach przebijał wyraz tajonej złośliwości. Gdy z trudnością dźwignął się z siedzenia, wyciągając chudą rękę, z artretycznymi guzami na palcach, podobny był do konającego mordercy, który zbiera resztki sił, dla zadania ostatniego ciosu. Wspierał się na grubym kiju, który drżał pod drugą jego ręką.
— Marzyłem zawsze — zaczął gniewnie — o zebraniu garści ludzi niezachwianych w postanowieniu zaparcia się wszelkich skrupułów w wyborze środków; dość silnych, by nie ulękli się miana niszczycieli, a wolnych od plamy zrezygnowanego pesymizmu; który podgryza podstawy świata. Żadnej litości dla niczego i nikogo na ziemi, nie wyłączając ich samych: — śmierć w ich ręku, na usługach dobra ludzkości — oto jakich ludzi chciałbym znaleźć!
Mała jego, łysa główka zatrzęsła się i zadrgała śmiesznym ruchem koziej bródki. Jego mowa była niezrozumiała dla obcych ludzi. Miotająca nim namiętność, podobna do gwałtownego podniecenia zgrzybiałego, bezsilnego rozpustnika, nie mogła zapanować nad zasychającem gardłem i bezzębnemi dziąsłami, o które zawadzał koniec języka. Pan Verlok, usadowiony w rogu sofy, na drugim końcu pokoju, dwukrotnie chrząknął na znak uznania.
Stary terrorysta pokręcił zwolna głową, osadzoną na suchej szyi.
— Ale nie udało mi się nigdy zebrać więcej, niż trzech takich ludzi. A to przez wasz zgniły pesymizm — warknął w stronę Michelisa, który nagle wsunął pod krzesło grube jak kłody nogi.
On pesymista! Szalony zarzut! Krzyknął, że takie oskarżenie jest zniewagą. On tak jest daleki od pesymizmu, że przewiduje zbliżający się koniec wszelkiej prywatnej własności, zbliżający się logicznie, nieubłaganie, skutkiem naturalnego rozwoju nieodłącznej od niego zbrodniczości. Posiadający jakąkolwiek własność zmuszeni będą nietylko liczyć się z rozbudzonym proletaryatem, ale będą umieli walczyć sami z sobą. Tak. Walka, ciągła walka jest nieodłącznym warunkiem prywatnej własności. To nieuniknione. Ach! On nie liczy na żadne uczuciowe wybuchy, na żadne mowy, deklamacye, gniew ludu, czerwone flagi powiewające nad tłumem, ani słońce zemsty, wschodzące nad skazanem na zagładę społeczeństwem. Nie! On swoją wiarę opiera na podstawie zimnego rozsądku. On wierzy — jest optymistą…
Przerwał, odetchnął parę razy, chwytając z trudem powietrze i dodał:
— Czy myślicie, że gdybym nie był optymistą — nie znalazłbym w ciągu piętnastu lat sposobu poderżnięcia sobie gardła? A w ostateczności, mogłem przecie roztrzaskać głowę o ściany więziennej celi.
Utrudniony oddech zgasił zapał i ogień w jego głosie: blade policzki obwisły nieruchome; ale w niebieskich przymkniętych oczach widniała ta sama ufność, pomimo nieruchomości trochę błędnego spojrzenia, jaka umiała pojawiać się w nich wtedy, gdy niepoprawny optymista siadywał zamyślony, podczas bezsennych nocy w więziennej celi.
Przed nim stał Karol Jundt, z zarzuconą na ramię połą wytartego hawloka. Na wprost kominka towarzysz Ossipon, były student medycyny, główny twórca świstków P. P., wyciągał silne nogi, zwrócone podeszwami do ognia. Żółty, kędzierzawy czub wznosił się nad jego czerwoną, piegowatą twarzą, o spłaszczonym nosie i wydatnych, murzyńskiego typu ustach. Oczy podłużne spoglądały omdlewająco z ponad wystających kości policzkowych. Ubrany był w szarą, flanelową koszulę, luźno puszczone końce czarnego, jedwabnego krawata, spadały mu na piersi pod zapiętą, sukienną żakietką: głowę opierał na grzbiecie krzesła, wysuwając potężną szyję i z papierosa, osadzonego w długiej drewnianej cygarniczce, wypuszczał pod sam sufit, kłęby dymu.
