Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   72   —

całe Rudniki wrzały przeciw Szwedowi i niejeden czekał tylko okazyi, żeby gdzie na małą kupę wroga napaść, a skórę mu wyłatać, to dotąd wojska nieprzyjacielskie ciągnęły gromadnie, Michałkowi udało się wprawdzie zapóźniony taborek schwytać, ale był to traf szczęśliwy, z całym zaś pułkiem zwadę wszczynać trudno. O wielką zatem chodziło rzecz, prawie na oczach szwedzkich, w biały dzień, z błot broń i kule dobywać, do tego nie każdy z chłopów odwagę miał, a znów po nocy na moczary iść, ani gadaj mądremu człowiekowi, toż Michałek cudem prawie się z nich po ciemku wydostał.
Ale w tem była już głowa Piotra, żeby śmiałków dobrać, którzy się na wszystko odważą i gębę tak stulić potrafią, że niepotrzebnego słowa żaden z nich ani piśnie. Jakoż bez mitręgi wyprawił się zakrystyan zaraz po mszy na wieś i póty do różnych chat zaglądał, aż na samo południe widać dobrą wieść Michałkowi przyniósł, bo coś okrutnie długo tatulo z chrzestniakiem szeptali na przyźbie, a chłopak raz po raz parskał śmiechem od wielkiej uciechy.
Odtąd mało się już pokazywał na błoniu przy źrebcach, raz dlatego, że mierziło mu się między koniuchami, bo to i on miał do nich złość za posądzenie i oni po owej szwedzkiej usłudze nic go sobie nie ważyli, owszem, z podełba na sierotę spoglądali. Zresztą, widać wyznaczono Michałkowi inną jakowąś robotę na