Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/434

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Więc prą naprzód.
Cyprjan widzi tylko plecy i głowy — w samym jądrze huraganu — — Dokoła domy głuche i ślepe; — idzie olbrzymi kondukt — jakoby pogrzeb przeszłości — jakoby hasło i upomnienie —, a ponad nim wzniesiony na wietrze, rozlew żywej krwi, ten sztandar! — i kształt trumny czarnej; — — upewniono się dokładnie, nie powstanie już trup! po śmierci zastrzelony ponownie, — wielokrotnie —

Teraz się zacznie!
Znów napierają; — rechot karabinu maszynowego.
Czoło pochodu rozpierzchło się w gardziele bocznych ulic. Zewsząd suchy brzęk rozbijanego szkła.
Biegnie nowy zastęp.
Na czele szaleniec, twarz bladoszara jak papier gazetowy; porowata skóra; szczerzy zęby; oczy nalane po brzegi okrucieństwem. A tam już łomocą po łbach i piersiach robotniczych kolby rewolwerów, pałki walą w czaszki i szczęki. — Wyrywa się jeden z zastępu, podbiega do młodej osiemnastoletniej dziewczyny, delegatki, wraz z towarzyszkami wieniec sosnowy niesie — — chce jej go wydrzeć — ona broni — sama — reszta umknęła — sama — — szarpią ten wieniec nieszczęsny, tarmoszą i rwą — ona nie puszcza, krzyczy! — sypią się i rozlatują gałązki i chojarki jak pierze walczących ptaków — ostaje kusa, naga obręcz i o nią! — okłada napastnik dziewczynę pięściami i pałką — ona krzyczy! krzyczy: ra—tun—ku! ra—tun—ku! — wtedy on wy-