Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   13   —

Więc też przyszedł taki dzień, że wdowa sama śmierć swoją przewidziała, księdza wikarego o ostatnie sakramenty poprosiła, Piotrowi opiekę nad synem zdała i dopiero, do łóżka się układłszy, czekała ostatniej godziny, jakoż istotnie o zaraniu, z pobożną pieśnią na ustach, snem wiecznym zasnęła.
Proboszcz nie darmo przykazywał, aby Maryanna była pochowana godnie, jak przystało pobożnej, z dziada pradziada tu osiadłej żonie kmiecia. Dzwonów nie żałowano, ołtarz jarzył się od świec, trumna była czarna, z wybitym na wieku krzyżem ze świecących goździków, a za trumną matki leżał Michałek krzyżem i płakał tak, że od sierocego szlochania, od sierocych łez przemokła kościelna posadzka. Zakrystyan z organistą śpiewali tymczasem egzekwie przed wielkim ołtarzem, ale Piotr raz po raz wycierał nos kraciastą chustką, aż się po kościele rozlegało, i na Michałka spoglądał. Chwytało go coś za gardło od tego sierocego buczenia i ulżyło mu dopiero wtedy, kiedy ślub uczynił, że chłopaka nie opuści, ojcem mu będzie najlepszym i, da Bóg, na uczciwego człowieka a dobrego sługę dla króla polskiego Jana Kazimierza wychowa.
Bo działo się to w tych czasach, kiedy naród nasz sam sobie królów wybierał, kiedy miał wielkie wojska rycerzy i bronił się niemi od każdego, ktoby chciał w granice Polski wejść,