Michelis wykładał dalej swoje pomysły, wylęgnięte w samotności więziennej. Mówił sam dla siebie, obojętny na życzliwość lub niechęć, skutkiem nabytego zwyczaju mówienia z sobą samym w bielonych ścianach ciemnej celi, w grobowej ciszy wielkiego gmachu stojącego nad rzeką, szpetnego i złowróżbnego, niby cmentarzysko tych, którzy dla społeczeństwa przestali istnieć.
Z Michelisem nie było dysputy, dlatego, że dźwięk drugiego głosu mącił jego myśli — odwykłe od ludzkich głosów przez długie lata. Nikt mu teraz nie przerywał, a on rozwijał swoje poglądy o ekonomicznem położeniu świata, odpowiedzialnego za przeszłość, sięgał do źródeł historyi, do pojęć kształtujących rozwój ludzkości i nawet porywy namiętności ludzkich…
Przerwał mu gwałtowny wybuch śmiechu towarzysza Ossipona. Spłoszony apostoł przymknął oczy, usiłując zebrać rozproszone myśli. Nastała cisza, ale od dwóch płomieni gazowych nad stołem i od ognia, żarzącego się na kominku, zrobiło się straszliwie gorąco w małym pokoiku za sklepem. Pan Verlok dźwignął się ociężale, z niechęcią, ze swojej sofy, otworzył dla powietrza drzwi do kuchni i odsłonił niewinnego Stevie, który siedział spokojnie przy stole, i rysował koła — koła — koła — niezliczone koła, migotliwe wiry kół, które splątanemi liniami tworzyły obraz kosmicznego chaosu. Rysownik nie odwracał głowy: w wysiłku pilnej pracy jego grzbiet, cienka szyja, pochylony kark z dołkiem pod nasadą czaszki, drżały, jakby miały się załamać.
Pan Verlok, chrząknąwszy z niezadowoleniem i zdziwieniem, wrócił na sofę. Aleksander Ossipon wstał, rosły i barczysty, w wytartym granatowym garniturze, otrząsnął go po długiej nieruchomości i pochylił się nad plecami Steviego. A potem wrócił, mówiąc tonem wyroczni:
— Doskonałe. Bardzo charakterystyczne, zupełnie typowe.
— Co jest doskonałe? — mruknął pytająco pan Verlok.
— Typowa forma zwyrodnienia, te rysunki — objaśnił Ossipon od niechcenia, wskazując głową w stronę kuchni.
— Uważacie, że ten chłopiec jest zwyrodniały? — szepnął pan Verlok.
Towarzysz Aleksander Ossipon — z przydomkiem Doktór — były student medycyny, następnie wędrowny nauczyciel w związkach robotniczych, wykładający hygienę z punktu zapatrywań socyalistycznych; autor popularnego, quasi — medycznego studyum w formie taniego pamfletu pod tytułem: „Występki, zatruwające średnie warstwy społeczeństwa“, skonfiskowanego przez policyę, specyalny delegat różnych, mniej lub więcej czerwonych komitetów do literackiej propagandy wraz z Jundtem i Michelisem — zwrócił na agenta ambasady spojrzenie, wyrażające nieuleczalną, bezdenną zarozumiałość…
— Takie jest naukowe określenie. I nawet on sam jest doskonałym typem zwyrodnienia. Dość spojrzeć na jego uszy. Gdybyście znali dzieła Lombrosa…
Pan Verlok pochmurny, rozciągnięty na sofie, wpatrywał się w guziki swej kamizelki, ale policzki jego pokrył lekki rumieniec. W ostatnich dniach każda wzmianka o „nauce“ wywoływała przed jego oczyma postać pana Włodzimierza; a to zjawisko znowu budziło w panu Verloku trwogę i rozpacz, wyładowujące się w klątwach. Lecz teraz nie powiedział nic. Tylko Karol Jundt, nieubłagany zawsze, zawyrokował:
— Lombroso jest osieł.
