Tajny agent (tłum. Gąsiorowska)/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Tajny agent
Data wydania 1908
Wydawnictwo Biblioteka Dzieł Wyborowych
Druk Drukarnia Ed. Nicz i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Maria Gąsiorowska
Tytuł orygin. The Secret Agent
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


II.

Taki to dom, takie gospodarstwo, taki handel, pan Verlok pozostawił za sobą, wychodząc na miasto o pół do jedenastej rano. Była to dla niego niezwyczajnie wczesna godzina; cała jego osoba roztaczała urok świeżości, jak rosa poranna; granatowy paltot miał niezapięty, buty lśniące; policzki świeżo wygolone aż połyskiwały, a nawet oczy o ociężałych powiekach, wypoczęte po spokojnym śnie nocnym, spoglądały ze względnym ożywieniem. Przez sztachety parku widać było jeźdźców galopujących miarowo; pary kłusujące rytmicznie, lub przejeżdżające stępa; pojedyńczych, samotnych jeźdźców, samotne kobiety, za którymi jechał groom z kokardą u kapelusza, w skórzanym pasie, zapiętym na obcisłej kurtce. Toczyły się dwukonne powozy, wśród nich przemykały się niekiedy wysłane skórą dzikiego zwierza, wiozące kobietę w strojnym kapeluszu. A na wszystko padało specyalne londyńskie słońce, o którem można to jedno powiedzieć, że wygląda, jakby krwią nabiegłe. I nawet chodnik pod stopami pana Verloka, miał ten sam odblask starego złota, na który nie padał cień ani od murów, ani od drzew, ani od postaci ludzi i zwierząt.
Pan Verlok szedł przez miasto bez cieniów, w atmosferze sproszkowanego złota, o rdzawych blaskach, padających na mury, na powozy, na dery końskie i na szerokie plecy idącego. Ale pan Verlok nie myślał o świetle. Wpatrywał się przez sztachety parku w ten obraz zamożności i zbytku. Nad tymi ludźmi należało czuwać. Zamożność i zbytek potrzebują opieki. Trzeba opiekować się ludźmi i końmi i powozami i służbą tych ludzi; trzeba czuwać nad źródłami ich bogactwa, w samem sercu miasta, i w sercu kraju. Cały społeczny porządek, zabezpieczający ich prawo próżniactwa, musi być strzeżony od zamachów płytkiej zawiści. To było niezbędną koniecznością — i pan Verlok zatarłby ręce z zadowolenia, gdyby nie to, że odczuwał wstręt do każdego, zbytecznego ruchu. Lenistwo jego nie było może hygieniczne, lecz było mu przyjemne. Praktykował je z pewnego rodzaju fanatyzmem, a raczej z fanatyczną bezwładnością. Syn ludzi pracujących, przeznaczony sam do życia ciężkiej pracy, upodobał sobie lenistwo, skutkiem wpływów równie niezrozumiałych, jak pociąg do jednej kobiety, wśród tysiąca innych. Był zanadto leniwy, nawet na zwykłego demagoga, na mówcę robotniczego, na przywódcę ludzi pracy. To było dla niego już zanadto męczące. Pożądał dogodniejszych form bytu; być może, że żywił filozoficzną niewiarę co do skuteczności wszelkich ludzkich wysiłków. Bo pan Verlok nie był pozbawiony inteligencyi.
Obojętny i ociężały, jak dobrze utuczony karmnik, szedł, stąpając ciężko, nogami obutemi w błyszczące buty. Można go było wziąć za zamożnego rzemieślnika, zajętego interesami zawodowymi: mógł być równie dobrze fabrykantem ram jak ślusarzem, lub majstrem jakiegoś innego rzemiosła. A jednak było w nim coś, czego żaden rzemieślnik nie może nabyć w swej zawodowej pracy, choćby nawet wykonywanej niekoniecznie uczciwie. Była to jakaś nieokreślona cecha, odznaczająca ludzi, którzy żyją z występków, słabości i szaleństw ludzkiego rodzaju: jakieś piętno, wspólne utrzymującym domy gry i miejsca rozpusty: prywatnym detektywom i agentom wywiadowczym; właścicielom szynkowni i sprzedawcom cudownych środków lekarskich.
Nie dochodząc do Knightsbridge, pan Verlok skręcił na lewo, z głównej, hałaśliwej ulicy, pełnej omnibusów, dorożek i powozów. Pod kapeluszem, zsuniętym trochę w tył, widać było jego włosy starannie wyszczotkowane i gładko ułożone; bo pan Verlok szedł do… ambasady. Szedł ulicą cichą i majestatyczną. Zdawało się, że tam na tej ulicy, życie upływa według odrębnych praw — że tam nikt nie umiera! Kołatki przy drzwiach połyskiwały świetnym blaskiem, szyby w oknach lśniły się czystością. Wszędzie cisza. Zdala tylko zaturkotał, czasem wózek mleczarza; albo chłopak od rzeźnika powożący z majestatyczną obojętnością woźnicy rydwanu, biorącego udział w igrzyskach olimpijskich, ukazał się, usadowiony wysoko, na wielkich, czerwonych kołach. Spłoszony kot przemknął się pod nogami pana Verloka i zapadł w najbliższej suterenie, a opasły policyant, obcy na pozór wszelkiemu wzruszeniu, ukazał się niespodzianie, lecz nie zwrócił uwagi na przechodzącego.
Pan Verlok doszedł do Chesham Square i zatrzymał się przed bramą. Było jeszcze tak wcześnie, że odźwierny wybiegł ze swej loży, walcząc z opornym lewym rękawem liberyjnego surduta. Miał czerwoną kamizelkę, spodnie do kolan, twarz rozgrzaną. Pan Verlok pokazał mu kopertę z herbem ambasady i przeszedł mimo. Ten sam talizman ukazał lokajowi, który otworzył drzwi i wpuścił go do przedsionka.
