Syn marnotrawny (Kraszewski, 1878)/Tom I/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Syn marnotrawny
Tom I
Podtytuł Opowiadanie z końca XVIII wieku
Wydawca Redakcya Biblioteki Warszawskiéj
Data wyd. 1878
Druk Drukarnia Józefa Bergera
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
III.

Leczenie ran szło swoim porządkiem, choć niemożna było powiedzieć, ażeby ten gość w domu dogodnym był domownikom.
Nie skarżyła się na niego panna Pepita, ale szemrała Gawłowska i doktor pilnował tego, ażeby panna się nie pokazywała; więc ją trzymano jak niewolnicę, co w zły humor żywe dziewczę wprawiało.
Chory zaś w miarę jak do sił przychodził, coraz się w swojéj izdebce niespokojniéj znajdował. Po całych dniach śpiewał, hałasował, chodził, nie mógł usiedzieć w miejscu, rzucał się jak zwierz dziki w klatce. Słychać go było w całym dworku, nawet w pokoju dość oddalonym Gawłowskiéj, w którym Pepita z krosienkami rezydowała.
Była ona bardzo muzykalną, doktor téż lubił muzykę pasyami, staruszek Schafner kapelmajster dymisyonowany przez księcia Ogińskiego, osiedlił się był właśnie w Lublinie. Mellini go uprosił żeby dawał lekcye śpiewu siostrzenicy; a że Pepita miała prześliczny sopran, a Schafner był zapalonym wielbicielem wokalnéj muzyki, podjął się tego z wielką satysfakcyą. Parę razy na tydzień przychodził zwykle do dworku i na klawicymbale stojącym w saloniku doktora, towarzyszył do śpiewu pięknéj pannie.
Właśnie egzercytowała się w aryi z Didone abandonnata, bardzo natenczas w modzie będącéj.
Jednego z tych dni Niemiec się zjawił. Był to staruszek w peruce, z laską, na cienkich nóżkach, zaschły, kościany dziadek. Chciano go się pozbyć tém, że w domu był chory, ale że właśnie wchodząc słyszał go wyśpiewującego na całe gardło Schafner, choć pięknym głosem, ale jak on znajdował, fałszywie i bez metody, uparł się, aby lekcyą odbyć koniecznie. Pozamykano drzwi; zdawało się, że głos Dydony nie dojdzie do chorego, Schafner siadł do klawicymbału.
Tymczasem w śpiewie p. Wicka przypadł właśnie interwal wypoczynku, i — chory, który się był na łóżku położył, usłyszał śliczny sopran strumieniem płynący srebrzystym wśród ciszy. Zerwał się na równe nogi zdumiony, podbiegł do drzwi... otworzył je, w sieniach już aryi słuchać było można doskonale. Naprzeciw z niéj drzwi prowadziły do antykamery małéj, a z niéj do bawialni, w któréj stał klawicymbał. Siedział stary Schafner i przy nim stała w sukni białéj, z rozpuszczonemi czarnemi włosami, przepiękna Pepita... Wicek nie wytrzymał. Głos był prześliczny, ciekawość go wzięła niezmierna zobaczyć tę która go wydawała. Zuchwały chłop, ośmielił się, jak stał, prawie nie ubrany, wtargnąć do przedpokoju pocichu, przysunąć do drzwi, przyklęknąć do dziurki od klucza i, spojrzeć.
Zrządzenia losu dziwne czasem bywają. Przez dziurkę od klucza normalną, jakie się zwykle we drzwiach spotyka, niewieleby może zobaczył ciekawy łotr, co się tu podkradł. Trzeba było wypadku że od tego zamku niegdyś klucz zgubiono, że go gwałtem odrywając popsuto, nie naprawiono i że dziurka od klucza była szkaradną dziurą, w któréj całe czarne oko młodzieńca umieścić się mogło.
Ujrzał więc przez nie na ciemném tle ściany obitéj zielonym szpalerem, obraz, który chyba w snach rozgorączkowanéj wyobraźni mógł równie uroczo zabłysnąć.
