Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/390

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— zobaczysz Wisiu, jeszcze będzie dobrze. Wisiu —
myślał:
— to wszystko tylko maltretacja siebie i jej — naco się to wszystko zda? — duszę się w sidłach natręctw —
Nie rzekł już nic.
Oczywiście; tym dwugłosem (w istocie był to trójgłos, czwórgłos; więcej) pętane zdania nie mogły przecież być sugestywne; nie przekonywały; nie przekonały; — odrzekła —:
— za późno —
Lecz nie zrezygnował; w to co mówił wierzył; więcej: pragnął realizacji swych słów (czy właśnie swej wiary); tak to było.
Nagle pojął, ze we wszystkich jego miłościach tkwił zawsze moment odstręczający: zaborczość pochwy. To odrzucało zawsze. — Tutaj także (stąd asocjacja i stąd też to nagłe pojmowanie) wciąż się zdawało, że „za późno“, a jednak musiało być „niezapóźno“ — jeśli się wogóle przeżyć, jeśli się wogóle żyć chciało; — żyć to znaczy: tworzyć, a tworzyć to znaczy wyczarowywać wcale krasną i czerstwą złudę przesunięcia terminu śmierci (identycznej z końcem świata) po tak zwaną, do usług, wieczność; udostojnić śmierć; o, to właśnie; — kiwnąć śmierć! nakichać na wszystko inne!
Zapragnął bardzo, żeby i ona uwierzyła, żeby zechciała, — lecz już słów mu brakło podgrzanych, wzbudzających zaufanie; — więc już tylko na zgoła gospodarską miarę (żeby jednak trafić!), że przecież wszystkiego żal i szkoda, i tych lat tylu wspólnie