Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/342

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Julek! Jul... Cyprjan chwycił go za ramię, palce w nie wbijał.
Rozwarły się drzwi. Wyszedł lekarz (ten czarny) był teraz w kitlu; pełno na nim krwawych plam; — poza brwiami i tymi plamami niczego więcej nie widać.
— chodźcież już — chodźcież —
Mila leżała bez życia, przeraźliwie blada, matowa, przeświecająca. — Oczy przymknięte — na powiekach widać obrys źrenic; powieki te są cienkie i sine.
— Milo —
Wschodzi na twarz uśmiech jak ponowek za dnia; zgasł.
— godzinę musi pani tu poleżeć, potem można do domu —
— godzinę? mało — powiada ten drugi; zdjął rękawiczki gumowe, mydli ręce pod kranem.
— no to jeszcze godzinę poleży pani w pierwszym pokoju —
W poczekalni — blado się rysuje w pamięci jak niedoświetlona klisza — już ktoś czeka — dwie kobiety — ktoś jeszcze; — narzędzia i tak przecież muszą się gotować długo — więc można tu tę pierwszą godzinę; no dobrze.
Teraz dopiero widać! — Patrzy Cyprjan, a każdy szczegół wbija się w pamięć jak gwóźdź; i tak tam zostanie. — Wszędzie krew, kałuże, strugi, krople; kłaki waty zakrwawionej; pod krzesłem operacyjnym w naczyniu w formie dużej spluwaczki strzępy jakby jelit, błon, śluzu. — Wstręt aż pod gardło podchodzi, i w dołku mdli — i ten zapach