Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/328

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Koniec końców — forsy nie mieli i pomimo nie wliczenia roku byli niewypłacalni; podpisali więc weksle i dali w zastaw zegarki. — Blado i sino śpiącej Jance odpiął Julek bransoletkę z zegarkiem; omega! to miało sens i dźwięk; a to był podarunek ślubny jednej z ciotek Janki; to było dobre i przekonywujące; warte ze sto złotych; może więcej; pomogło. I tak mieliśmy to opylić, tłumaczył Julek Jance, która nieco markociła, że, powiada, pamiątka; kobiety już są takie.
Nareszcie!
Jankę odwieźli do domu (tego z tą bramą wywodną).
No to i już.
Sami. Pora dojrzała.
Mogli jechać.
Zmęczony jestem — mówi Cyprjan — bardzo zmęczony, przecież i ja jestem człowiekiem; prawie człowiekiem, poprawia. Piliśmy dużo — odpowiada Julek — i noc nieprzespana. Cyprjan: nie to, tylko ta troistość myśli. Julek pyta co to znaczy. To znaczy — powiada Cyprjan, że myśl o tej operacji nie opuszczała mnie ani na chwilę, zagadywałem bzdurami, chlałem jak dzika świnia, ale to tkwiło, to było, wiesz — niezmienione kulisy pod różne dialogi i sytuacje; to męczy; a tu znów te niedorodzone koncepcje gramolą się jak chrabąszcze w gąsiorze — wszystko we mnie chrzęści i szeleści; wreszcie sama czujność bieżącej chwili. — Julek upierał się, że to jednak to wino, takie siuśki siarkowane i alkoholizowane, przecież to było czuć, każde sztachnięcie papierosem było mdłe i słodkie jak sacharyna, a już najgorzej mie-