Towarzysz Ossipon odpowiedział na to bluźnierstwo groźnem spojrzeniem. A tamten, patrząc zagasłemi oczami, mruczał, zawadzając co chwila językiem o bezzębne wargi.
— Widzieliście kiedy podobnego idyotę! Dla niego więzień jest zbrodniarzem. Jakie to proste — prawda? A cóż powiedzieć, o tych, którzy go zamknęli w więzieniu? Co to jest zbrodnia? Czy on wie, ten głupiec, który zrobił karyerę wśród tłumu sytych błaznów, na oglądaniu uszu i zębów mnóstwa głodnych, nieszczęśliwych biedaków? Zęby i uszy są piętnem i cechą zbrodniarza? Doprawdy? A cóż powiedzieć o prawie, które go piętnuje jeszcze wyraźniej — o tych pięknych, rozpalonych narzędziach, wynalezionych przez ludzi sytych, dla zabezpieczenia się od głodnych? Piętnowanie rozpalonem żelazem podłego ciała biedaków — co? Czy nie czujecie tu, czy nie słyszycie, jak się smaży, jak syczy ich gruba skóra pod rozpalonem żelazem? W taki to sposób fabrykują się zbrodniarze dla waszego Lombrosa, żeby mógł o nich wypisywać swoje brednie…
Kijem i nogą stukał o podłogę, a jego tułów, okryty skrzydlatym hawelokiem, stał groźnie. Zdawało się, że węszy on w powietrzu woń spełnianych okrucieństw — że wytęża ucho dla usłyszenia przerażających jęków. Z jego postawy biła potężna, moc suggestii. Ten blizki śmierci weteran walk dynamitowych był swego czasu niepospolitym aktorem na estradach tajnych zebrań i prywatnych narad. Słynny terorysta, nigdy w życiu nie podniósł nawet palca na gmach społeczny. Nie był człowiekiem czynu i nie był nawet mówcą o burzliwej wymowie, która jak potok, porywa za sobą masy, unosząc je z ogłuszającym hukiem i pianą zapału. Obrał on sobie cząstkę subtelniejszą, zuchwałego i jadowitego budziciela złowrogich porywów, drzemiących w głębiach ślepej zawiści i rozpaczliwej pychy ciemnoty, wśród cierpień i nędzy ubóstwa, na dnie wszystkich szlachetnych i pełnych nadziei złudzeń, słusznego oburzenia — litości — buntu. Cień tego złowrogiego talentu przywarł do niego, jak woń trucizny do szklanego flakona, wypróżnionego już — przeznaczonego do wyrzucenia na śmietnik.
Michelis, apostoł na urlopie, uśmiechnął się słabo, a księżycowe jego oblicze pochyliło się melancholicznie. On także był więźniem. I jego ciało przypiekano rozpalonym żelazem — szepnął z cicha. Ale towarzysz Ossipon oprzytomniał już po otrzymanym ciosie.
— Nie rozumiecie — zaczął wzgardliwie.
Ale umilkł, onieśmielony martwem spojrzeniem zapadłych oczu, kierujących się zwolna na niego. Dał pokój rozprawie i tylko zlekka wzruszył ramionami.
Stevie, na którego nikt nie zwracał uwagi, podniósł się i zabrał swoje rysunki. Dochodził właśnie do drzwi pokoju i słyszał wybuch obrazowej przemowy Karola Jundta. Arkusz papieru, pokryty kołami wysunął się z rąk chłopca, który stanął wpatrzony w starego terorystę, jakby przykuty na miejscu strasznemi jego słowy i lękiem. Stevie wiedział, że rozpalone żelazo, przyłożone do ciała, sprawia ból. Oczy jego zapłonęły oburzeniem; to musi okropnie boleć… Otworzył usta…
Michelis, wpatrując się w ogień, dał znowu upust swemu optymizmowi. Widział już koniec kapitalizmu w pożeraniu drobnych kapitalistów przez większych, którzy tym sposobem nieświadomie przyśpieszają chwilę, kiedy cierpiący proletaryat wejdzie w prawowite posiadanie ich bogactw. Michelis, podnosząc niebieskie oczy do sufitu, z wyrazem anielskiej ufności, wymówił wielkie słowo:
— Cierpliwości.