Jasny ogień płonął na wielkim kominie, a przed ogniem, zwrócony doń plecami, stał stary człowiek, we fraku z łańcuchem na szyi i spojrzał na wchodzącego z ponad dziennika, który trzymał w wyciągniętych rękach, przed spokojnem i surowem obliczem. Nie poruszał się, tylko drugi służący, w bronzowych spodniach i szarym surducie, zbliżył się i zapytał pana Verloka o nazwisko, a potem, obróciwszy się na pięcie, w milczeniu przeprowadził go, nie oglądając się wcale. Wiódł go przez korytarz na lewo, do wielkich, dywanem wyłożonych schodów i niespodzianie wprowadził do małego pokoju, gdzie stał ciężki stół do pisania i kilka krzeseł. Służący zamknął drzwi — pan Verlok pozostał sam, nie usiadł. Trzymając kapelusz i laskę w jednej ręce, obejrzał się w około, drugą rękę przesunął po gładko uczesanej głowie.
Otworzyły się cicho inne drzwi i pan Verlok zobaczył postać czarno ubraną, wierzchołek łysej głowy i długie, szpakowate faworyty, zwieszające się z dwóch stron pomarszczonych rąk. Wchodzący niósł przed oczyma pęk papierów, szedł do stołu drobnym krokiem, przeglądając po drodze papiery. Tajny radca Wurmt, kanclerz ambasady, miał wzrok trochę krótki. Zasłużony ten urzędnik złożył papiery na stole i ukazał twarz bez cery, brzydoty melancholijnej, okoloną ciemno szpakowatymi włosami, przeciętą gęstemi krzaczastemi, ciemnemi brwiami. Założył binokle w czarnej oprawie na gruby, niekształtny nos i zadziwił się, ujrzawszy pana Verloka. Słabe oczy zaczęły mrugać niespokojnie pod krzaczastemi brwiami. Nie przywitał się: pan Verlok, również znając swoje stanowisko, nie witał go, tylko pochylił leciuteńko potężny grzbiet w granatowym paltocie.
— Mam tu pańskie sprawozdania — przemówił biurokrata, głosem nadspodziewanie łagodnym i słabym, przyciskając papiery wskazującym palcem. — Nie jesteśmy zadowoleni z postawy tutejszej policyi — dodał po chwili.
Pan Verlok nieznacznie wzruszył ramionami. I po raz pierwszy, od przekroczenia progu swego domu, otworzył usta.
— Każdy kraj ma inną policyę — zauważył filozoficznie.
A widząc, że urzędnik ambasady wpatruje się w niego uporczywie, mrugającemi oczyma, uważał, że musi coś dodać.
— Niech mi wolno będzie zaznaczyć, że nie mam sposobu oddziaływania na tutejszą policyę.
— Pożądane byłoby jednak coś stanowczego, coby pobudziło jej czujność — zauważył urzędnik. — Wszak to leży w pańskim zakresie działania — nieprawdaż?
Pan Verlok odpowiedział westchnieniem, które wymknęło mu się mimowolnie, bo natychmiast spróbował przybrać wesołą minę. Urzędnik mrugał wciąż, jakby go raziło światło i powtarzał niejasno:
— Czujność policyi i surowość władz… Łagodność tutejszych praw i zupełny brak wszelkich represyjnych środków są zgorszeniem dla całej Europy. Byłoby pożądanem teraz właśnie ujawnienie niepokoju — tego wrzenia, które trwa niezawodnie…
— Niezawodnie, niezawodnie — przemówił pan Verlok głębokim, pełnym uszanowania basem, tak odrębnym od tonu, jakiego przedtem używał, że tajny radca spojrzał nań mocno zdziwiony. — Wrzenie istotnie trwa i to w wysokim stopniu, moje raporty w ciągu ostatniego roku stwierdzają to wyraźnie.
— Czytałem pańskie raporty — odrzekł tajny radca łagodnym i obojętnym tonem. — I właściwie nie rozumiem po co je pan pisałeś?
Nastała smętna cisza. Pan Verlok oniemiał, a urzędnik wpatrywał się uporczywie w papiery. Po chwili odsunął je.
— Stan rzeczy, jaki pan przedstawiłeś, stanowi pierwszy warunek pańskiego zajęcia. Ale teraz nie idzie o pisanie, lecz o ujawnienie jakiegoś wyraźnego, znaczącego faktu — dodałbym nawet: faktu zatrważającego.
— Nie potrzebuję mówić, że wszystkie moje siły wytężę w tym celu — odrzekł pan Verlok, stłumiwszy głos do pełnego uszanowania tonu.
Ale to uczucie, że jest pilnie śledzonym z poza szkieł okularów, odejmowało mu swobodę. Odsunął się o krok, pochylając głowę z uszanowaniem. Zasłużonemu, zapracowanemu urzędnikowi ambasady przyszła nowa myśl.
— Pan jesteś bardzo otyły — rzekł znienacka.
Uwaga ta, wyrzeczona z wahaniem człowieka, więcej oswojonego z piórem i atramentem, niż z warunkami życiowymi, dotknęła pana Verloka jako osobista obraza. Odstąpił jeszcze dalej.
— Co? Co szanowny pan raczył powiedzieć? — zawołał z tłumioną urazą.
Urzędnik czuł, że ta rozmowa jest nad jego siły.
— Chciałem powiedzieć — odezwał się — że najlepiej rozmów się pan z panem Włodzimierzem. Tak! To będzie najlepiej. Proszę, zechciej pan tu chwilę zaczekać — dodał i wyszedł drepcąc.
Pan Verlok przesunął ręką po głowie. Pot wystąpił mu na czoło. Odetchnął, jak człowiek, który połknął łyżkę zbyt gorącej zupy. Ale kiedy ukazał się we drzwiach milczący lokaj w ponsowej liberyi, pan Verlok stał wciąż nieruchomo na tem samem miejscu. Czuł, że otaczają go naokoło przepaście.
Poszedł za służącym przez korytarz, oświetlony płomieniem gazowym, po kręconych schodach, na oszklony jasny korytarz pierwszego piętra. Służący otworzył drzwi i usunął się na bok. Pan Verlok poczuł pod nogami gruby dywan. Pokój był obszerny, o trzech oknach: przed wielkim, mahoniowym stołem, siedział w obszernym fotelu młody człowiek, który rzekł po francusku, do wychodzącego z pliką papierów tajnego doradcy.
— Masz zupełną słuszność, mój drogi. To bydlę jest bardzo otyłe.
