Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/323

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


my raz-dwa — człowieku przez duże c — po piątej dopiero —
— lecz, widzisz, o ósmej, muszę —
— zdążymy —
I spojrzał na Cyprjana przywróconymi już oczyma — przychylnie tak!
Janka spała wpoprzek kanapy.
Rustan gdzieś znikł. Kiedy?
Cyprjan i Julek powstali ciężko, bardzo chwiejni i rozdygotani.
— sztagan wzmocnionej wódy trza kropnąć, bez tego nie da rady, nie pozbieramy się —
Julek podyktował mikserowi jakie to te ingrediencje mają być — tyle bongu, reszta czystej, trochę wermutem zakropić — stop! — literatkę tego świństwa; opierają się o bufet; sala prawie pusta i jaskrawy, biały reflektor oświetla tę deprymująca przestrzeń; orkiestra rozlazła się; na podium śpią zmęczone instrumenty; złym wzrokiem lśnią blachy; bęben rozwalił brzuch; słychać jak chrapie.
Stuknęli się niemrawo brudno-żótym płynem.
Wypili! — aż w piersiach zatkało; obrzydliwość! Lecz, rację miał Julek, momentalnie wytrzeźwiło; sytuacje przejaśniały, przetarły się chmury nieprzytomności, okolice myśli poprzestawiały się jak kulisy w teatrze.
Julek potryndał się w szerokich, zmiętych portkach, z płatniczym za kontuar — żeby nie tak na widoku; pusta kieszeń woli cień i miejsca osamotnione; — dziwny typek ten płatniczy, czarny, osmolony, węgier? cygan? — kędzierzawy; — uuu — duży ra-