Tętniące serce/Część II/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Tętniące serce
Podtytuł Powieść
Rozdział Klejnoty rodzinne
Data wydania 1922
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T.A.
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Kejsarn av Portugallien
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
KLEJNOTY RODZINNE.

Pewnego wieczoru jesiennego wracał Jan z Falli do domu po całym dniu spędzonym w kieracie folwarcznym. Odzyskał ochotę do pracy po rozmowie ze starym Olą. Przyszedł do przekonania, że ma się jąć roboty, nie chcąc całkiem opaść z sił, a nie chciał także, by córka za powrotem zastała rodziców w nędzy i opuszczeniu.
Jan oddalił się już na tyle od Falli, że nie można go było dostrzec z okien dworku Larsa i w tejże chwili spostrzegł idącą wprost ku niemu kobietę. Zmierzch już spadł gęsty, ale Jan poznał, że jest to gospodyni z Falli, nie żona Larsa, ale prawdziwa gospodyni, stara Erykowa.
Okryta była wielką chustką, spływającą aż do kostek i Jan zdziwił się, albowiem nie zauważył dotąd by się ubierała tak ciepło i przyszło mu na myśl, że może zachorzała nagle. W samej rzeczy zmizerniała w ostatnich czasach bardzo. W dniu, kiedy to przydarzył się tragiczny wypadek z Erykiem, nie miała jednego siwego włosa na głowie, teraz zaś, w niespełna pół roku nie sposób było uświadczyć jednego czarnego.
Zatrzymała się, pozdrowiła Jana i zaczęli rozmawiać. Nie powiedziała wprawdzie, że wyszła po to jeno, by się z nim spotkać, ale czuł dobrze, że tak w istocie było. Zaraz przyszło mu na myśl, że zacznie mu opowiadać o Klarze Gulli i zdziwił się niemało słysząc, że zaczyna o czemś zgoła innem.
— Powiedzcież mi Janie, — rzekła — czy przypominacie sobie dawnego właściciela Falli, ojca mego, który posiadał folwark przedtem zanim przeszedł na Eryka?
— Naturalnie, — odparł — pamiętam go dobrze! Miałem około dwunastu lat kiedy zmarł.
— Dostał dobrego zięcia, prawda? — powiedziała gospodyni.
— Tak, tak... — potwierdził — bardzo dobrego!
Staruszka zamilkła, wzdychała przez chwilę, a potem powiedziała dobitnie:
— Chciałam się was w jednej sprawie spytać o radę. Nie zaliczacie się do tych, którzy to co się im powie, trąbią na cały świat.
— Umiem trzymać język za zębami.
— Wiem, zauważyłam to oddawna!
Jan uczuł ciekawość niezmierną. Cóżby to było dziwnego, gdyby Klara Gulla zwróciła się do swej matki chrzesnej, Erykowej, z prośbą przygotowania rodziców na owo wielkie szczęście, jakie ją spotkało.
Stary Ola dostał zaraz po rozmowie, przerwanej przez siostrzenicę ataku podagry i gorączkował długo, a potem chorzał przez kilka tygodni, tak że Jan nie mógł z nim pomówić. Teraz wstał z tapczana, ale osłabiony był bardzo, a co gorsza, zdaje się skutkiem choroby, utracił pamięć. Jan czekał i czekał, czy nie zacznie sam mówić o Klarze Gulli, gdy to jednak nie następowało, a Ola nie dorozumiewał się nawet znaczenia częstych napomknień, Jan zapytał go wprost.
Wówczas starzec oświadczył, że nie otrzymał żadnego listu. Dla udowodnienia wyciągnął nawet szufladę stołu i uchylił wieka kufra z odzieżą, tak, że Jan przekonał się na własne oczy, iż listu nie było.
Musiał tedy zapomnieć, gdzie list schował, to też dziewczyna, zostając długo bez wieści, niezawodnie zwróciła się do starej Erykowej, swej chrzesnej matki. Szkoda tylko, że nie uczyniła tego odrazu.
Gospodyni stała długo milcząc i bijąc się z myślami, a Jan tymczasem upewniał się coraz to bardziej w swych przypuszczeniach. Tedy z wielkim trudem śledził jej słowa, gdy znowu zaczęła mówić o swym ojcu.
— Kiedy ojciec mój — powiedziała — leżał na łożu śmierci, przywołał Eryka i podziękował mu za to, że zawsze był dlań dobry, chociaż z braku sił przez kilka lat ostatnich na nic się przydać nie mógł w gospodarstwie. — Nie myślcie o tem, ojcze, — powiedział Eryk — Radbym, byście jaknajdłużej pozostał pośród nas! — Tak powiedział i takie miał przekonanie!
— To prawda! — zawołał Jan — Eryk nie był nigdy nikczemnym obłudnikiem!
— Czekajcież no Janie! — powiedziała — Mówmy naprzód o moim ojcu. Czy pamiętacie tę laskę ze srebrną gałką, którą nosił mój ojciec?
— Pamiętam także tę wysoką czapkę, w którą ubierał się zawsze do kościoła! — potwierdził Jan.
