Strona:Zygmunt Różycki - Wybór poezji.djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
V.

W ogrodzie moim, kiedy złote zmierzchy
Pełzną wśród murów, jak obłędne duchy,
Prastarych drzew się pochylają wierzchy
I z nieba gwiazd sie sypią skrzące puchy.

W modrem powietrzu, przesyconem złotem,
Jakieś sny jasne rodzą się i giną
I nietoperze mkną kolistym lotem
Nad kwiatów wonnych zroszoną tkaniną.

Przez puste ścieżki, aleje i skręty
Suną srebrzyste widma i upiory
I jakieś dawne się wiją wieczory

I świat się nagle rodzi niepojęty,
Pół jakby we śnie, a pół jak na jawie.
Cały w zapachach i złotej kurzawie.