Pan Włodzimierz, pierwszy sekretarz ambasady, w salonach znany był jako miły i zajmujący człowiek. Był ulubieńcem towarzystwa. Słynął z dowcipu, a gdy siedział pochylony na krześle, z lewą ręką wzniesioną w górę i opowiadał najśmieszniejsze sceny, jakby je pokazywał wielkim, a wskazującym palcem, jego okrągła, wygolona doszczętnie twarz miała wyraz wesołej przekory.
Ale nie było śladu wesołości ni przekory, gdy teraz przyglądał się panu Verlokowi. Zagłębiony w wielkim fotelu, z założonymi kwadratowo łokciami, z jedną nogą założoną na kolanie, z twarzą gładką i różową, miał minę przedwcześnie rozwiniętego, zuchwałego dziecka, które nie pozwoli nikomu nad sobą przewodzić.
— Przypuszczam, że pan rozumiesz po francusku? — spytał?
Pan Verlok chrapliwym głosem odpowiedział twierdząco. Jego potężny tułów pochylił się lekko ku przodowi. Stał na dywanie w samym środku pokoju, ściskając laskę i kapelusz w jednej ręce, a drugą trzymał bezwładnie opuszczoną; wybąknął z głębin gardła, że służył niegdyś we francuskiej artyleryi. A pan Włodzimierz, wzgardliwie i zdradziecko, zmienił nagle język i zaczął przemawiać najczystszą angielszczyzną, bez żadnego śladu cudzoziemskiej wymowy.
— Ach! tak... Naturalnie. Zobaczmy... Ile dostałeś pan za zdobycie wzoru ich najnowszej lawety?
— Pięć lat ciężkiego więzienia w twierdzy — odparł pan Verlok, z zupełną na pozór obojętnością.
— Małym kosztem wydobyłeś się z trudności — zrobił uwagę pan Włodzimierz. — Ale zasłużyłeś na karę za to, żeś się dał przyłapać. Któż cię wprowadził w taką kabałę — co?
Ochrypły głos pana Verloka wspomniał coś o niedoświadczeniu młodości, o fatalnem zaślepieniu do niegodnej...
— Aha! Cherchez la femme! — raczył mu przerwać pan Włodzimierz, posępnie i bez współczucia. I rzucił zapytanie:
— Jak dawno jesteś pan na usługach tutejszej ambasady?
— Od czasu przybycia tu nieboszczyka barona Stotta-Wartenheima — objaśnił stłumionym głosem pan Verlok, wydymając smętnie usta, na znak żalu po zmarłym dyplomacie.
Pierwszy sekretarz śledził bacznie grę jego fizyjonomii.
— Ach! Od tej pory... No! A co masz pan do powiedzenia? — zapytał szorstko.
Pan Verlok odrzekł z pewnem zadziwieniem, że nie ma nic specyalnego do powiedzenia. Został wezwany listownie... I zanurzył rękę w bocznej kieszeni paltota, lecz pod szyderczym, cynicznym nadzorem pana Włodzimierza postanowił nie prezentować listu.
— Ba! — zaczął pan Włodzimierz. — I pan myślisz w taki sposób wykręcać się z zadania? Nie masz nawet powierzchowności odpowiedniej do swego zawodu. Pan — w roli zagłodzonego proletaryusza? — Żarty! Pan — w roli zajadłego socyalisty, czy anarchisty — jakże tam?
— Anarchisty — podpowiedział martwym głosem pan Verlok.
— Bagatela! — mówił pan Włodzimierz, nie podnosząc głosu. — Twój widok zadziwił nawet starego Wurmta… Nie wyprowadziłbyś w pole nawet idyoty… Jesteś poprostu niemożliwy… Więc zrobiłeś z nami znajomość, z okazyj tych armat francuskich? I pozwoliłeś się przyłapać. Musiała to być wielka nieprzyjemność dla naszego rządu. Nie wydajesz mi się bardzo sprytny…
Pan Verlok usiłował się usprawiedliwić.
— Jak już miałem zaszczyt wspomnieć, nieszczęsne uczucie dla niegodnej…
Pan Włodzimierz podniósł dużą, białą, pulchną rękę.
— Ach! tak… Nieszczęśliwa miłość… błąd młodości… Ona wzięła pieniądze, a w zamian sprzedała cię policyi… Co?
Boleściwy wyraz twarzy pana Verloka, chwilowe zgarbienie całej postawy, potwierdziły, że takie właśnie okoliczności towarzyszyły opłakanemu zdarzeniu. Pan Włodzimierz objął dłonią kostkę nogi założonej na kolanie. Skarpetki miał ciemnoniebieskie, jedwabne.
— Sam widzisz, że to nie było zręczne. Może jesteś zanadto wrażliwy?
Pan Verlok objaśnił głosem stłumionym, gardłowym, że już nie jest młody.
— O! To wada, z której wiek nie leczy — zauważył pan Włodzimierz ze złowrogą poufałością. — Ale nie! Istotnie! Jesteś na to zbyt otyły, nie doszedłbyś do takiej tuszy, gdybyś był zachował wrażliwość. Powiem ci krótko, co o tobie myślę. Jesteś człowiek leniwy. Czy dawno bierzesz pensyę z ambasady?
— Jedenaście lat — zabrzmiała odpowiedź, po chwili niechętnego wahania. — Otrzymywałem wielokrotnie polecenia do Londynu, kiedy jego Ekscelencya, baron Stott-Wartenheim, był jeszcze ambasadorem w Paryżu. Na jego rozkaz osiedliłem się w Londynie. Jestem Anglikiem.
— Doprawdy? No?
— Poddanym angielskim — objaśnił pan Verlok. — Ale mój ojciec był Francuzem i dlatego…
— Mniejsza o to! — przerwał mu sekretarz. — Miałbyś tedy prawo, być jednocześnie marszałkiem Francyi i członkiem parlamentu angielskiego a w takim razie oczywiście mógłbyś być przydatny naszej ambasadzie.
Żart ten wywołał coś nakształt uśmiechu na usta agenta. Pan Włodzimierz zachował niezachwianą powagę.