— Co? Pamiętacie i tę czapkę, Janie? — zdziwiła się — Otóż powiem wam, że ojciec mój, leżąc na łożu śmierci, kazał przynieść czapkę i laskę i dał Erykowi jedno i drugie. — Mógłbym ci dać coś innego — powiedział — co ma większą wartość pieniężną, ale daję ci to, o czem każdy wie, żem używał sam, albowiem będzie ci to zaszczytem i da świadectwo wobec wszystkich, żeś był dla mnie dobry!
— To święta prawda! — przychwalił Jan — Eryk zasłużył sobie rzetelnie na ten zaszczyt!
Gdy wymawiał te słowa, spostrzegł, że gospodyni otula się ciaśniej chustką. Niewątpliwie ukrywała coś pod nią, a była to zapewne rzecz przysłana przez Klarę Gullę. Miał nadzieję, że zacznie i o tem, byle tylko cierpliwie czekał. Gadanina o ojcu był to oczywiście tylko wstęp do tamtej rzeczy, głównej.
— Opowiadałam o tem często moim dzieciom, a także Larsowi Gunnarsonowi — ciągnęła dalej gospodyni — i kiedy zachorzał Eryk, spodziewali się Lars i Anna, że wezwie ich do swego łoża, jak Eryka zawezwał mój ojciec. — Dobyłam tedy obie rzeczy ze skrzyni, by je mieć pod ręką na wypadek, gdyby chciał je dać Larsowi. Ale Eryk nie wspomniał o tem nawet.
Głos gospodyni załamał się przy tych słowach, a gdy zaczęła znowu, mowa jej była drżąca, nieśmiała i trwożna.
— Pewnego dnia, gdy byliśmy sami, spytałam męża, jak chce, żeby postąpić. Odpowiedział, żebym uczyniła, jak mi się podoba. Mogę dać laskę i czapkę Larsowi, albo i nie dać. Zaraz przerwał, powiadając, że mówić długo nie może.
Powiedziawszy to, odwinęła Erykowa swą wielką chustkę i Jan zobaczył laskę niezwykłej długości z wielką srebrną gałką.
— Zdarzają się takie słowa, których nie sposób wypowiedzieć! — powiedziała Erykowa z wielką powagą — Tedy proszę, was, Janie, odpowiedzcie mi jeno znakiem, jeśli wam będzie trudno inaczej... Czy mam dać te rzeczy Larsowi Gunnarsonowi, czy nie?
Jan cofnął się zdumiony wstecz. Szło tu o rzecz, o której już dawno myśleć przestał. Wydało mu się, że Eryk z Falli zmarł przed wiekiem i z trudem jeno mógł sobie przypomnieć, co zaszło onego dnia w lesie.
— Rozumiecie mnie, Janie? — ozwała się znowu — Chcę się tylko dowiedzieć, czy Lars może wziąć laskę i czapkę z tem samem prawem, co niegdyś Eryk? Musicie to wiedzieć, byliście przecież wówczas w lesie!
Jan milczał, a ona powiedziała:
— Bardzobym była rada, mogąc te rzeczy oddać Larsowi. Zdaje mi się nawet, żeby mi wówczas lepiej się działo w domu młodych gospodarzy na Falli.
Znowu głos jej utknął w gardle i Jan zaczął się dorozumiewać, dlaczego tak prędko osiwiała. Był jednak tak bardzo zajęty myślą o Klarze Gulli, że nie postała mu w głowie jakaś zemsta.
— Najlepsza rzecz — odparł powoli — żyć w zgodzie z wszystkimi. Jedyna to i najprostsza reguła życia!
Erykowa odetchnęła z głębi piersi.
— Takie jest wasze zdanie, Janie? — powiedziała — A więc tak się rzeczy miały, jak się domyślałam?
Wyprostowała się, tak, że się nagle wydała dziwnie wysoką i rzekła:
— Nie chcę o nic pytać. Najlepsza dla mnie rzecz, nie wiedzieć nic. To tylko pewne, że Lars Gunnarson nigdy nie tknie laski mego ojca!
Zwróciła się ku odejściu, ale nagle przystanęła znowu.
— Słuchajcie, Janie! — powiedziała — Weźcie wy laskę i czapkę! Radabym, by rzeczy te znalazły się w rękach człowieka dobrego i uczciwego. Nie mam odwagi zabierać tego do domu, bo mogliby mnie zmusić, bym je dała Larsowi. Weźcie je na pamiątkę po swym dawnym gospodarzu, który wam był zawsze życzliwy.
— Wyprostowana, dumna, odeszła w stronę Falli, a Jan został na drodze z laską i czapką w ręku.
Pojąć nie mógł jak i czemu się to wszystko stało. Nie spodziewał się nigdy w życiu takiego zaszczytu. Czyż naprawdę te rodzinne pamiątki, te rodowe klejnoty były jego własnością?
Ale niedługo wytłumaczył to sobie. We wszystkiem tem tkwiła oczywiście Klara Gulla. Gospodyni z Falli wiedziała, że czeka go niebawem wielkie szczęście i zaszczyty, to też uznała, że niema dlań nic zbyt drogocennego i wielkiego. Gdyby zresztą cała laska była ze szczerego srebra, a czapka ze złota, natenczas zapewme byłaby stosowniejszym jeszcze podarkiem dla ojca Klary Gulli.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: Franciszek Mirandola.