Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   74   —

że o chłodzie i głodzie z miejsca na miejsce przenosić się muszą, nie wiedząc, gdzie wódz polski się zataił, i strzelając do sosen, kiedy on już dawno swoich ludzi z lasu wyprowadził.
Rosła sława pana Czarnieckiego w Rudniku, opowiadano sobie o nim, jak to naprzykład w zimie dopadli go Szwedzi pod Gołębiem, ogarnęli wielkiem wojskiem i myśleli, że wygniotą co do jednego wszystkich polskich ochotników, a tymczasem ci pokazali im zęby i ostro natarli na zbójów. Grubi szwedzcy rajtarowie z takim rozpędem skakali, uciekając z wysokiego brzegu na lód, pokrywający rzekę, że zasłał się on od lądu do lądu trupami. Zginęło tam wprawdzie także wielu polskich rycerzy, a ci, co zostali, rozproszyć się musieli po kraju, żeby nie wpaść w ręce samego króla, Karola Gustawa, który nadciągał z pomocą dla swoich generałów, ale i generałowie długo potem nie zapomnieli, jak sprawnie na lód skakali i że pod Gołębiem zginęło kilku co najprzedniejszych pomiędzy nimi, ba! toż nawet sam królewicz, Waldemar, został bez duszy na placu, a książę Biponcki nogę przy tej okazyi złamał.
Kiedy przyszła do Rudnika wiadomość o bitwie pod Gołębiem, nie było już lodu na rzekach, owszem, pola pokryły się runią zbóż, ale piękne urodzaje nie cieszyły nikogo, bo rolnicy wiedzieli, że nadciągająca pod Karolem Gustawem ćma szwedzka nie da dojrzeć zbożu i chleb