Strona:Zygmunt Różycki - Wybór poezji.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
IV.

Na zboczach mego sadu dziwne jest pustkowie,
Są tu głazy omszałe i mętne stawidło,
Nieraz żaba zaskrzeczy, lecąc w toń obrzydłą,
Po za tem jest tu senność i milczenie wdowie.

Przyszedłem tutaj wczora szukać wpośród głazów
Skrytego w ziemi skarbu, snom odkradzionego,
A wiedziałem, że mary żadne go nie strzegą,
Że spotkam tu jaszczurkę, lub kryjówkę płazów!

Chodziłem tu, lecz nie wiem — długo, czy też krótko,
Pełzając wśród sitowia i mokrych szuwarów,
Aż miesiąc się pojawił ze złotą obwódką...

Wtem słyszę nagle echa jakichś dziwnych gwarów...
Chcę cofnąć się... O, przebóg! Opisać się nie da:
Złotych duchów się ku mnie przybliża czereda.