Stała za krzesłem starego Schafnera, z wielką gracyą, suchemi rączkami przebierającego po brzęczącym jak komar klawicymbaliku — no — bogini jakaś? Taką mu się wydała! Z trochę podniesioną główką, z trochę otwartemi różowemi ustami, w których perłowe ząbki świeciły, Pepita śpiewała z wyrazem smutku rozdzierającym, który od słów i muzyki przeszedł na jéj oblicze... Miał ją przed sobą całą, śliczną jéj kibić, cudowną rączkę spartą na krzesła poręczy, główkę podrzuconą do góry, ramiona białe lekkim okryte muślinem...
Co się z nim tam stało gdy ją ujrzał, nie umiemy wytłómaczyć. Długo oka oderwać nie mógł od tego widoku, twarz mu zapałała, wreszcie zerwał się jak złodziéj uciekać, usłyszawszy szelest, i stuknął w przedpokoju drzwiami za sobą.
Poszedł się zamknąć do swéj izdebki.
Stuknięcie drzwiami nastraszyło śpiewającą, która zerwała się i wybiegła zobaczyć czy się kto nie wkradł do domu. Ale już chory był u siebie. Nie wiem czy się jego niedyskrecyi i zbrodniczego podsłuchiwania domyśliła, ale lekcya śpiewu została przerwana. Schafner tylko zagrał Haydna waryacye na fortepianie, pomówił z piękną uczennicą i, panna Pepita wróciła do pokoju Gawłowskiéj.
Gdy wieczorem doktor przyszedł do domu i zajrzał do chorego, znalazł go w jakiémś usposobieniu szczególném.
— A wiesz, konsyliarzu — rzekł — że tu u ciebie być na kuracyi, rzecz jest wcale przyjemna. Nie wiedziałem o tém że tu koncerta bywają. Co za głosik!
Doktor się strasznie zmarszczył; gdy się Pepity co tyczyło, żartować nie dawał.
— Cóżeś to waćpan podsłuchiwał! — zapytał ponurym głosem — to nie pięknie! Jesteś tu dla kuracyi nie dla koncertu!
— Tak, ale Pismo Święte powiedziało: „Kto ma uszy ku słuchaniu, niechaj słucha.” Jakże konsyliarz chcesz żebym ja rozkazom Pisma Świętego się sprzeciwił? — odparł chory — koncert był gratis!
— I wcale na ten raz niepotrzebny! — zamruczał Mellini niecierpliwie.
— Nie wolno mi spytać o divę! Kto jest ta utalentowana cantatrice?
— Waćpan umiesz po włosku? — odparł doktor.
— Hę? — odparł chory ruszając ramionami — kto to wié? może.
— Bo powiedziałbym waćpanu: Chi tutto vuole, niente ha! (kto wszystkiego chce, niéma nic).
Kiwnął głową słuchający.
— Żebym umiał po włosku — rzekł zwolna — tobym waćpanu odpowiedział: A colui che vuole, nulla è difficile, (kto czego chce, temu nic trudnego niéma).
Usłyszawszy odpowiedź, doktor się zmieszał mocno.
— A to co? — zapytał.
— Tak sobie, próbowałem — rzekł chory — czy mi się jaka włoszczyzna téż nie uda! Doktor mi dałeś do zrozumienia, żebym się nie dopytywał, a ja... musiałem coś bez sensu spleść.
Mellini, który się poczynał gniewać, włoszczyzną trochę został rozbrojony, jednakże wróciła mu troska o Pepitę.
— Jakże się waćpan czujesz? — zapytał.
— Chciałbyś się mnie pozbyć? — rzekł chory — ale ja gotów jestem każdéj godziny, kochany konsyliarzu. Skiń tylko... Widzę, że jako Włoch jesteś zazdrosny, choć nie suponuję, ażeby ta istota tak młodziusieńka była twoją żoną.
— A gdzieżeś ją waćpan już widział! — krzyknął doktor z gniewem — gdzie! jak!