— Ale, jak ci już powiedziałem, jesteś leniwy; nie umiesz wyzyskać okoliczności. Za czasów barona Stott-Wartenheima, mieliśmy tu w ambasadzie cały komplet miękkich ludzi. I oni to wpoili takim jak ty, fałszywe pojęcie o zadaniu służby tajnych agentów. Ale teraz moim obowiązkiem jest objaśnić cię, czem nie jest wydział tajnej służby. Nie jest filantropijną instytucyą. I kazałem cię tu wezwać po to, żeby ci to powiedzieć…
Pan Włodzimierz zauważył przerażenie na twarzy agenta i uśmiechnął się drwiąco.
— Widzę, że rozumiesz mnie doskonale. Przypuszczam, że masz dość sprytu do swojej roboty. Ale czego nam potrzeba, to czynów — czynów!
Powtarzając ten ostatni wyraz, pan Włodzimierz położył długi, biały palec na krawędzi stołu. Gruby kark pana Verloka, nad aksamitnym kołnierzem paltota, zabarwił się purpurowo. Wargi jego zadrżały i otworzyły się szeroko.
— Jeżeli pan sekretarz raczy przejrzeć moje raporty — zagrzmiał potężnym basem, bez śladu chrapliwości — to znajdzie w nich ostrzeżenie, jakie podałem przed trzema miesiącami, z powodu bytności w Paryżu Wielkiego Księcia Romualda, a które stąd przesłane zostało telegraficznie tamtejszej policyi i…
— Pst! Pst! — przerwał mu, krzywiąc się groźnie, pan Włodzimierz. — Francuska policya nie potrzebowała twojego ostrzeżenia… Nie rycz tak! Co u dyabła przyszło ci do głowy?
Pan Verlok zaczął usprawiedliwiać się z zapomnienia, a w tonie jego głosu, obok uniżoności, była duma. Tłomaczył, że jego organ głosu, sławny na robotniczych wiecach, zwoływanych w olbrzymich salach, niemało przyczynił się do utrwalenia jego opinii, jako dobrego i godnego zaufania towarzysza. Budził on zaufanie do głoszonych haseł.
— Wzywają mnie zawsze do przemawiania, w jaknajkrytyczniejszych chwilach — objaśnił pan Verlok, z widocznem zadowoleniem.
Dodał na zakończenie, że niema takiej wrzawy, nad którąby głos jego nie zapanował. Postanowił dowieść tego czynem i rzekł:
— Proszę o łaskawe pozwolenie!
Pochyliwszy głowę, szybko i zwinnie przeszedł przez pokój i stanął przed wielkiem oknem. Uchylił je, a pan Włodzimierz, zerwawszy się z głębin fotela, stanął za nim. Na ulicy, za dziedzińcem ambasady, widać było szerokie plecy policyanta, przyglądającego się leniwie wspaniałemu wózkowi, w którym jechało przez skwer jakieś zamożne niemowlę.
— Policya — ryknął bez najmniejszego wysiłku pan Verlok.
Pan Włodzimierz zaśmiał się na widok policyanta, który obrócił się jak na sprężynie, szukając z której strony przyszło wezwanie. Agent zamknął spokojnie okno i wrócił na dawne miejsce.
— Kto ma taki głos, budzi naturalnie zaufanie — przemówił już ze zwykłym tłumikiem. — A przytem wiem co mówić…
Pan Włodzimierz, poprawiając w lustrze krawat, wpatrywał się bacznie w mięsisty profil i wielki tułów człowieka, stojącego za nim, a jednocześnie przyglądał się własnej twarzy, wygolonej, okrągłej, różowej, z cienkiemi, wrażliwemi wargami, stworzonemi do wygłaszania subtelnych dowcipów, które zrobiły go ulubieńcem najwyższych kół towarzystwa. Potem odwrócił się nagle i postąpił parę kroków tak prędko, że pan Verlok, spojrzawszy nań bokiem, zatrwożył się.
— Teraz rozmówimy się wyraźnie, po angielsku — zaczął pan Włodzimierz dziwnym, gardłowym akcentem, nietylko angielskim, ale wprost nie europejskim. — I powiem ci, że głos to jeszcze za mało. Nie potrzebujemy twojego głosu. Potrzebujemy roboty, wstrząsających faktów! Niech cię dyabli porwą! — zakończył srogo, a tajemniczo, rzucając te wyrazy prosto w oczy agentowi.
— Czy Ekscelencya chce mnie nastraszyć? — bronił się chrapliwie Verlok, patrząc na dywan.
Pan Włodzimierz uśmiechnął się szyderczo i zaczął mówić znowu po francusku.
— Podajesz się za agenta-prowokatora? A takiego agenta zadaniem jest — prowokacya. O ile mogę sądzić z tego, coś mówił, od trzech lat nie uczyniłeś nic, żeby zarobić pieniądze, które bierzesz.
— Nic!? — zawołał Verlok, wciąż nieruchomy, nie podnosząc oczu, ale z głęboką urazą w głosie. — Niejednokrotnie przecież zapobiegałem temu, co miało się stać…
— Tu w Anglii mają przysłowie, że „lepiej zapobiegać, niż leczyć” — przerwał pan Włodzimierz, rzucając się na fotel. — Przysłowie jest głupie! Bo zapobieganiu niema granic. Ale jest charakteryczne. W tym kraju nie lubią ostateczności. Nie bądź jednak zanadto Anglikiem. I nie mów niedorzeczności. Nam nie potrzeba zapobiegania, tylko — leczenia.
Pochylił się nad stołem i, przejrzawszy leżące tam papiery, zaczął odmiennym, obojętnym tonem, nie patrząc na pana Verloka.
— Wiesz pan zapewne, że się zebrała międzynarodowa konferencya w Medyolanie?
Pan Verlok objaśnił, że ma zwyczaj codziennie czytywać dzienniki i że rozumie co czyta.
— Hm! — mruknął pan Włodzimierz, uśmiechając się zlekka i przerzucając w papierach, a wyciągnąwszy z nich wzgardliwie szary zeszyt, zapytał:
— Może mnie zatem objaśnisz, co znaczą te świstki z nagłówkiem P. P. i złożonymi na krzyż młotem, piórem i pochodnią? Co one znaczą?
