Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/326

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ktoś ukropu w żyły nalał —: przecież od kilku tygodni pisze powieść — — teraz te przerwy, te przeszkody, te powikłania, ten niepokój straszliwy — to niczego dobrego nie wróży! — Uciec! Uciec! — I zaraz okolnym nawrotem: Milę kocham bardzo, ta pewno jedyna... i źle mi bez niej, lecz... z nią jeszcze mi gorzej! Beznadziejnie!... Kot zeskoczył, bo ten Burek za blisko okna — cup! ciężki kocur, bechło w pokoju jakby poduszka spadła; — chwieją się w rannym powiewie czuby wysokich jesionów, zamiatają chmury powoli odpływające na zachód — krople rosy migotliwie drżą na końcach listków — — na rzęsach różowe krople łez — — krajobraz mrocznieje — nagły krzyk rośnie od ziemi, potężnieje, rozkrzewia się, uderza o niebo...
— niech no pan się zbudzi, nie dobrze tak drzemać, przecież musimy wnet jechać —
— jechać? dokąd? — a tak, prawda, jechać —
Za ramię nim Julek potrząsa.

Cyprjan Fałn leży na łóżku szpitalnym.
Ostatnia w tym szpitalu noc duszna i niespokojna; dziewięćdziesiąta któraś.
Jutro wyjdzie stąd; jest oto jak więzień, który nie rad opuszcza więzienie — boi się głodu, zimna, bezrobocia; tu w czterech ścianach poza oknem zakratowanym nie trzeba się o nic troszczyć —
Jutro pójdzie w dokuczną niepewność i bezsensowny bałagan, konflikty i komplikacje gorączkowe, kalafutryny chytre i nieznośne.
Trzeba znów uciekać i kluczyć — zwierzę tropione — a gdzież jest to miejsce zdatne do ucieczki,