Chory spostrzegłszy gniewającego się, zaczął się śmiać po swojemu.
— Mityguj się, na miłość Bożą! Nie widziałem jéj tylko przez dziurkę od klucza z przedpokoju! — odezwał się. — Do téj zbrodni się przyznaję: słysząc głos nie mogłem wytrzymać. Piękna jak anioł, lecz, słuchaj doktorze! — dodał — ja w anioły nie wierzę, bom się nadto dobrze znał z dyabłami.
Bądź spokojny!
Ironicznie i gorzko chichotać zaczął.
— No, kiedy mam iść precz? — rzekł po chwili.
Mellini się zawstydził.
— Waćpan jesteś osobliwszy człowiek — rzekł.
— Ja o tém wiém! — odparł Wicek. — Byłem może stworzony na wcale nie kiepskiego człeka, robacy nadgryźli i zrobiła się osobliwsza gniłka... Ogni rosa ha la sua spina, a ja różą nie byłem nigdy.... spina się została z gałęzi...
Włoszczyzna znowu rzucona od niechcenia, zrobiła wrażenie na doktorze.
— Ale któż bo waćpan jesteś? — zawołał gwałtownie — mów! Jużciż ja nie zdradzę.
— A ja się bo żadnéj nie obawiam zdrady — rzekł chory — widzisz kto jestem, kawał łotra, z którego miał być poczciwy człowiek...
— No, i może być! — przerwał Mellini — i może, i będzie!
— Ani może ani będzie! — gwałtownie i z wielką goryczą, pierwszy raz poważniéj a seryo począł chory — nie, to, na com się patrzał, com przeżył psuje człowieka do gruntu. (Uderzył obu rękami po stole). Dosyć tego...
To mówiąc rzucił się na łóżko, zwrócił twarzą ku ścianie, i pozostał tak nieruchomym. Doktor już miał odchodzić, gdy usłyszał:
— A lampeczki wina? hę! nie można?
Mellini ramionami ruszył, i za całą odpowiedź głową potrząsł.
— Ty bo, szanowny konsyliarzu — odezwał się leżący — wyobrażasz sobie że spełniasz obowiązek jakiś filantropa, oddając mi zdrowie i siły! a ja ci powiadam że oddałbyś posługę, za którąby ci podziękowano może, gdybyś mi dał w przyjemném usposobieniu pójść ztąd prosto na łono Abrahamowe. Wyleczysz mnie i pójdę ludziom psie, krwawe figle płatać!!
— A to już do mnie nienależy — rzekł doktor.
— Bodajżeś skisł, stary nudziarzu! — dokończył mrucząc Wicek i do ściany się odwrócił.
Mellini poruszony jeszcze tą rozmową, poszedł wprost do Gawłowskiéj i Pepity.
— Potrzeba ci było dziś śpiewać — odezwał się z progu — gdy w domu mamy chorego. Skarżył mi się że mu tym piskiem sen przerwano. Przestraszył się...
Pepita załamała ręce.
— Cóżem ja winna! Stary Schafner nalegał, kazał, pozamykaliśmy drzwi wszystkie!
— Tak! tak, ależ pamiętać trzeba że to chałupa jak z kart: dosyć kaszlnąć żeby aż na strychu rozległo...
— Ale mu się nic nie stało? — spytała Pepita zmieszana.
Doktor głową pokiwał.
— Dostanie trochę gorączki — rzekł dwuznacznie — ale spodziewam się że mu to przejdzie; w tych dniach téż myślę się go pozbyć, bo mi ta załoga, przyznam się, jest wielkim ciężarem. I dla waćpanny téż z tego niewygoda.
— A! dla mnie! — poczęła prędko Pepita — dla mnie? Ależ mnie, tu, z Gawłowską doskonale... Ja mogę zostać dopóki tylko potrzeba. Proszę wcale nie myśleć o mnie.
