Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/329

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szać. — Co zaś do tych myśli, jak to pan powiedzi ał? troistych? — to jemu, Julkowi, takie psychologizowania zdeklasowanej inteligencji wiszą u dupy. Co innego operacja ta, rozumie się, smutna rzecz —
Tramwaj wychwierutał się z miasta.
Drżeli, wciśnięci w kąt zimnego wagonu.
Rozprzestrzeniała się przeraźliwa pustka i nędza przedmieścia — bytowanie opaczne, które do centrum dotrzeć nie może, i to wyrzygane z centrum w konkurencyjnym wypychaniu się; ponad otępiałą pustką — niskie, sine niebo; — a potem już i domów nie ma; tu i ówdzie tylko, maruderskie; parkany powygryzane, kupy śmieci; — skąd tyle śmieci?! — rozpad życia ludzkiego, rozpad żył, mięśni, kości i tych potoczności powszednich; ostatecznie wszystko to smętarze; i powietrze jest pełne pyłu rozsypanych zwłok i startych na niewidzialną kurzawę kości.
Zimno! Dreszce łażą po skórze jak wszy; najgęściej po plecach i w okolicy lędźwi.
Na jednym z przystanków zapełnił się wagon robotnikami. Jechali na dzienną szychtę, żółte, zmizerowane twarze; oczy niedospane, mrugliwe. Ćmią papierosy; dym gryzący, smrodliwy. — Siadają ciężko, z jękiem; wieczysty postrzał sharowanych pleców; prostują nogi; już o tej porze śmiertelnie znużeni.
Tramwaj podzwania zupełnie niepotrzebnie; taki ważny.
Hałdy —
Biedaszyby — Rumowiska —
Potworne nory, w których mieszkają bezdomni