Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/316

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie — od dwudziestu lat na wszystkich swoich jubileuszach powtarza: mój ojciec był bohater, a ja jestem nic —
Nowa flaszka na stole. Piją. Bez smaku już i bez wyraźnej pewności co i ile; naumór.
Z ciemnego zakamarka sali, tam, pod sufitem, poza reflektorem, wykłębia się dym, jakby go wiatr spowrotem gnał na salę — wiją się wstęgi, wzburzają i banie ją kłęby, wirują coraz szybciej, coraz szybciej — wyłania się, nikły i zwiewny zarys twarzy, blady, błękitnawy, jak płomyk spirytusu — z każdą
jednak sekundą wyraźniejszy i trwalszy — — w fosforycznej, chudej twarzy lśnią poblaskiem żywego srebra olbrzymie oczy — a wokół głowy i ściętej szyi dym już wije się sycząco, płazio, gniewnie — — Mila — — meduza — —
Samopas galopujące, bezpasterskie, spłoszone słowa Cyprjana wracają z opuszczoną głową, najeżone, wyszczerzone, pobłyskują ostrymi kłami — są bezlitosne, chłoszczące, złe, pianą ociekające — ; — tam, właśnie pod sufitem, jest owalne lustro — raz jest szkłem, raz twarzą; — ku temu to czołga się w skrętach schrypły mamrot:
— strąciłem cię z romantycznego ołtarzyka w stylu emipre, piękna lalo upozowana na gipsową madonnę z Lourdes, białą, z niebieską wstążką, panienko z sacré coeur — — przestałem być głupim, opętanym Gustawem...
Zarechotał i obejrzał się kto też tak wstrętnie się śmieje — tak ohydnie.
Muzyka odwala jakąś starzyznę — niby że wspominkowo, obyczajowo, „dawne czasy“ — plą-