Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   73   —

plebanii, do której po nocy zrywać się musiał. Jeszcze miesiączek rano na niebie świecił, kiedy Michałek już po wsi uganiał. Czy psich figlów jakowych szukał, czy może za dorodnemi dziewuchami, skrzat niegodziwy, poglądał, bo po sadach o tej porze dopiero wiśnie i gruszki kwitnąć zaczynały, a on, jakby na owoce był łasy, między ogrodami chłopskimi się przebierał i co z najtęższymi parobkami zmawiał.
Gdzie potem chodzili, nie wiedział nikt, ino dziwiło wszystkich, że na drodze ku moczarom ich widywano, a przecie do sianokos było jeszcze daleko. Tyle jednak wtedy miał naród do gadania, tyle okrutnego strachu napędzali wszystkim Szwedzi, że nikt się tak dalece o Michałka nie turbował. Zwłaszcza zaś koniuchy przy źrebcach, na błoniu leżąc, łatwo zapomnieli o stajennym, bo mieli się czego napatrzeć i nasłuchać. Raz po raz trafiał się na drodze jakiś przybłęda, który o wojnie prawił, byle za to kawałek chleba dostać, jako że wraz większy głód zaczął pod ten czas ludzi przyciskać.
Mówiono zatem, że, chociaż Szwedzi dotąd z Polski nie ustąpili, to ustąpić będą musieli, bo im pan Czarniecki od samej zimy okrutne szkody w wojsku czynił i czynić nie przestaje. Tu most zepsuje albo wieś, w której nocują, podpali, owdzie napadnie znienacka i kilkadziesiąt jazdy usiecze, często też tabory z żywnością zabiera. Ciągłym pościgiem tak Szwedów nęka,