Tętniące serce/Część II/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Tętniące serce
Podtytuł Powieść
Rozdział Początek złudy
Data wydania 1922
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T.A.
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Kejsarn av Portugallien
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
POCZĄTEK ZŁUDY.

Przez pierwszych kilka tygodni po bytności posła, nie był Jan zdolnym do żadnej roboty. Leżał ciągle na łóżku i gryzł się.
Każdego ranka wstawał, coprawda, ubierał się i chciał iść do Falli. Ale doszedłszy do drzwi, uczuwał takie znużenie i bezsilność, że nie pozostawało nic innego, jak położyć się z powrotem na łóżku.
Katarzyna wysilała się na cierpliwość, bo wiedziała, że tęsknota, podobnie, jak każda inna choroba wymaga czasu, by się przełamać i zniknąć. Dziwiła się tylko, czemu w danym wypadku tęsknota Jana za córką trwa tak długo i zachodziła w głowę obliczając, kiedy minąć może. Może do samych świąt Bożego Narodzenia, albo przez całą zimę nawet!
I byłoby się niezawodnie tak stało, gdyby nie to, że pewnego dnia przyszedł stary sieciarz Ola z zapytaniem, co słychać i został zaproszony na kawę.
Był zazwyczaj małomówny, jak wszyscy, których myśli bujają daleko i dlatego nie dostrzegają, co się wokoło nich dzieje. Kiedy jednak kawa została podaną i Ola część jej zlał na spodek, by przestygła, uznał za swój obowiązek powiedzieć coś.
— Zdaje mi się, że właśnie dziś powinien nadejść list od Klary! Mam takie przeczucie.
— Dopiero przed dwoma tygodniami, pisząc do posła Karlsona, zamieściła dla nas pozdrowienie! — zauważyła Katarzyna.
Starzec podmuchał na kawę z wielką uwagą, potem zaś czując że milczy za długo, postanowił rzec parę słów.
— Mogło ją spotkać coś pomyślnego, o czem zechce donieść! — powiedział.
— Cóżby ją mogło takiego spotkać? — zdziwiła się Katarzyna — Temu kto zapracowuje się w służbie dni mijają bez żadnej uciechy.
Ola odgryzł kawałeczek cukru, a potem wielkiemi, powolnemi haustami wypił kawę ze spodka. Gdy skończył zapadła w izbie ponownie długa, wprost przykra i niesamowita cisza.
— Mogła kogoś przypadkiem spotkać na ulicy! — powiedział nagle starzec i wpatrzył się przygasłemi oczyma w podłogę. Trudno było przypuścić, że zdaje sobie sprawę z tego co mówił.
Katarzyna nie uznała tej uwagi za godną odpowiedzi i w milczeniu nalała mu drugą filiżankę kawy.
— Wszakże możemy przypuścić — ozwał się znowu Ola — iż owa pani, którą Klara Gulla spotkała na ulicy, była w podeszłym wieku, słaba na nogi i że potknęła się właśnie w tej chwili, kiedy ją mijała Klara Gulla.
Starzec mówił bezprzytomnie, coraz bardziej nieprzytomnie.
— Nie byłoby to wcale tak ważne, by aż pisać o tem! — odrzekła Katarzyna z niechęcią, bo zaczynał ją gniewać upór starego Oli, z którym wracał do jednego tematu.
— Przypuśćmy jednak — podjął znowu — że Klara Gulla podtrzymała ową damę, albo ją podniosła i że staruszka tak była uradowana, iż otworzyła pulares i dała Klarze odrazu banknot dziesięciokoronowy? Czyż nie była to rzecz przyjemna, o czem warto napisać?
— Zapewne! — odrzekła Katarzyna — Ale to nie prawda. Siedzicie tylko i coś się wam marzy.
— Jak długo jeszcze można siedzieć i wyprawiać sobie uczty z myśli, tak długo wszystko dobrze! — powiedział starzec, chcąc się usprawiedliwić — Potrawy takie smaczniejsze są od rzeczywistych!
