Przejdź do zawartości

Strona:Zygmunt Sarnecki - Harde dusze.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

nawet nie kiwnął, okiem nie mrugnął. Jak do wody wpadł...

Końcowa (która wciąż szuka czegoś w kuferku). No! to i cóż?... Nie ma po kim płakać.
Salomea. Masz racyę. Kiedy tak, to tak. Cóż robić? Skoro on o mnie nie dba, to i ja z tego bardzo kontentna, nawet się cieszę... (Śmieje się przymuszonym śmiechem)...pokażę mu, że bez niego żyć mogę. Dobrze! Na weselu jutro tańczyć będę, że aż ha! aby potem siedząc na bogatem gospodarstwie wszystkiego dobrego kosztować i używać.
Końcowa. Otóż to... to właśnie!
Salomea. Jeżeli zaś kiedykolwiek w życiu go spotkam i zobaczę, pokażę mu miną i zachowaniem, że co on, to nie ja... że familia miała racyę, nie chcąc mnie wydawać za człowieka wcale innego urodzenia i majątku. (Zamyśla się).
Końcowa (powstaje). Salka! jak ty mądrze mówisz! (Całuje ją). Moja ty złotna, moja ty siostrzyczko ukochana! (Skacze i klaszcze w dłonie). Dziś twój dziewiczy wieczór! Jaka ja kontentna, Saluś, że ciebie jutro mężatką zobaczę, że ty już upewnioną przyszłość będziesz miała, że wszystko tobie tak dobrze poszło!
Salomea (zamyślona). Jak kamień do wody!... jak kamień do wody!
Końcowa. Ja ciebie zawsze z całej familii najlepiej lubiłam. Ty dla moich bębnów taka dobra byłaś, gdy chorowały!.. To też cieszę się, bardzo się cieszę, że to już jutro twój ślub...