Na progu Stevie, uspokojony, zatonął w błogiem osłupieniu.
Twarz towarzysza Ossipiona skurczyła się z wyrazem rozpaczy.
— A więc na nic się zdało cokolwiek robić? wszystko jest bezużyteczne!…
— Tego nie mówię — odparł łagodnie Michelis.
Wpatrywał się w czerwone węgle. Zgadzał się na to, że robota przygotowawcza dla przyszłości, jest konieczną; gotów był nawet zgodzić się na to, że wielka zmiana nastąpi w wybuchu rewolucyi. Ale utrzymywał, że rewolucyjna propaganda jest robotą subtelną, wymagającą wielkiej sumienności. Jest to kształcenie przyszłych władców świata. Wymaga równej staranności, jak wychowanie i nauka udzielona monarchom. Pragnąłby, ażeby te dogmaty głoszone były przezornie, bo niewiadome nam są wyniki, jakie inne ekonomiczne zmiany mogą wywołać i jaki wpływ wywrzeć na szczęście, moralność, umysłowość i dzieje ludzkości. Bo dzieje tworzy się pracą, nie ideami; ekonomiczne warunki zdolne są zmienić wszystko — sztukę, filozofię, miłość, cnotę — samą nawet prawdę!
Węgle w kominie opadły z lekkim szelestem; Michelis, pustelnik otoczony widziadłami pustyni, powstał raptownie z miejsca. Rozłożył krótkie, grube ręce, jak gdyby w uścisku chciał objąć i przycisnąć do piersi cały świat, odrodzony własną siłą. Wyszeptał z wysiłkiem i uniesieniem:
— Przyszłość jest równie pewna jak przeszłość, jak niewolnictwo, feudalizm, indywidualizm, kolektywizm. To nie jest próżne proroctwo, lecz fakt stwierdzony przez prawa rządzące światem…
Towarzysz Ossipon wydął wzgardliwie murzyńskie usta.
— Głupstwo! — wyrzekł wcale spokojnie. — Niema ani praw, rządzących światem, ani żadnej zgoła pewności, a tę kształcącą propagandę niech wszyscy djabli porwą! Nie o to idzie co ludzie wiedzą, choćby wiedzieli najdokładniej. Idzie nam tylko o to, co masy czują. Bez uczucia i zapału niema roboty.
Umilkł, a po chwili dodał skromnie i stanowczo:
— Mówię do ciebie teraz, ze stanowiska naukowego… naukowego… a cóż ty na to, Verlok?
— Nic! — warknął z sofy pan Verlok, podrażniony nienawistnym wyrazem, na którego dźwięk szepnął przez zaciśnięte zęby:
— Niech go!…
Z kolei dał się słyszeć jadowity bełkot bezzębnego terorysty.
— A czy wiecie jak jabym nazwał obecne warunki ekonomiczne? Nazwałbym je ludożerstwem. Tak! Bo ludzie zaspokajają swą chciwość drgającem ciałem i gorącą krwią innych ludzi — nic innego!…
Stevie, usłyszawszy te przerażające słowa, przełknął głośno ślinę jakby to była trucizna, osunął się bezwładny, w siedzącej postawie, na stopnie kuchennych schodów.
