Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   14   —

a kawałek naszej ojcowizny urwać. W miastach, po urzędach i szkołach sami Polacy siedzieli, nikt też innego słowa nad swoją przyrodzoną a ojczystą mowę nie słyszał. Rządził się naród, jako sam chciał, posłów na sejm do Warszawy albo do innych miast polskich wysyłając, i tam społecznie się naradzając, gdzie w kraju jaki porządek zaprowadzić należy. Porządek ten psuł się już wprawdzie potrosze, bo tak na świecie bywa, że, gdy komu dobrze, to szanować swojej doli nie umie, psuł się zaś porządek w Polsce z jednej przyczyny. Oto za pierwszych naszych praojców wszyscy obywatele, czyli mieszkańcy kraju, byli także równi, wszyscy w zgodzie ziemię orali i jeden się nad drugiego nie wynosił. Dopiero kiedy Niemcy do naszej Polski, jak do cudzej obory, włazić zaczęli i ludzi na postronek brali, a w niewolę do siebie ciągnęli, dopiero wtedy musieli Polacy rozdzielić między siebie robotę. Jedni tedy orali dalej ziemię, żeby nie brakło chleba narodowi, a drudzy na koń siadali i, czem popadło, Niemca od naszych granic odganiali. Zawsze zaś śmielszy jest ten, który mieczem wywija, niźli ten, który, do ziemi zgięty, pług po roli prowadzi. To też kmiecie z mieczami nabrali wielkiej hardości, bo i byli zuchy, co się zowie; dzień i noc pędzili sąsiadów od granic. A trzeba wam wiedzieć, że nałazili nas różni Niemcy, Krzyżacy, Prusacy, Pomorzanie, później znów poganie - Tatarzy, że