Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/327

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bez wilczych dołów, paści, skus i obierzy, miejsce przy którym nie czai się śmierć w zielonym ubraniu, z borsuczą kitką na kapeluszu — ? —
Nagle oblało go gwałtowne gorąco, jakby kto kipiątkiem nań chlustał; — w oddalach, na zwrotnicach węzłowej stacji — gwizd przeciągły — a zaraz potem podudniający churkot jak grad tańczący po blaszanym dachu —: Mau-ra — Mau-ra — Mau-ra; — natychmiast zaszumiało wichrem dmącym od tej dymem zasnutej przestrzeni: — więc jutro stąd wychodzę — ? — to znaczy, że za dwa pełne tygodnie — no tak — za dwa tygodnie — taki jest właśnie termin — — dziś trzydziesty pierwszy marca — — to były imieniny Balbiny — — to były takie imieniny przed trzydziestu laty: lunatyczne; i wiele potem tych snów lunatycznych? — rok po roku, rok po roku — snów, czynności, przedsięwzięć; życie całe w półprzytomnym niepokoju, w niepewności nieustannej.

Znów szturchnięcie w bok:
— nie wolno poddrzemywać, rozbierze pana na nic — sflaczeje pan dokrzty —
Zakończył wreszcie Julek zawiłe targi z czarnym, osmolonym typem cygańskim; z niepojętym bo pijackim uporem skontrolował metrowy rachunek —
— pan-by mi, łaskawy członku związku zawodowego pracowników restauracyjnych, daty podoliczał; dzień i miesiąc — to jeszcze pal fuk! ale rok! — pomyśl pan — tysiąc — dziewięćset — trzydzieści — pięć; bardzoby mnie pan skrzywdził i uczynił niewypłacalnym; i tak o dwie flaszki tego sikonia i dziesięć czarnych lur za dużo pan wpisał —