Michelis, zdawało się, że nic nie słyszał. Usta miał zacięte, a na otyłej twarzy nie drgnął żaden muskuł. Mętnemi oczyma oglądał się za kapeluszem i włożył go na głowę. Jego krótkie, tłuste ciało przepłynęło między krzesłami pod ostrym łokciem Karola Jundta. Stary terorysta podniósł niepewną, podobną do ptasich szponów rękę i wsadził na głowę, czarny, pilśniowy kapelusz o szerokich skrzydłach, które rzuciły cień na jego twarz zapadłą, pomarszczoną, wynędzniałą. Poruszał się powoli, stukając laską o podłogę. Przystawał co chwila i zamyślał się, i stał nieruchomo, dopóki nie zawołał go Michelis. Łagodny apostoł ujął go pod ramię z braterską pieczołowitością, a za nimi, z rękoma w kieszeniach, szedł, ziewając szeroko, barczysty Ossipon. Granatowa czapka ze skórzanem dnem, zsunięta w tył na gęstej, żółtej czuprynie, nadawała mu podobieństwo do morskiego żeglarza, znudzonego światem po burzliwej hulance. Pan Verlok wyprowadził gości, idąc z głową odkrytą, w paltocie, zwieszającym się ciężko z ramion, z oczyma, utkwionemi w ziemię.
Zamknął za nimi drzwi z hamowaną gwałtownością, przekręcił klucz w zamku, zasunął zasuwę. Niezadowolony był ze swych przyjaciół. W świetle teoryi pana Włodzimierza, co do bomb, przedstawiali się bardzo błaho. Ponieważ pana Verloka rola w polityce ograniczała się dotąd do obserwacyi, nie mógł on tak odrazu, ani u siebie w domu, ani na większych zebraniach przerzucić się do roli czynnej. Musiał być ostrożny. Przejęty słusznem oburzeniem człowieka przeszło czterdziestoletniego, którego najdroższy skarb — spokój i bezpieczeństwo — jest zagrożony, zapytywał sam siebie wzgardliwie, czego więcej można się spodziewać po tej paczce, po takim Karolu Jundtcie, po takim Michelisie, po takim Ossiponie. Zatrzymał się i, zamiast zgasić gaz w sklepie, pogrążył się w rozmyślaniach. Z jasnowidzeniem pokrewnego temperamentu wydał wyrok. Leniwcy — ten Karol Jundt — pielęgnowany przez starą kobietę z kaprawemi oczyma, którą przed laty uwiódł i wydarł przyjacielowi, a potem niejednokrotnie usiłował strząsnąć z siebie do rynsztoka. I całe szczęście dla niego, że powracała uporczywie, bo gdyby nie to, nie miałby teraz kto wsadzić go do omnibusa, w którym ten ludzki upiór odbywał zwykłą przejażdżkę w pogodne poranki. A gdy nieposkromiona, swarliwa wiedźma umrze, chwiejący się na nogach upiór zniknie także i będzie wtedy koniec z buntowniczym Karolem Jundtem. Moralne pojęcia pana Verloka oburzał też optymizm Michelisa, zawojowanego przez bogatą, starą opiekunkę, która postanowiła osadzić go w wiejskim domku, jaki miała w okolicy Londynu. Tam były więzień, będzie mógł całymi dniami wałęsać się po cienistych alejach i rozmyślać w rozkosznem próżniactwie. Co zaś się tyczy Ossipona, to ten nie zazna nigdy braku, dopóki nie zbraknie na świecie głupich dziewcząt, składających oszczędności.
Pan Verlok, podobny zupełnie usposobieniem do swych współtowarzyszów, przeciągał jednak między nimi a sobą wyraźną granicę. Bo różnił się od nich głębokim poszanowaniem form towarzyskiej przyzwoitości, nad którą górowała jedynie niechęć do wszelkiego rodzaju trudu, cecha, wspólna większej części rewolucyjnych reformatorów dzisiejszego układu społecznego. Bo nie podnoszą oni buntu przeciw nierówności i przywilejom wynikającym z tego układu, tylko przeciw obowiązkom moralności, panowania nad sobą i pracy, jakiemi te przywileje trzeba opłacać. Większość rewolucyonistów to wrogowie wszelkiej karności i wszelkiego trudu. Reszta buntowników, to ludzie próżni, a próżność jest matką i wzniosłych i nikczemnych złudzeń, towarzyszką poetów, reformatorów szarlatanów, proroków i podpalaczy.