— Choćbym i nie myślał o tobie — dodał doktor pocichu — tego człowieka z domu chcę co rychléj się zbyć. Jest ostateczny łotr jakiś, najniebezpieczniejszego gatunku, bez czci i wiary.
— Możeż to być! — naiwnie podchwyciła Pepita zbliżając się do wuja. Któżby się mógł spodziewać! Z twarzy...
— Tak! tak! wy wszystko sądzicie z twarzy! — przerwał Mellini — chłopiec niczego, ale najpaskudniejszego charakteru i z tém się wcale nie tai!
Rzuciwszy to słowo doktor, niechcąc się wdawać w dalszą rozmowę, odszedł. Pepita została jak wkuta do posadzki, nie uważając nawet że Gawłowska na nią z przestrachem i niepokojem patrzała.
Po chwili dopiéro przyszła siąść obok niéj i w milczeniu wzięła robotę do ręki, bezmyślnie ją obracając.
— Ktoby się tego mógł z twarzy jego domyśleć! — poczęła pocichu. — Proszę cię, moja Gawłosiu! Gdybyś ty go była widziała jak ja, tam, na ziemi leżącego we krwi, z tą głową taką śliczną! Mnie to póki życia nie wyjdzie z pamięci!
— E! co znowu! — ofuknęła Gawłosia — boś się panna nastraszyła! U stracha wielkie oczy, imaginacya jakaś! wydał się czémś osobliwém, a to szałaput, wisus i po wszystkiém. Panna myśli że go ludzie nie znają!
— A któż on jest? zmiłuj się — podchwyciła Pepita ciekawie, — wuj powiada że się od niego nic nie można dowiedziéć.
— Kto ma być? Tać to już u Seliga i naokół wiedzą o nim i gadają. Na mieście on już burszował tu dawno i awantury wyrabiał, a tylko z jednéj winiarni do drugiéj i z jednéj burdy w drugą. Na końcu przyszła kryska na Matyska; ale to nic dobrego: nie żal go!
Gdzieś, widać, na jakimś to dworze służyć musiało, liznął potroszę tego i owego, przetarł się i rozłajdaczył: gdzieś się téż w rynsztoku zmarnuje!
Pepita wysłuchała cierpliwie i westchnęła. Z twarzy jéj widać było, że choć się nie chciała sprzeczać z Gawłowską, może sobie co innego myślała.
Nazajutrz, doktor wychodząc z domu, najuroczyściéj zakazał siostrzenicy, aby do sieni od ulicy wychodzić się nie ważyła i drzwi od bawialnego pokoju zamknęła na klucz aż do jego powrotu.
Rany pana Wicka już się były tak dobrze podgoiły, że właściwie jedna tylko głębsza na głowie pozostała do zabliźnienia. Nosił jeszcze bandaż, i choć ten go nie zdobił, ale pięknemu i z tą przewiązką nadto szpetnie nie było. Po wyjściu doktora, zobaczywszy przez okno, iż się ku miastu posunął, chory szybko się począł ubierać.
Nie łatwe to było zadanie, gdyż suknie w których go przyniesiono i krwią pobroczone i ziemią powalane i pomięte były i pocięte. Wicek wziął się do nich i opatrzywszy w jakim były stanie, zrazu je cisnął z gniewem od siebie. Po chwili jednak zrezygnował się wrócić do nich i nie dbając o rozcięte plecy i rękawy, począł je wycierać, wyciągać, oczyszczać. Po dosyć długiém mordowaniu się nad niemi, doszedł do tego że mógł je na siebie nawlec, nie wiele się troszcząc jak w nich będzie wyglądał. Gdy to robił, usta mu drgały i krzywiły się szydersko...
W izdebce Pepity, w któréj mieszkał było spore zwierciadełko; przejrzał się w niém, uśmiechnął do siebie i czuprynę zatarł.
Szklankę próżną wziął w rękę i zwolna drzwi pokoju uchylił. Wyszedł do sieni. Sień przedłużona wiodła ku drzwiom w głębi do pokoju Gawłowskiéj. Jakim instynktem tam trafił, na to chyba młodość jasnowidząca odpowiedziéćby mogła. Pomalutku powlókł się przez sień jaknajciszéj i... do drzwi zapukał.
