Szkice węglem (1884)/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Szkice węglem
Pochodzenie Pisma Henryka Sienkiewicza tom I
Wydanie trzecie
Data wydania 1884
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz S. Niemiera
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Pobierz jako: Pobierz Całe opowiadanie jako ePub Pobierz Całe opowiadanie jako PDF Pobierz Całe opowiadanie jako MOBI
Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
X.

Zwycięztwo geniuszu.

Herszek z Wrzeciądza zabrał było Rzepową z pod brzozy i wiózł ją do Baraniéj-Głowy, a po drodze spotkał się z Rzepą, który, widząc że idzie burza, wyjechał z wozem na spotkanie kobiety. Kobiéta przeleżała noc i następny dzień, ale drugiego dnia już wstała, bo dzieciak był chory. Przyszły kumy i okadzały go święconemi wiankami, a następnie stara Cisowa kowalka zażegnywała chorobę z sitem w ręku i czarną kurą. Jakoż dzieciakowi zaraz pomogło, ale biéda była coraz większa z samym Rzepą, który zalewał się teraz wódką bez miary i już nie można było dojść z nim do ładu. Dziwna rzecz, kiedy Rzepowa przyszła do przytomności i zaraz spytała o dziecko; on zamiast okazać jéj troskliwość, ozwał się chmurno. „Będziesz ty po miastach latać, a dzieciaka licho weźnie. Dałbym ja ci, żebyś ty go była zatraciła!" Więc dopiero kobiéta na taką niewdzięczność uczuła gorycz wielką i głosem prosto z pod serca, w którym był ból niepojęty, chciała mu to wymówić, ale nie mogła więcéj powiedzieć, jak tylko krzyknąć: „Wawrzon!“ I spojrzała na niego przez łzy. A chłopa jakby podrzuciło ze skrzynki, na któréj siedział. Przez chwilę cicho był, a potém powiada innym już głosem: „Maryśko moja, odpuść ty mi moje słowa, bo widzę żem cię ukrzywdził.“ To rzekłszy, ryknął wielkim głosem i nuż ją po nogach całować, a ona mu w płaczu wtórowała. Więc czuł, że takiéj kobiéty nie wart. Ale ta zgoda nie długo trwała. Smutek jątrzący się jako rana, zaczął ich zaraz jątrzyć jedno przeciw drugiemu. Gdy Rzepa przychodził do chałupy, czy to pijany, czy trzeźwy, nie mówił do żony ani słowa, ale siadał na skrzynce i patrzał wilkiem w ziemię. Tak siadywał po całych godzinach jak skamieniały. Kobieta kręciła się po izbie, pracowała jak dawniéj, ale także milczała. Późniéj, gdy jedno i chciało odezwać się do drugiego, już im było jakoś i niesporo. Żyli więc niby w wielkiéj urazie, a w chałupie grobowe panowało milczenie. O czémże i mieli mówić, kiedy wiedzieli oboje, ze już niéma żadnéj rady i że dola ich już się skończyła. Po kilku dniach poczęły chłopu złe jakieś myśli przychodzić do głowy. Poszedł było do spowiedzi do księdza Czyżyka, ksiądz nie dał mu rozgrzeszenia i kazał przyjść nazajutrz, ale nazajutrz Rzepa zamiast do kościoła, poszedł do karczmy. Ludzie słyszeli, jak po pijanemu mówił, że kiedy mu Pan Bóg nie chce pomódz, to on duszę dyabłu zaprzeda i poczęli się go wystrzegać. Nad chałupą zawisła jakoby klątwa. Ludzie rozpuścili języki jak dziadowskie bicze i mówili, że wójt z pisarzem dobrze robią, bo taki zbereźnik ciągnie tylko pomstę Bożą na całą Baranią-Głowę. A i na Rzepową poczęły kumoszki niestworzone rzeczy wygadywać.
Zdarzyło się, że u Rzepów wyschła studnia. Rzepowa więc poszła po wodę przed karczmę, a po drodze słyszała, jak chłopaki mówili między sobą: „Idzie żołnierka!“ A inny chłopak powiada: „Nie żołnierka to, ale dyabłowa!“ Kobiéta nie rzekłszy słowa, poszła daléj, ale widziała jak się przeżegnali. Nabrała wody w konewkę i do domu. A tu przed karczmą stoi Szmul. Gdy ujrzał Rzepową, wydobył zaraz z gęby porcelanową fajkę, co mu na brodzie wisiała i zawołał:
— Rzepowa!
Rzepowa zatrzymała się i pyta:
— Czego chcecie?
A on:
— Byliście u sądu w gminie?
— Byłam!
— Byliście u księdza?
— Byłam!
— Byliście we dworze?
— Byłam!
— Byliście w powiecie?
— Byłam!
— I nie wskóraliście nic?
Rzepowa tylko westchnęła, a Szmul znowu:
— Ny! jacy wyście głupi, to już w całéj Baraniéj-Głowie nikogo głupszego niéma! A wam po co tam było iść?
— A gdzież miałam iść? — rzecze kobiéta.
— Gdzie? — odparł żyd — a na czém ugoda stoi? na papierze; niéma papieru, niéma i ugody: podrzeć papier i basta!
— O, moiście wy! — rzecze Rzepowa — żeby ja miała ten, dawnobym ja go podarła!
— Ba! a to nie wiécie, że papier u pisarza? No... ja wiem co wy Rzepowa dużo u niego możecie wskórać; on sam mi mówił: niech Rzepowa, powiada, przyjdzie i mnie poprosi, a ja, powiada, papier podrę i basta!
Rzepowa nie odrzekła nic, tylko chwyciła konewkę za ucho i poszła w stronę murowańca a tymczasem ściemniło się na dworze.

· · · · · · · · · ·







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.