Nagle, wśród głębokiego rozmyślania, pan Verlok drgnął. Przypomniał sobie pana Włodzimierza. I zazdrościł im wszystkim, którzy nie znali pana Włodzimierza i znajdowali pomoc w kobietach, kiedy tymczasem on — Verlok — miał kobietę, o której potrzebach musiał myśleć…
Przypomniał sobie, że trzeba iść spać. Westchnął. Dla człowieka tego, co on, usposobienia, myśl ta powinna była być przyjemną. Ale obawiał się demona bezsenności, którzy go zagarnął pod swoją władzę. Podniósł rękę i zakręcił gaz…
Promień światła padał przez drzwi sąsiedniego pokoju. Dzięki temu, pan Verlok mógł sprawdzić zawartość kasy. Mało było w niej pieniędzy; poraz pierwszy, od czasu otwarcia sklepu, zastanowił się nad jego handlową wartością. Przegląd ten wypadł niepomyślnie. Pan Verlok rozpoczął handel nie w handlowych bynajmniej celach. Pociągnęło go doń wrodzone upodobanie w zagadkowych procederach, w których pieniądze zbiera się bez trudu. Prócz tego sklep dawał mu jakieś stanowisko. Ale jako sposób do życia był zupełnie niewystarczający.
Wyjął z szuflady pudełko z pieniędzmi i odwróciwszy się, by wyjść ze sklepu, zobaczył, że Stevie dotąd jest na dole.
Co on tam robi? Dlaczego zachowuje się tak dziwacznie? Popatrzył nieufnie na szwagra, lecz nie zapytał go o nic. Rozmowa pana Verloka z bratem żony ograniczała się zwykle do mruknięcia po śniadaniu:
— Moje buty!
A to było raczej wskazówką, niż wyraźnem żądaniem, lub rozkazem. Pan Verlok spostrzegł teraz ze zdumieniem, że właściwie nie wie, co powiedzieć chłopcu. Stał, milcząc, na środku pokoju i patrzył. I pomyślał zadziwiony, że musi opiekować się tym chłopcem… Dotąd nie zastanawiał się nawet nad jego istnieniem.
Stanowczo nie wiedział jak do niego przemówić. Stevie wywijał rękoma i mruczał, chodząc na około stołu w kuchni, niby podrażnione zwierzę w klatce. Zapytanie: „Czy nie lepiej żebyś poszedł spać?“ nie zrobiło na nim żadnego wrażenia, więc pan Verlok przestał przyglądać się szwagrowi i odszedł ociężałym krokiem, unosząc pudełko z pieniędzmi. Przystanął chwilę na schodach i zamyślił się nad tem co mu dolega. Ale rozmyślaniom jego przeszkadzał odgłos nieustannego chrapania. Odgłos ten dochodził z pokoju świekry. Jeszcze jedna, o której trzeba myśleć, przemknęło mu przez głowę — i z tą myślą wszedł do swej sypialni.
Pani Verlokowa spała, pomimo lampy palącej się jasno na stoliczku obok łóżka. Światło z pod abażuru padało na białą poduszkę i zatopioną w niej głęboko głowę z zamkniętymi oczyma, i ciemnemi włosami, przeplatanymi na noc w warkocze. Obudziła się na wołanie:
— Winnie! Winnie!…
Zrazu nie poruszyła się, patrząc spokojnie na pudełko z pieniędzmi w ręku pana Verloka. Ale gdy zrozumiała, że jej brat: „dokazuje w kuchni“, nagłym ruchem podniosła się i usiadła na krawędzi łóżka. Bose nogi, osłonięte prostą, perkalową koszulą, zapiętą szczelnie przy rękach i szyi, spuściła na dywan, szukając pantofli, i wpatrując się w twarz męża.
— Nie umiem sobie z nim poradzić — mówił gniewnie pan Verlok. — Nie można go zostawić na dole samego, ze światłem…
Nie odpowiedziała nic, przebiegła z pośpiechem pokój i drzwi zamknęły się za jej białą postacią.