Gawłowska, która drzémała nad robotą, zerwała się wystraszona, Pepita od krosien głowę podniosła i... musiała coś przeczuć, bo się zarumieniła jak wiśnia, poprawiając włosy.
Nie czekając żadnéj odpowiedzi śmiały pan Wicek, wtargnął do pokoju szklankę trzymając w ręku.
— Za pozwoleniem — odezwał się tonem, mimo grzeczności śmiałym i jakby drwiącym — czy niemógłbym dostać kropli wody? U mnie jéj niéma, nie wiem gdzie szukać! I...
Wtém, ujrzawszy niby teraz dopiéro Pepitę, która nie spuszczała go z oczów, odezwał się wesoło i trochę szydersko:
— O śliczna bogini! a to ja wczoraj anielski głos jéj, kradzionym sposobem usłyszałem! Dostałem za to burę od doktora! Niechby mnie już i kijem wybił, nie mogłem wytrzymać, abym waćpanny zblizka nie zobaczył.
Gawłowska przerażona, widząc go śmiało idącego ku krosienkom, zaparła mu drogę i chciała odebrać szklankę.
— Daj mi asindźka z wodą pokój — odezwał się — szklanka i woda były tylko pretekstem! Ja się tylko do téj śliczności chciałem zbliżyć!
Pepita tonem zuchwałym nieco obrażona, cofała się za krośna. Gawłowska rozpostarła ręce.
— Ale cóż to znowu jest! — krzyknęła — jak pan możesz tak napadać kobiéty! Cóż to się ma znaczyć? Proszę pana! Niech mi się pan zaraz wynosi.
— Ale, czekaj asindźka — rozśmiał się chory — wyniosę się tylko dopowiem z czém przyszedłem...
Zwrócił się ku Pepicie.
— Kern felczer mi dopiero wczoraj powiedział, że ja pannie téj takiéj ślicznéj jak anioł, winienem życie; że gdyby ona mnie nie znalazła leżącego i na ratunek nie zawołała, byłbym już dziś albo śpiewał z aniołami, o czém wątpię, albo się w smole smażył. Moje ty bóstwo śliczne — dodał ręce składając — niechże ja ci... jakby to powiedziéć... dziękować niéma za co! niech ci się pokłonię.
To mówiąc potrącił Gawłowską; widząc go zbliżającego się, wylękła Pepita schowała się w okno i osłoniła firanką. Wszystko to nic nie pomogło, ów pan Wicek wywróciwszy kilka krzeseł, odsunąwszy krosienka, z zuchwalstwem niepraktykowaném zbliżył się do okna, i choć Pepita krzyknęła, a Gawłowska go silnie za poły w tył zaczęła odciągać, pochwycił wpół broniące się dziewczę, podniósł jak piórko, i w czoło pocałował.
Widząc to ochmistrzyni wrzasnęła tak, że i na ulicy było słychać.
Napastnik postawił na ziemi napół omdlałe dziewczę i zwrócił się do ochmistrzyni.
— A czegoż się drzesz? — zawołał — już się stało! więcéj tego nie będzie... Żebym miał ztąd pójść na sucho, to nie mogło być!
Pepita, niewiadomo co się jéj stało, pochyliła się ku oknu, zsunęła na ziemię, zemdlała zupełnie. Gawłowska biegła ku niéj zrozpaczona, gdy pan Wicek zawróciwszy się jak pijany wysunął się nazad z pokoju.
W progu krzykiem zwabiony stał cały fraucymer dworku, który widząc uchodzącego napastnika, dopiero zrozumiał co się stało...
Trzeźwiono biédną Pepitę.
Gawłowska we łzach powtarzała ciągle:
— O Chryste Panie! jak się doktor dowié, to on tu nas wszystkich, począwszy od niego, pozabija!







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.