Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   12   —

rączka i hardus był okrutny, to bijatyki na błoniu raz po raz zaczynał. Bali go się pastuszkowie, jako najmocniejszego ze wszystkich chłopaków, jakoż nad wiek dał mu Bóg siły. Matce z lasu taką więź chróstu potrafił przynieść, coby się pod nią setny parobek ugiął, a gdy raz byk na pastwisko wypadł i rogami dzieciakom groził, to jeden tylko Michałek nie uciekł z błonia. Owszem, zastąpił zwierzowi drogę, worek mu na oczy zarzucił, a potem dosiadł go, jak konia, i do obory wierzchem na byku dojechał, czemu się sam ksiądz proboszcz wielce dziwował.
Serce miał Michałek dobre, ostatni kawałek chleba głodnemu oddał, a jak nie wiedzieć o co w złość wpadał, tak też i prędko gniew go mijał, że gotów był nad tym, którego pobił, rzewliwie buczeć, zwyczajnie raptus, zawadyaka.
Matkę i Piotra, jako swego chrzestnego ojca, bardzo kochał, ale matką niedługo się cieszył, bo wdowa z żałości po mężu w ciężką chorobę wpadła, nic, tylko dychała a schła, jako te wióra, co je Wojciech w stolarni heblem z deski strugał.
— Już ja cię robaku, odejdę, a do mego na tamten świat się wyproszę — mawiała Maryanna do Michałka; marła w oczach, że prawie samochcąc łzami lampę życia gasiła, czyniąc nieledwie, jako czyniły dawniej w Polsce wdowy pogańskich rycerzy, które razem z zabitym mężem na stos szły i żywcem palić się kazały.