Pan Verlok postawił pudełko na nocnym stoliczku i zaczął operacye rozdziewania, rzucając paltot na opodal stojące krzesło. Za paltotem podążył surdut i kamizelka. Pan Verlok chodził po pokoju w samych skarpetkach, a jego gruba postać, z rękoma, manewrującemi nerwowo koło szyi, przesuwała się przed lustrem. Zerwał szelki z ramion i, podniósłszy gwałtownie roletę, przycisnął czoło do zimnej szyby, poza którą rozciągała się zimna, czarna, wilgotna, błotnista masa cegieł, kamieni i dachów — masa sama w sobie nieprzyjemna i wroga ludziom.
Pan Verlok odczuwał to z uczuciem niemal fizycznego bólu, żadne inne zajęcie nie zostawia po sobie takiej pustki, jak zajęcie tajnego agenta. Coś nakształt tego, jak kiedy koń padnie pod jeźdźcem w bezludnej, bezwodnej pustyni. Panu Verlokowi nasunęło się to porównanie, bo dosiadał on już różnych koni w swem życiu i teraz czuł, że mu lada chwila zagraża upadek. Przyszłość przedstawiała mu się równie czarna, jak ta noc za szybami, na których opierał czoło. I nagle, pojawiła mu się wygolona, dowcipna twarz pana Włodzimierza, niby różowa pieczęć na tle groźnych ciemności.
Widzenie było tak wyraźne, że pan Verlok odskoczył od okna i zapuścił ze zgrzytem roletę. Patrzył na powracającą żonę, gdy się kładła do łóżka z niezmąconym spokojem i uczuł się beznadziejnie osamotnionym na świecie. Pani Verlokowa wyraziła zdziwienie, że go zastaje jeszcze nie w łóżku.
— Trochę mi niedobrze — szepnął, przesuwając ręką po spotniałem czole.
— Zawrót głowy?
— Tak… Niedobrze mi.
Pani Verlokowa, ze spokojem doświadczonej małżonki wyraziła swoje zapatrywanie co do powodów cierpienia, i zaproponowała zwykłe lekarstwa; ale mąż, stojąc nieruchomo na środku pokoju, pochylił głowę ze smutkiem.
— Dostaniesz kataru, stojąc bez butów — zauważyła.
Pan Verlok zdobył się na wysiłek, rozebrał się i położył do łóżka. Na dole, w cichej, wąskiej uliczce, rozległy się miarowe kroki przed domem i skonały w dali, bezpowrotnie, jak gdyby przechodzień wybrał się w podróż na całą wieczność; a senne tykotanie zegara w sieni słychać było wyraźnie w sypialni.
Pani Verlokowa, leżąc na wznak i wpatrując się w sufit, zrobiła uwagę:
— Bardzo mały dziś był obrót w sklepie.
Pan Verlok odchrząknął i zapytał:
— Czy zgasiłaś gaz na dole?
— Zgasiłam — odparła żona. Biedny chłopiec jest dziś bardzo wzburzony — szepnęła po chwili.
Pana Verloka nic nie obchodziło wzburzenie Steviego, lecz był przerażająco roztrzeźwiony i obawiał się ciemności i ciszy, jakie zapanują po zgaszeniu lampy. Ten lęk skłonił go do zrobienia uwagi, że Stevie nie posłuchał jego rady, co do pójścia na spoczynek. Pani Verlokowa wpadła w sidła i zaczęła tłumaczyć mężowi, że to wcale nie „zuchwalstwo“ lecz tylko „wzburzenie“. W całym Londynie niema chłopca w tym wieku, równie ładnego i uległego jak Stevie — dowodziła; ani tkliwszego i posłuszniejszego a nawet pożyteczniejszego, byle tylko ludzie nie kręcili mu w biednej głowie. I, zwracając się w stronę leżącego małżonka, uniosła się na łokciu i zaczęła tłumaczyć, jak dalece pożytecznym członkiem rodziny jest Stevie. To uczucie, rozdmuchane do chorobliwych rozmiarów w jej dziecięcych latach. widokiem cierpień brata zabarwiło teraz jej policzki lekkim rumieńcem i rozpaliło blask w dużych ciemnych oczach, pod czarnemi rzęsami. Pani Verlokowa odmłodniała w tej chwili; wyglądała tak młodo, jak dawna Winnie, tylko więcej ożywiona, niż ta dawna Winnie bywała kiedykolwiek w obecności lokatorów matki. Pan Verlok, miotany niepokojem, nie zwracał uwagi na słowa żony. Zdawało mu się, że głos jej dochodzi z wielkiego oddalenia. Dopiero jej widok przywołał go do przytomności.