Pan Verlok podszedł do wspaniałego biurka.
Przyszłość Proletaryatu. Stowarzyszenie — objaśniał, stając ciężko obok fotelu. — Stowarzyszenie w zasadzie nie anarchistyczne, lecz dostępne dla rewolucyjnych pojęć wszelkich odcieni.
— Należysz do niego?
— Jestem jednym z jego wiceprezesów — wykrztusił z przymusem pan Verlok.
Pierwszy sekretarz ambasady, podniósł głowę i spojrzał na niego.
— Powinnibyście się wstydzić sami siebie — rzekł uszczypliwie. — Czy wasze stowarzyszenie nie jest w stanie robić nic innego, oprócz drukowania tych bałamutnych proroctw na bibulastym papierze? Czemuż oni nic nie robią? Pomyśl o tem. Ta sprawa dostała się teraz w moje ręce i mówię ci wyraźnie, że musisz zapracować na swoją pensyę. Dobre czasy starego Stott-Wartenheima skończyły się. Kto nic nie robi, nie wart zapłaty.
Pan Verlok uczuł dziwne osłabienie w grubych nogach. Odstąpił krok w tył i wytarł nos hałaśliwie.
Był rzeczywiście zdumiony i zastraszony. Rdzawe londyńskie słońce, przebijając się przez londyńską mgłę, zalewało ciepłym blaskiem gabinet pierwszego sekretarza; w ciszy słychać było brzęczenie muchy, rozbijającej się o szybę — zapowiedź nadciągającej wiosny.
Podczas tej pauzy, pan Włodzimierz sformułował w myśli cały szereg niepochlebnych spostrzeżeń nad twarzą i postacią agenta. Człowiek ten był nadspodziewanie pospolity, ociężały i bezwstydnie tępy. Wyglądał zupełnie jak majster od wodociągów, przynoszący rachunek do zapłacenia…
Więc to był ten sławny, zaufany tajny agent — tak dochowujący swego incognita, że nie oznaczano go nigdy inaczej, tylko przez trójkąt — △ — w urzędowej, półurzędowej i poufnej korespondencyi zmarłego barona Stott-Wartenheima. Słynny △, którego ostrzeżenia miały moc zmieniać plany i daty królewskich podróży, a niekiedy nawet wpływały na zupełne ich zaniechanie! Ten człowiek!
Pan Włodzimierz w głębi duszy dał folgę gwałtownemu rozweseleniu, częścią z powodu własnego zdziwienia, które uznał za wielce naiwne, ale głównie z powodu ogólnie żałowanego barona. Jego Ekscelencya, łaską monarchy narzucony na ambasadora nie jednemu ministrowi spraw zagranicznych, pomimo jego oporu, używał w swoim czasie sławy pewnego rodzaju taniej, złowrogiej przezorności. Jego Ekscelencya miał głowę, nabitą groźbą społecznego przewrotu. Uważał siebie za dyplomatę, przeznaczonego z łaski losów na specyalne stanowisko obrońcy dyplomacyi od grożącej jej zagłady, a nawet końca całego świata w ogólnym, strasznym wybuchu ludowej rewolucyi. Jego proroctwa i biadające depesze stanowiły przez długie lata źródło uciechy dla ministeryum spraw zagranicznych. Opowiadano, że kiedy leżącego na śmiertelnem łożu, odwiedził monarcha, umierający zawołał:
— Nieszczęsna Europo! Zginiesz skutkiem moralnej zgnilizny swych dzieci!
Był to człowiek, przeznaczony na to, by stać się pastwą pierwszego lepszego, sprytnego oszusta, któryby się z nim zetknął — myślał pan Włodzimierz, przyglądając się z uśmiechem panu Verlokowi.
— Powinieneś czcić pamięć barona Stott-Wartenheima — odezwał się niespodziewanie.
Na schylonej twarzy agenta odbił się wyraz ponurego niezadowolenia.
— Niech mi wolno będzie przypomnieć — zaczął — że przyszedłem tu na rozkaz, przesłany mi listownie. W ciągu ostatnich lat jedenastu, byłem tu tylko dwa razy, ale nigdy o jedenastej rano. Wzywanie mnie o tej porze jest nieostrożnością. Może mnie kto zobaczyć… A to nie żarty dla mnie.
Pan Włodzimierz wzruszył ramionami.
— Toby położyło koniec mojej działalności — mówił dalej agent z tłumionym uniesieniem.
— To już twoja rzecz! — mruknął pan Włodzimierz, niby łagodnie, a brutalnie. — Jeżeli przestaniesz być użyteczny, stracisz zajęcie. Tak! Odrazu. Bez żadnego gadania. Zostaniesz… zostaniesz…
Pan Włodzimierz zmarszczył brwi, szukając odpowiedniego wyrażenia w miejscowym żargonie: ale wnet rozjaśnił się i błysnął białymi zębami w uśmiechu.
— Zostaniesz wylany — dodał srogo.
Po raz drugi panu Verlokowi uczyniło się słabo. Ale podniósł głowę, zdobywając się na męstwo.
Pan Włodzimierz zniósł z niezmąconą pogodą, jego badawcze spojrzenie.
— Potrzeba nam jakiegoś podniecającego środka dla konferencyi w Medyolanie — zaczął od niechcenia. — Rozprawy nad międzynarodową akcyą, w celu stłumienia zbrodni politycznych, nie prowadzą do niczego. Anglia się ociąga. Ten kraj, przejęty sentymentalnymi poglądami na wolność osobistą, jest poprostu niemożliwy. Niepodobna tego dłużej ścierpieć, że twoim przyjaciołom wolno się tu zbierać…
— W ten sposób mam ich wszystkich pod okiem — przerwał pan Verlok cierpko.
— Daleko lepiej byłoby mieć ich wszystkich pod kluczem. Trzeba doprowadzić do porządku Anglię. Głupia tutejsza burżuazya staje się wspólniczką tych ludzi, którzy postawili sobie za cel, wyrugować ją z jej własnych domów i skazać na śmierć głodową w rynsztoku. Zapewne zgodzisz się na to, że średnie warstwy ludności są głupie?
Pan Verlok potwierdził chrapliwie:
— Istotnie są głupie.
