Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/436

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— więc tak — ? — więc szczuty brat na brata? — więc własny kraj? — własny karabin? — własne kule? — — wolność — ? — ojczyzna — ? — i zaco? zaco? zaco? — za głód? za nędzę? za poniewierkę? —
Szarża konna odpadła od tego gniewu jak od stromej skały.
W bocznej ulicy nastręczył się oczom płochliwie wóz pocztowy — bez miejsca i bez celu, ogłupiały, otumaniony, poza czasem niejako — — listy wybierać, teraz listy wybierać — dla kogo — — czyż jest coś ważniejszego w tej chwili nad to zwarcie i spięcie — nad ten pochód pogrzebowy ludzkości — ulicą świata — pochód z stuleci w stulecia idący — ? — któż pisze na adres historii, któż czyta w dziejowy ruch wciągnięty — ? — a ci bez ruchu —- leżą na pasie bruku — snopy śmierci — i nie powstaną nigdy — — listy — listy — listy — — Zsypuje się na nie skrzący brzęk rozbijanego szkła.

Szeregami idzie głuchy pomruk: znów barykada!
Porządek — równo — bez zamieszania —
Iść!
Padł strzał!
Niesione na rękach za trumną ojca, roczne dziecko zwiesiło nagle główkę. Z czoła jego wyrosła bulgotliwa malina — zbyt źrała — stopiła, rozlała się po białych, chudych policzkach.