— Macie doświadczenie w jednem i drugiem! — odparła Katarzyna.
W chwilę potem pożegnał się stary Ola i poszedł do domu, a Katarzyna przestała myśleć o tem, co mówił.
Jan również uważał zrazu wszystko za pustą gadaninę. Ale leżąc bezczynnie na łóżku, zaczął rozmyślać i zadał sobie pytanie, czy przypadkiem nie tkwi w tych słowach jakiś sens głębszy.
Ola mówił o liście w sposób niezwykły i tajemniczy. Zresztą czyż mógł zmyślić sobie tę całą długą historje poto tylko, by coś mówić przy kawie? A może coś wie? A może dostał naprawdę list od Klary Gulli?
Może spotkało ją tak wielkie szczęście, że nie odwagi pisać o tem rodzicom, nie przysposobiwszy ich przedtem? Musiała donieść o wszystkiem staremu sieciarzowi i prosić go, by pomału nastroił odpowiednio rodziców. To właśnie uczynić zamierzał dzisiaj, ale oni go nie zrozumieli.
— Przyjdzie jutro, — pomyślał Jan — a wówczas dowiemy się całej prawdy.
Ale Ola nie zjawił się ani nazajutrz, ani trzeciego dnia. Jan nie mógł poskromić ciekawości i tęsknoty, wstał tedy i udał się do chaty starego sieciarza, by zbadać, czy słowa jego miały jakieś znaczenie ukryte.
Ola siedział sam w szałasie i naprawiał starą sieć rybacką, którą mu dano do załatania. Ucieszył się, ujrzawszy Jana, i powiedział, że dręczyła go w ostatnich dniach podagra, przeto nie mógł przyjść.
Jan nie chciał pytać wprost, czy otrzymał list od Klary Gulli. Mniemał, że prędzej cel swój osięgnie postępując tą samą co Ola metodą.
— Rozmyślałem — zaczął — nad tem coście mówili o Klarze Gulli za ostatniej bytności swej u nas.
Starzec oderwał oczy od roboty i spojrzał na Jana, ale przez dobrą chwilę nie mógł zrozumieć co ma na myśli.
— Aa... — odrzekł — to był tylko taki sobie koncept mój!
Jan przysunął się doń blisko i powiedział z naciskiem:
— Brzmiało to jednak pięknie i myślę, że byłbyście powiedział jeszcze więcej, gdyby nie niedowiarstwo Katarzyny?
— O, tak, — rzekł Ola — tutaj w Askadalarnie można sobie czasem pozwolić na takie marzenia!
Jan stał się śmiały i pomysłowy.
— Myślę, że stara dama nie poprzestała na tem, że dała Klarze Gulli banknot dziesięciomarkowy, ale ją do siebie zaprosiła... prawda?
— Może to i być! — mruknął starzec.
— A może też owa dama jest bardzo bogata i posiada wielki, murowany dom? — zaproponował Jan.
— Wiecie co, Janie, — zawołał Ola — to wcale dobry pomysł!
— Może owa dama zapłaciła dług Klary Gulli? — zaczął Jan ponownie, ale urwał, bo właśnie weszła do izby synowa starego Oli, a nie chciał jej przypuszczać do tajemnicy.
— Tak? — powiedziała przybyła — Już wstajecie, Janie? Możecie już chodzić? Bardzo się cieszę, żeście ozdrowiał!
— Zawdzięczam to poczciwemu Oli! — powiedział Jan tajemniczo — On to mnie postawił na nogi!
Pożegnał się i poszedł, a stary sieciarz patrzył za nim długo.
— Lizo, — powiedział po chwili — nie wiem co myślał Jan, mówiąc żem go uzdrowił? Nie przypuszcza chyba, żem to na prawdę...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: Franciszek Mirandola.