— Nie mają wcale wyobraźni. Są zaślepieni idyotyczną próżnością. Potrzeba im dać ostrogę. I to jest właśnie odpowiednia chwila, ażeby twoi przyjaciele zabrali się do roboty. Wezwałem cię tu, by ci wyłożyć swoje poglądy.
I pan Włodzimierz zaczął rozwijać swoje poglądy, wzgardliwie zstępując z wyżyn, a jednocześnie zdradzając zupełną nieznajomość celów, planów i metod działania świata rewolucyonistów, co przejęło pana Verloka głębokiem przerażeniem. Pan Włodzimierz plątał przyczyny ze skutkami, w sposób nie do przebaczenia; najwybitniejszych działaczów, z bezmyślnymi bombiarzami; dopatrywał się organizacyi tam, gdzie nie mogło być mowy o jej istnieniu; raz wyrażał się o partyi socyalno-rewolucyjnej, jako o doskonale zorganizowanej karnej armii, gdzie rozkaz wodzów jest jedynem prawem, a po chwili, określał ją jako bezładne zbiorowisko zrozpanoszonych bandytów. Raz jeden pan Verlok otworzył usta, chcąc zaprotestować, lecz nakazano mu milczenie, ruchem kształtnej, białej ręki. A potem był już tak oszołomiony, że nie mógłby nawet protestować. Słuchał, skamieniały z przerażenia, a jego nieruchomość mogła się wydawać uważnem skupieniem.
— Cały szereg zamachów — dowodził spokojnie pan Włodzimierz — wykonanych w tym kraju, nie uplanowanych ale tu spełnionych, — oto czego nam potrzeba! Twoi przyjaciele mogliby wzniecić pożar w połowie Europy, tutejsza opinia jeszcze nie dałaby się skłonić do wydania praw represyjnych względem przestępców. Bo tutejsi ludzie nie wyglądają po za własne podwórko…
Pan Verlok odchrząknął, ale zabrakło mu odwagi, i nie powiedział nic.
— Zamachy te nie potrzebują być krwawe — wykładał dalej pan Włodzimierz, jakby objaśniał jakiś naukowy temat — ale muszą być wstrząsające, efektowne. Wymierzone naprzykład przeciw gmachom publicznym. Co jest w obecnej chwili, najdroższem bożyszczem tutejszej burżuazyi? Jak pan myślisz? Co?
Pan Verlok rozłożył ręce i wzruszył lekko ramionami.
— Jesteś zbyt leniwy, żeby myśleć — odrzekł na ten gest pan Włodzimierz. — Proszę, zwróć baczną uwagę na to, co powiem. Bożyszczem w naszych czasach nie jest ani majestat monarszy, ani religia. A więc kościoły i pałace monarsze trzeba pozostawić w spokoju. Rozumiesz mnie?
Oburzenie i niechęć agenta objawiły się w formie żartobliwej.
— Doskonale rozumiem. Naprzykład… może ambasady? Szereg zamachów na inne ambasady? — zaczął. Ale umilkł pod zimnem, badawczem wejrzeniem sekretarza.
— Umiesz być dowcipny, jak uważam — rzucił od niechcenia uwagę pan Włodzimierz. — Bardzo dobrze. Możesz rozweselać słuchaczów na socyalistycznych zebraniach. Ale ten pokój, nie jest bynajmniej odpowiedniem miejscem do żartów. Bezpieczniej będzie uważać pilnie na to, co mówię. Ponieważ żądać będę od ciebie faktów, zamiast sensacyjnych bajeczek, staraj się skorzystać z trudu, jaki sobie zadaję, dla objaśnienia cię o co chodzi. Najdroższem bożyszczem dzisiejszych czasów to — nauka. Czemużby nie przekonać twoich przyjaciół, że niektóre jej przybytki, trzeba zmieść z powierzchni ziemi, zanim P. P. stanie się teraźniejszością.
Pan Verlok milczał uparcie. Lękał się otworzyć usta, by nie jęknąć.
— Tego trzeba sprobować. Zamachy na głowy ukoronowane nie robią już takiego wrażenia jak przedtem. Zamach na kościół? Straszny na pozór, lecz możnaby go uważać za prostą, antyreligijną manifestacyę. Toż samo zamach na restauracye lub teatr: wybuch rozpaczy zgłodniałych nędzarzy — czyn społecznej zemsty. Wrażliwość tych warstw społecznych, na które należy działać, stępiała. Wzruszenie i litość trwają krótko. Zamach, jeżeli ma poruszyć opinię publiczną — musi mieć charakter wyłącznie niszczycielski. Wy, anarchiści, musicie dobitnie zaznaczyć, że waszym celem jest zniweczenie wszystkich społecznych urządzeń. A tego dokonać można tylko za pomocą zamachu, skierowanego na coś, stojącego po za obrębem ludzkich namiętności. A więc nauka — wiedza. Wszyscy ci przeklęci profesorowie są w głębi duszy rewolucyjnie usposobieni. Niech więc dowiedzą się, że ich poświęcana buda skazana jest na zagładę, że musi ustąpić miejsca dla Przyszłości Proletaryatu. Wycie tych uczonych idyotów dopomoże pracom konferencyi medyolańskiej. Wszystkie dzienniki uderzą na trwogę i budzą czujność samolubnych warstw społeczeństwa. Bo te klasy wierzą w jakiś tajemniczy wpływ nauki na źródło ich materyalnego dobrobytu. Wierzą w to. I ta niedorzeczna dzikość zamachu poruszy je głębiej niż zmaglowanie całej ulicy, lub teatru pełnego ludzi. Bo wtedy powiedzianoby: „O! to tylko wybuch nienawiści klasowej!” Ale zamach na przybytek nauki? Co powiedzieć o takiem dzikiem niszczycielstwie, niezrozumiałem, niepojętem, poprostu szalonem? Zresztą ja jestem człowiek ucywilizowany, nie przyszłoby mi na myśl, namawiać cię do zwykłej rzezi, choćby miała ona wydać najkorzystniejsze wyniki. Ale rzeź nie przyniosłaby takich korzyści. Morderstwa już spowszedniały. Stały się czemś codziennem, a ponieważ bomby są waszą ulubioną bronią należy ich użyć przeciw temu, co społeczeństwo otacza dziś czcią największą — przeciw nauce. Cobyś powiedział naprzykład o zamachu na… astronomię?