Oceniał on tę kobietę i miał dla niej pewien rodzaj uczucia, a to wzmagało jeszcze jego duchową udrękę. Kiedy żona umilkła, poruszył się niespokojnie i rzekł:
— Od kilku dni jestem trochę cierpiący…
Mogło to być wstępem do zwierzeń, lecz pani Verlokowa opuściła głowę na poduszki i, patrząc w sufit, zaczęła mówić:
— Ten chłopiec zadużo tu słyszy. Gdybym była wiedziała, że oni zejdą się wieczorem, byłabym dopilnowała, żeby poszedł spać jednocześnie ze mną. Zupełnie stracił głowę, bo usłyszał jak mówili o ludziach, którzy się żywią ciałem i krwią ludzką. Poco to mówić takie rzeczy?
W głosie jej dźwięczała wzgardliwa niechęć.
— Zapytaj o to Karola Jundta — warknął mąż dziko.
Pani Verlokowa orzekła stanowczo, że Karol Jundt jest „obrzydliwie stary“. Wyraziła jednocześnie swą sympatyę dla Michelisa. O barczystym Ossiponie, w którego obecności czuła zawsze pewien niepokój, maskując go kamienną obojętnością, nie rzekła nic. Zaczęła znowu mówić o bracie, przedmiocie jej pieczołowitości i troski od lat tylu.
— On nie może słuchać tego, co się tu mówi. On myśli, że to wszystko święta prawda. Nie wątpi o tem. Doprowadza go to do wściekłości.
Pan Verlok milczał.
— Stevie patrzył na mnie, jakby mnie nie poznawał, kiedy zeszłam na dół. Serce mu biło jak młotem. On nie może zapanować nad wzruszeniem. Obudziłam matkę i powiedziałam jej, żeby siedziała przy nim, dopóki nie uśnie. Nie jego to wina. Trzeba go zostawić w spokoju.
Pan Verlok nic nie odpowiedział.
— Żałuję teraz, że chodził do szkoły — zaczęła po chwili pani Verlokowa. Bierze gazety z okna i czyta, a zawsze rozgorączkowuje się tem czytaniem. Nawet dwunastu numerów nie sprzedaje się w ciągu miesiąca. Zajmuje to tylko miejsce w wystawie, a pan Ossipon znosi co tydzień całe paki tej P. P. do sprzedania po pół pensa sztuka. Jabym nie dała pół pensa za całą pakę. Głupie szpargały i tyle. Niema na to zbytu. Któregoś dnia Stevie dorwał się do jednego numeru i znalazł tam historyę niemieckiego podoficera, który oderwał połowę ucha rekrutowi i nie został za to ukarany. Bydlę! Tego dnia nie mogłam sobie dać rady z chłopcem. Prawda, że taka historya może oburzyć każdego. Ale poco drukować takie rzeczy? Nie jesteśmy niemieckimi niewolnikami, dzięki Bogu. Nic nam do ich spraw — prawda?
Pan Verlok nie odpowiadał.
— Musiałam chłopcu odebrać nóż kuchenny — mówiła dalej pani Verlokowa, już trochę sennym głosem. — Odgrażał się, tupał i szlochał. On nie może znieść najmniejszej wzmianki o okrucieństwie. Gdyby zobaczył tego podoficera, zakłułby go, jak prosię. I słusznie. Tacy ludzie niewarci są litości…
Przestała mówić, a nieruchome oczy zaczęły się przysłaniać senną mgłą.
— Lepiej ci teraz? mój drogi — spytała słabym głosem. Może zgasić światło?
Pan Verlok leżał nieruchomy, milczący, pewny, że nie zaśnie, pełen trwogi na myśl o zbliżającej się ciemności. Zdobył się wreszcie na wysiłek.
— Dobrze. Zgaś lampę — wyrzekł głucho.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Maria Gąsiorowska.