Pan Verlok, stojąc, jak skamieniały obok fotelu, wzdrygnął się tylko od czasu do czasu, jak pies, dręczony we śnie niespokojnemi widziadłami. Zapytany, powtórzył nieludzkim, dziwnym, głosem:
— Na astronomię?
Ale ochłonął już z osłupienia, w jakiem pogrążyło go podążanie za planami pana Włodzimierza. Odzyskał władzę przyswajania sobie pojęć. Ogarnął go gniew. A gniew wzmagało jeszcze niedowierzanie. I nagle wydało mu się, że jest ofiarą jakiegoś wymyślnego żartu. Pan Włodzimierz wyszczerzył zęby w uśmiechu, a na jego okrągłej, pełnej twarzy ukazały się wdzięczne dołeczki. Ulubieniec dam siedział w zwykłej pozie, jaką przybierał przy wygłaszaniu dowcipnych uwag. Siedział pochylony, z białą ręką wzniesioną do góry, jakby trzymał w dwóch palcach subtelny wytwór swojej wyobraźni.
— Niepodobna wymyśleć nic lepszego. Mogą się wysilać wszystkie dzienniki, lecz nie zdołają wmówić publiczności, że którykolwiek członek proletaryatu mógł mieć osobistą urazę do astronomii. A prócz tego cały ucywilizowany świat zna Greenwich. Wiedzą o niem wszyscy w Londynie, nawet czyściciele butów. Czy nie?
Twarz pana Włodzimierza promieniała bezczelnem zadowoleniem, któreby zdumiało kobiety, zachwycające się w salonach jego dowcipem.
— Tak! — powtórzył, uśmiechając się wzgardliwie. — Wysadzić w powietrze obowiązujący w całym naukowem świecie południk! To może wywołać wycie wściekłości…
— Trudne zadanie — bąknął pan Verlok, czując że to jedno może powiedzieć bezpiecznie.
— O co idzie? Czy nie masz całej bandy pod ręką? Samej śmietanki? Stary terorysta Jundt jest pod bokiem. Widuję go w Piccadilly prawie codzień, jak się przechadza w swoim wytartym hawłoku. A Michelis — ten apostoł, wypuszczony z więzienia za urlopem: nie będziesz chyba utrzymywał, że nie wiesz gdzie on jest? A jeżeli rzeczywiście nie wiesz, to ja ci mogę powiedzieć, — dopowiedział groźnie pan Włodzimierz. — Jeżeli sobie wyobrażasz, że jesteś jedynym na liście tajnych agentów, to się mylisz…
Pan Verlok w odpowiedzi na ten bezpłatny dodatek, szurgnął zlekka nogą.
— A ta cała paczka w Lozannie — co? Czy nie zleciała się tutaj, na pierwszą pogłoskę o medyolańskiej konferencyi? Bo Anglia — to kraj zupełnie głupi!
— Ale to będzie dużo kosztowało — zauważył instynktownie pan Verlok.
— Ten pocisk nie trafi do celu — odparł pan Włodzimierz. Dostaniesz swoją płacę miesięczną, ale ani grosza więcej, dopóki coś się nie stanie. A jeżeli nie stanie się nic w krótkim przeciągu czasu — nie dostaniesz nawet pensyi. Czem się pozornie zajmujesz? Z czego rzekomo żyjesz?
— Mam sklep — objaśnił pan Verlok.
— Sklep? Jakiego rodzaju?
— Materyały piśmienne, dzienniki… Moja żona…
— Kto?! Co?! — przerwał pan Włodzimierz z gardłowym, czysto azyatyckim dźwiękiem.
— Moja żona — powtórzył pan Verlok, podnosząc trochę chrapliwy głos. — Jestem żonaty…
— Niech cię dyabli porwą! — wykrzyknął sekretarz z nieudanem zadziwieniem. — Żonaty! I przytem zdeklarowany anarchista? Co za niepojęta mieszanina. Ale zapewne mówisz to tak sobie, dla pozoru… Anarchiści nie żenią się. To wiadomo — nie mogą się żenić. Uważałoby się to za odstępstwo od przekonań.
— Moja żona nie jest anarchistką — mruknął niechętnie agent. — Zresztą, to pana nie powinno obchodzić.
— Przeciwnie, obchodzi mnie! — warknął pan Włodzimierz. — Zaczynam nabierać przekonania, że nie jesteś odpowiedni do roboty, do której cię użyto. Twoje małżeństwo musiało cię skompromitować w oczach towarzyszów. Czy nie mogłeś się inaczej urządzić? Więc to jest, niby, prawy związek?
Pan Verlok nadął policzki i odsapnął: nic więcej. Uzbroił się w cierpliwość. Niedługo już miała trwać ta próba. Pierwszy sekretarz nagle stał się bardzo lakoniczny, obojętny, stanowczy.
— Możesz odejść — wyrzekł. — Dynamitowy zamach jest niezbędny. Daję miesiąc czasu. Posiedzenia konferencyi zostały zawieszone. Zanim rozpoczną się na nowo, coś musi stać się tutaj; albo twoje stosunki z nami zostaną zerwane.
I nagle znowu zmienił ton z niepojętą łatwością.
— Pomyśl o moim wykładzie, panie… panie Verlok — dodał z wymownym ruchem ręki ku drzwiom. — Pomyśl o południku. Konieczne. Nic lepszego, ani nic łatwiejszego, jak sądzę. Nie znasz średnich warstw społeczeństwa tak dobrze, jak ja…
Wstał i, skrzywiwszy żartobliwie delikatne usta, śledził w lustrze ciężką postać agenta, idącego ku drzwiom z kapeluszem i laską w ręku. Drzwi zamknęły się.
Służący zjawił się na korytarzu wyprowadził pana Verloka inną drogą i wypuścił przez małe drzwiczki, w rogu podwórza. Odźwierny przy bramie udał, że go nie widzi wychodzącego i pan Verlok wraca tą samą drogą, jaką szedł rano, ale szedł jakby pogrążony we śnie — we śnie dręczącym.
Szedł machinalnie, a znalazłszy się przed sklepem, wszedł odrazu za ladę i usiadł na drewnianem krześle tam stojącem. Nikt nie przerywał jego rozmyślań. Stevie, okryty wielkim, bajowym fartuchem, zamiatał i wycierał kurze na schodach, zatopiony w tej czynności całą duszą, pani Verlokowa, usłyszawszy w kuchni szczękanie pękniętego dzwonka, uchyliła firankę i spojrzała przez oszklone drzwi. Zobaczywszy małżonka, siedzącego chmurnie, w kapeluszu zsuniętym na tył głowy, wróciła do kuchni. We dwie godziny później, zdjęła bratu zielony fartuch i rozkazała mu umyć twarz i ręce, mówiąc tonem stanowczym, jakiego używała zawsze od lat piętnastu, odkąd przestała go myć sama. A potem oderwała na chwilę wzrok od rondli, dla obejrzenia twarzy i rąk, które Stevie przedstawił jej po umyciu z pewnym niepokojem. Za dawnych czasów obrządek ten dokonywał się pod grozą ojcowskiego gniewu — nawet dla bojaźliwego Stevie. Posługiwano się tylko względem niego zapewnieniem, że panu Verlokowi sprawiłoby przykrość najlżejsze zaniedbanie przepisów porządku, gdyby je zauważył w czasie wspólnych posiłków.
Winifreda od śmierci ojca czuła wielką ulgę, wiedząc, że nie potrzebuje już drżeć o biednego Stevie. Nie mogła znieść, gdy bito biednego chłopczynę. Doprowadzało ją to niemal do szału. Jako mała dziewczynka jeszcze stawiała czoło gniewliwemu handlarzowi produktów spożywczych, broniąc z płonącemi oczyma bitego braciszka. Ale dziś nikt, patrząc na nią, nie posądziłby, że jest zdolna do takiego uniesienia.
Skończyła układać potrawy na półmiskach. Stół nakryty stał w pokoju za sklepem. Stanąwszy na dole schodów zawołała: „Matko!” A potem otworzyła oszklone drzwi, i zawołała: „Adolfie!“ Pan Verlok nie zmienił postawy. Od dwóch godzin nie poruszył się z miejsca… Wstał ociężale i przyszedł do stołu, w paltocie i kapeluszu, nie mówiąc ani słowa. Milczenie jego nie było czemś niezwykłem w tym domu, ukrytym w mroku ciemnej ulicy, rzadko nawiedzanej przez słońce — w tym pokoju za ciemnym sklepem z bezwartościowym towarem. Ale tego dnia milczenie pana Verloka zdradzało tak wyraźną troskę, że zrobiło wrażenie na obu kobietach. Milczały także, czuwając pilnie nad biednym Stevie, ażeby nie wpadł w jeden z częstych napadów wielomówności. Lecz chłopiec wpatrywał się tylko w pana Verloka błędnym wzrokiem i zachowywał się grzecznie i spokojnie.
Obie kobiety odczuwały zawsze niepokój, wobec zadania jakie im przypadło, ażeby Stevie nie naraził się niczem panu domu. „Ten chłopiec“, jak go nazywały, mówiąc do siebie, był dla nich źródłem niepokoju prawie od chwili swego urodzenia. Zmarły kupiec czuł się upokorzony, jako ojciec tak dziwacznego dziecka i swoją niechęć ujawniał w brutalnem postępowaniu; był on człowiekiem wrażliwym i jego cierpienie, jako człowieka i ojca, było zupełnie naturalne. Potem trzeba było czuwać nad chłopcem, by nie dał się we znaki lokatorom, którzy są ludźmi drażliwymi i gniewają się o byle co. Prócz tego, nieustająca troska o przyszłość chłopca. Widmo dobroczynnego przytułku, czekającego kiedyś jej dziecię, dręczyło starą kobietę w suterenie domu na placu Belgrawii.
— Gdyby nie to że dostałaś takiego dobrego męża, moja droga — mawiała teraz do córki — nie wiem coby się było stało z tym biedakiem…
Pan Verlok tyle zwracał uwagi na chłopca, ile mąż, nie mający szczególnego zamiłowania do zwierząt, uważa na ulubionego kota swej żony. Obie kobiety rozumiały, że więcej żądać niepodobna. Wystarczało to, by w sercu starej matki wzbudzić pełną uszanowania wdzięczność dla zięcia. W początkach, usposobiona niedowierzająco, skutkiem długiego życia zapytywała nieraz córkę:
— Czy ci się nie zdaje, moja droga, że panu Verlokowi może sprzykrzyć się chłopiec?
Winifreda przeczyła temu lekkim ruchem głowy. Raz tylko odpowiedziała z posępnem uniesieniem:
— Musiałabym ja przedtem mu się sprzykrzyć!
Potem nastąpiło długie milczenie. Matka, siedząc z nogami, opartemi na stołeczku, usiłowała zrozumieć właściwie znaczenie tych słów zagadkowych. Bo nigdy nie mogła zrozumieć, co właściwie skłoniło Winifredę do zaślubienia pana Verloka. Było to bardzo rozsądne i wyszło jej na dobre, ale dziewczyna mogła się spodziewać męża w odpowiedniejszym wieku. Trafiał się jej porządny, młody chłopiec, jedyny syn rzeźnika z sąsiedniej ulicy, pomagający ojcu w handlu, a Winnie chodziła z nim na przechadzki z widocznem upodobaniem. Młodzieniec zależał od ojca, to prawda: ale interes szedł dobrze i widoki na przyszłość miał świetne. Zapraszał dziewczynę do teatru wiele razy. I właśnie, kiedy matka zaczynała obawiać się, że dojdzie do zaręczyn, (a co wtedy zrobiłaby sama, z tym obszernym domem i ze Steviem w dodatku?) nagle romans zerwał się niespodziewanie, a Winnie bardzo posmutniała. Lecz na szczęście, zrządzeniem Opatrzności, zjawił się pan Verlok jako lokator frontowego pokoju na pierwszem piętrze i o młodym rzeźniku nie było już nigdy wzmianki. Wyraźne zrządzenie Opatrzności.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Maria Gąsiorowska.